admin on Sierpień 30th, 2010
Tricon 2010

Tricon 2010

Dzięki różnym staraniom i zabiegom udało mi się w tym roku wziąć udział w Triconie. Cóż to takiego? Ano po prostu Polcon połączony z Parconem i Euroconem, czyli chyba najważniejsza impreza tego roku jeżeli chodzi o świat fantastyki. W przeciwieństwie do Polconu, który dwa albo trzy lata temu odbywał się w Warszawie, na tym byłem tylko słuchaczem i nie miałem żadnych prelekcji (choć miałem taką możliwość, ale czasu nie starczyło, aby się przygotować). Postaram się zrelacjonować to co sam tam ujrzałem i czego doświadczyłem. Siłą rzeczy nie byłem wszędzie i nie mam wielkiego doświadczenia w tego typu imprezach, więc będzie to relacja wielce subiektywna.

Dzień 1, czwartek

Wyjechałem od siebie z parafii z zapewnieniem Eli, że dostanę akredytację. Na takie imprezy nie wchodzi się z ulicy, trzeba się zapisać wcześniej przez internet. Ja niestety zgapiłem się mocno i dopiero w sierpniu zacząłem szukać informacji o rejestracji. Okazało się, że już za późno i będzie jeszcze możliwość uczynienia tego na miejscu, ale organizatorzy nie gwarantują, że będzie miejsce. Przyjechałem więc stosunkowo wcześnie i bez problemu zaakredytowałem się. Potem poszedłem na Cieszyn, aby choć rzucić okiem na to miasto i coś zjeść. Szukałem też jakiegoś taniego noclegu, ale nie znalazłem nic. Zjadłem pizzę (w Cieszynie nawet na rynku można tanio i smacznie zjeść) i pobiegłem na pierwszy punkt programu. Ponieważ coś mi się pomajtało z czasem, więc obiad jadłem w pośpiechu, a i tak spóźniłem się jakieś 15 minut na pierwszy wykład. Było to wystąpienie Michała Wnuka nt. „Medieval roots of a fantasy setting”. Żałuję spóźnienia, bo była to ciekawa rzecz. Interesującym dla mnie było przedstawienie sposobu w jaki powstawała w tamtych czasach plotka o np. smoku. Wsiadał sobie taki spory rycerz na konia. Cały w zbroi, koń też. Rycerz słusznego wzrostu, z ogromnym, rogatym hełmem. Całość tworzyła olbrzyma. Taki rycerz walcząc na bitwie szybko ociekał krwią (zadawano rany w takich miejscach, gdzie krew lała się najmocniej, m.in. dlatego że są to mało osłonięte miejsca przez pancerze). Walczono głównie latem, kiedy jest ciepło, więc ta krew znajdowała się na owej zbroi i parowała. Jako że krew parując tworzy czarny dym nasz rycerz z rycerza właśnie szybko stawał się olbrzymem z rogami, całym we krwi, spowitym chmurą czarnego dymu. Czego więcej chcieć? Prawdziwy potwór! Wykład był ciekawy i pozostaje mi jeszcze sprawdzić na YouTube filmiki tworzone przez archeologa eksperymentalnego Mike Loads’a, który w rzeczywistych warunkach odtwarza sytuacje z przeszłości.

Potem zaczęło się to, co tygryski lubią najbardziej, a mianowicie tolkienistyka. W tym roku, po latach przerwy, na konwent przybyli Tom Goold i Galadhorn z bardzo ciekawą prezentacją pt. „From Bakshi to a Hobbit movie”. W bardzo zwięzłej formie pokazali próby adaptacji dzieł Tolkiena w formie filmu, słuchowisk radiowych, czy na scenie teatralnej. Z braku czasu pominęli operę, balet i jeszcze kilka innych form. Mnie ucieszyła możliwość zobaczenia fragmentów niektórych animowanych adaptacji, które uchodzą za słabe, ale nigdy wcześniej niektórych nie widziałem. Dowiedziałem się także, że była próba, aby Beatlesi wystąpili w filmowej wersji Władcy Pierścieni. Na szczęście ten pomysł z lat 60tych nie doszedł do skutku.

Podczas rozpoczęcia Triconu 2010

Podczas rozpoczęcia Triconu 2010

Po zapoznaniu się z próbami adaptacji przemieściłem się na Most Przyjaźni na granicy polsko-czeskiej. Tam nastąpiło oficjalne otwarcie Triconu, po którym uczestnicy przeszli w barwnym korowodzie na cieszyński rynek, gdzie odbywały się pokazy i koncert. W tym czasie wraz z Galadhornem i Tomem Gooldem udaliśmy się do jednej z restauracji, oni na obiad, ja na deser. Po posiłku wróciliśmy na teren kampusu, gdyż szykowała się bardzo ciekawa prelekcja Zofii Marduły.

Czy miasto może być bohaterem książki? Okazuje się, że tak. Minas Tirith jest miastem wyjątkowym, o bogatej symbolice. Staje się ono przez to bardzo ważnym elementem opowieści. Jest bowiem miastem świętym, idealnym. Ono zachowuje tradycję Numenoru, początki tego miasta są zakorzenione w legendzie, kształt podkreśla jego wielkość. Można je w pewien sposób porównać z drugim, trzecim Rzymem.

Na zakończenie tego dnia udałem się na panel dyskusyjny na temat „Krajobraz po Sapkowskim, czyli nowa fantasy polska”. W panelu brali udział Wit Szostak, Robert Wegner, Jarosław Grzędowicz i Michał Cetnarowski. Dyskutanci zgodzili się, że Sapkowski miał wpływ na polską fantasy, ale przede wszystkim poprzez otwarcie rynku na polskich autorów. Poza tym jednak jego wpływ nie był aż tak wielki. Fantasy była już wcześniej pisana, nie jest też (jak sam o sobie stwierdził na Triconie) „ojcem polskiej fantasy”.

Na zakończenie dodam, że szukałem już od czwartku niejakiej Charsi, z forum Fabryki Słów. Niestety ani tego dnia, ani żadnego następnego nie znalazłem jej. A mieliśmy reklamować forum…

Dzień 2, piątek

Władca Pierścieni po... chińsku!

Władca Pierścieni po... chińsku!

Chyba najciekawszy dzień Triconu. A to ze względu na dwa panele dyskusyjne, ale po kolei. Najpierw minimalnie spóźniony wpadłem na wykład Jakuba Urbańskiego, „The One Ring with Chinese characteristics. Reception of The Lord of the Rings in contemporary China”. No cóż, jak się okazuje tłumaczenie na chiński „Władcy Pierścieni” nie jest najlepsze, ale przede wszystkim sprawia wiele trudności. Powodem tego są ogromne różnice kulturowe między Europą a Chinami, różnice chyba nie do przeskoczenia.

Ponieważ dzień obfitował w dobre rzeczy, na drugie śniadanie dostaliśmy prelekcję „Samwise the Great” Marii Błaszkiewicz. Wspaniale pokazała rozwój postaci Sama, który staje się w trakcie powieści prawdziwym bohaterem. Na początku jest zwykłym sługom, kimś w pewien sposób pospolitym, jednak wraz z upływem czasu okazuje się być kimś więcej. Jego charakter rozwija się, aż na koniec stanie się królem (nie w sensie tytułu, ale funkcji), który doskonale nadaje się na to właśnie stanowisko.

W samo południe do panelu stanęły Maria Błaszkiewicz, Justyna Brzezińska i Agnieszka Sylwanowicz. Pytanie podstawowe było zawarte w tytule: „The Lord of the Rings – what it is about”. Dyskutantki wyrażały swoje opinie na ten temat. Pojawił się więc wątek tolerancji (J. Brzezińska), kwestia wolnej woli i wyboru (A. Sylwanowicz). Niestety nie zanotowałem stanowiska M. Błaszkiewicz. Dyskusja stała się bardzo ciekawa, głównie dzięki jednemu z uczestników Triconu pochodzącemu z Rumunii. Postawił kilka tez, z którymi większość chyba się nie zgadzała, ale wywołało to ciekawą dyskusję. Poruszaliśmy w niej ważne tematy dzieła Tolkiena, które są po prostu ważnymi tematami życia człowieka (życie, śmierć, wolność, dobro, zło). Tak się zagalopowaliśmy, że trudno było nam skończyć, a tu trzeba było zwalniać salę.

Po panelu udałem się w spokojne miejsce na lekturę książki (Gene Wolf, Rycerz), jednak po jakimś czasie głód kawy dał o sobie znać. Zapędził mnie on do pobliskiej restauracji, gdzie spotkałem m. in. MumakiLa, Nifrodel, Melinir i Sil. Ci swoim przykładem zachęcili mnie do zamówienia obiadu. Dzięki temu (czas oczekiwania okazał się dosyć długi) nie zdążyłem na prelekcję o wampirach i zjadłem średnio smaczny obiad. Miałem za to świetne towarzystwo, co zrekompensowało straty. To chyba wtedy narodziła się idea wielkich wyścigów, w których Nifrodel i ja bierzemy udział walcząc o teksty do Aiglosa i Gwaihira.

Po obiedzie spokojnie przeszliśmy na następny panel tym razem na temat: „Życie, śmierć, długowieczność – dary i kary”. Oficjalnymi panelistami byli Anna Adamczyk – Śliwińska, Michał Leśniewski i Agnieszka Sylwanowicz, ale w praktyce kilku z panelistów siedziało też na „widowni”. Dyskusja była bardzo ciekawa i żywa. Pojawiło się w niej pytania o Nazguli. Czy one mają odwrót od swej decyzji? Czy istnieje choć cień szansy dla nich, aby żałowali za swoje czyny? To pytania jednak pozostało i chyba pozostanie bez ostatecznej odpowiedzi.

W ten tok dyskusji wpisała się prelekcja Tadeusza A. Olszańskiego o Turinie i Edypie. Poruszone zostały tematy przez nas dyskutowane, ale w nowy sposób i sądzę, że wiele wniosła to całości naszego myślenia o kwestiach przeznaczenia i wolności u Tolkiena. Postanowiłem sam jeszcze raz przemyśleć te tematy. Może zrodzi się z tego kolejny (oby oryginalny) mój artykuł na ten temat?

Na zakończenie piątkowej tolkienistyki, niczym wisienka zwieńczająca tort, odbył się wykład Justyny Brzezińskiej „The character of Eowyn within the framework of the Chivalric Code of Medieval Europe”. Kolejny ciekawy bohater „Władcy Pierścieni” i ciekawa zmiana jaka w nim (w niej) następuje w czasie opowieści. Eowyna staje się kobietą. Na początku bardziej jest bowiem wojownikiem i nie widząc sensu życia pragnie ponieść śmierć na polu bitwy. To jednak zmienia się i odkrywa ona w sobie prawdziwą naturę i zarazem sens życia.

Czekając na Pratchetta z Sirielle

Czekając na Pratchetta z Sirielle

Tak dobry dzień miał być zakończony przeze mnie udziałem w telemoście do Szkocji, w którym miano nawiązać połączenie z Terrym Pratchettem. Niestety (podobno z winy strony szkockiej lub, jak inni twierdzili, nie stawienia się Pratchetta) nie doszło ono do skutku. Nie byłoby sprawy, gdyby strona czeska (bo tam, w kawiarni Noiva, miał się odbywać ów telemost) poinformowała o wszystkim jak należy. Niestety komunikaty byłby podawane tylko po czesku i długo nie było wiadomo czy w ogóle połączenie zostanie nawiązane. Czekałem tam z kilkoma osobami ponad godzinę, aż zostaliśmy wyrzuceni za zakłócanie naszymi rozmowami spotkania z jakimś czeskim autorem. Ten moment był chyba największym organizacyjnym minusem konwentu, jaki dostrzegłem.

Dzień 3, sobota

Trzeci dzień nie był już taki interesujący. Choć zaczął się całkiem miło, bo w konkursie tolkienowskim wraz z dwoma chłopakami (kto to był nie wiem) zajęliśmy trzecie miejsce, co dało nam trochę miejscowej waluty do wydania na książki (kupiłem „Sierżanta” Miroslava Zambocha). Po ten był wykład „High and low Tolkien and the after-life of The Lord of the Rings” Christophera Garbowskiego, który jednak poruszał tematy mniej mnie interesujące.

Za to ciekawy był następny wykład Jakuba Z. Lichańskiego „Tolkienowska Mythopoeia – Bóg, wiara i wolność?”. Wykład dość trudny w odbiorze, ale poruszający ciekawe sprawy i tekst, który nie jest często tematem dyskusji. Wykład był wyciągnięty wcześniejszych publikacji autora, więc postanawiam sobie nadrobić braki lekturowe.

Coś co było perełką dnia, to wykład Bartłomieja Błaszkiewicza „Orality and literacy in The Lord of the Rings„. Nie zdajemy sobie sprawy jaką rolę pełnił przekaz ustny w czasach, gdy słowo pisane było rzadkością. W pierwszej erze, gdy zbudowano drzwi do Morii wystarczającym zabezpieczeniem był sam napis „Powiedz przyjacielu i wejdź”. Kto umiał go odczytać (a napisany był w języku elfów) musiał być przyjacielem. Pismo, literatura były rzadkością i tak jest wśród elfów, które nie przykładają wagi do tego, co zapisane. Utwór nawet w postaci pisemnej nabiera wartości w momencie wykonania, co widać w scenie w Rivendell, gdy Bilbo wykonuje pieśń, którą wcześniej napisał. Inaczej nie dotarłaby w ogólne do odbiorców.

Po krótkiej przerwie na obiad w studenckiej stołówce dostałem się na panel „How to handle a saga”. Dyskutantów było czterech. Trzech na poziomie, czyli O. S. Card, A. Campbell i S. Erikson i jeden, na którego określenie musiałbym użyć słów uchodzących z niekulturalne, a mianowicie Andrzej Sapkowski. Ten ostatni, który jak się wyraził jest „ojcem polskiej fantasy” pojawił się na panelu w stanie, który wskazywał do spożycie większej ilości alkoholu. Zarozumiały jest lekkim określeniem, jaki można zastosować do opisu wypowiedzi pana Sapkowskiego. O ile pozostali rozmówcy potrafili z dystansem i humorem podchodzić do własnych dzieł, opowiadać o trudnościach i radościach tworzenia, własnych błędach i sukcesach, o tyle autor sagi o wiedźminie bełkotliwie usiłował udowadniać swoją nieomylność i wyższość. Został za to kilka razy nagrodzony wybuchami spontanicznego wyśmiania. Jednak dzięki pozostałym gościom panel był całkiem ciekawy.

To się nazywa pasja, czyli Nifrodel w akcji!

To się nazywa pasja, czyli Nifrodel w akcji!

Dla poprawy nastroju spóźniony wpadłem znów do sali 105 (tam odbywała się większość bloku tolkienowskiego) na prelekcję Anny Adamczyk-Śliwińskiej pt. „Co pływa w zupie u J.R.R. Tolkiena”. W krótkim czasie (bo tylko 45 minut) zostały nam przedstawione podstawowe składniki, które składają się na sukces i jakość tolkienowskiego legendarium. Przy okazji zrodziła się dyskusja o talencie – czym jest i jaki ma wpływ na działanie człowieka, która przeniosła się potem w kuluary.

Dzień 4, niedziela

Nadszedł dzień ostatni. Rozpocząłem go od spotkania reprezentantów dwóch wydawnictw: Katarzyny Sienkiewicz – Kosik i Andrzeja Hudowicza, którzy opowiadali losy książki od jej napisania do wydania. Ponieważ spóźniłem się nie mam pewności co do wydawnictw, które reprezentują. Jednak jak się udało mi domyślić K. Sienkiewicz – Kosik jest z niewielkiego wydawnictwa Powergraph. Nie była to jednak jakaś nadzwyczaj odkrywcza dyskusja.

Drugim spotkaniem, w którym brałem udział tego dnia, to „Fantastyczność wsi – fantastyczność miasta” z Witem Szostakiem. Wieś i miasto bardzo się między sobą różnią. W wiejskiej obrzędowości można odnaleźć magię, której brakuje miastu. Jednak z obu można wydobyć pewną fantastyczność.

Trzecie spotkanie „Zwrotnice Czasu”, w którym brał udział ostatecznie tylko Maciej Parowski nie zachwyciło mnie za bardzo, może dlatego że nie czytałem książek z tego projektu. Podobają mi się historie alternatywne, stąd moja obecność tam. To co najciekawsze, to opinia TAO, uczestniczącego w tym projekcie, który dość mocno skrytykował powstałe książki.

Jako przedostatnia pozostała mi prelekcja Agnieszki Tańczuk „The image of a dragon in J.R.R. Tolkien’s Middle-Earth and Ursula K. Le Guin’s Earthsea”. Zostały wymienione cechy smoków u obu twórców, z krótkim podsumowaniem, ale przyznam się, że nie bardzo wiem ku czemu poza czystą prezentacją zmierzała ta prelekcja. Brakował porównania, pokazania jakiś źródeł kulturowych, literackich, z których dane pomysły zostały zaczerpnięte czy też wskazania na oryginalność inwencji autorów.

Na zakończenie całości poszedłem (znów lekko spóźniony) na „Kto tak naprawdę żyje w tym mieście?” Krzysztofa Hołyńskiego. Tak się składa, że w 2007 roku na Polconie pod koniec wziąłem udział w jakiejś prelekcji o RPG, więc i teraz wykorzystałem nadarzającą się okazję. Choć już dawno nie miałem okazji zagrać, ale samo spotkanie było interesujące i odprężające po tych kilku dniach ćwiczenia umysłu (co nie znaczy, że można było na nim odstawić myślenie na bok, absolutnie; po prostu należało użyć innych mięśni myślowych).

Czeski Cieszyn

Czeski Cieszyn

Po wszystkim przeszedłem się jeszcze po Czeskim Cieszynie (nic nadzwyczajnego), wsiadłem w samochód i odwiedzając po drodze Wilamowice wróciłem do siebie. Całą imprezę uważam za udaną. Miło było spotkać się ze znajomymi, niektórymi dawno nie widzianymi. Były okazje do długich dyskusji, które bardzo mnie ubogaciły. Na koniec chcę podziękować Galadhornowi i Tomowi Gooldowi za sami wiedzą co.

P.S. Skończyłem pisać to o 1 w nocy (bądź nad ranem) w poniedziałek, tuż po powrocie z Triconu, więc wybaczcie błędy, niestylistyczności i takie tam, ale o tej porze już trudno się skupić. Tekst publikuję tak czy siak, a ewentualne błędy czy ominięcia poprawię później.

Tags: , , , ,

admin on Sierpień 5th, 2010
Animowana Historia Polski

Animowana Historia Polski

Tomasz Bagiński, znany głównie jako twórca animowanego filmu „Katedra”, stworzył niedawno nowe dzieło „Animowana Historia Polski”. Film w niewiele ponad 8 minut opowiada o historii naszej Ojczyzny. Był on prezentowany w czasie targów EXPO w Szanghaju. Dzisiaj miałem okazję go oglądać na YouTube, ale zaważyłem, że szybko film jest usuwany. Powód jaki jest podawany przez serwis brzmi następująco: „Ten film wideo jest już niedostępny z powodu otrzymania roszczenia dotyczącego praw autorskich przez Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości”. Film co jakiś czas jest przez kogoś wgrywany, więc jest szansa go obejrzeć.

Pytanie, które się rodzi, to czy jest możliwe ukazać ponad tysiącletnią historię w zaledwie osiem minut? Zdecydowanie nie. Jednak to swoiste streszczenie, którego dokonał pan Bagiński jest na wysokim poziomie. Wiele wątków zostało pominiętych, wiele uproszczonych, ale to było konieczne, aby zmieścić się w tak krótkim czasie. Natomiast jest widoczna pewna synteza dziejów narodu. Narodu, który musiał nieraz walczyć o swoje, ale też wspaniale się rozwijał. Podoba mi się wątek młyna, który najpierw powstał, a potem (sto? dwieście? lat później) jest przebudowany, co wraz z zamianą dworku w pałac pokazuje rozkwit polskiego bogactwa i kultury. Wiele osób w komentarzach zwróciło uwagę na brak osoby Jana Pawła II, co niewątpliwie jest słabą stroną filmu. Drugą słabością, zwłaszcza w kontekście tego, że film był prezentowany na targach EXPO, jest to niezrozumiałość wątków dla tych, co nie znają historii Polski. Obrazy na filmie nie zawsze są same w sobie jasne, choć może zachęcą do poznania historii naszego kraju, co byłoby ogromnym sukcesem. Trzecia wada to samo zakończenie, w którym zamiast polskiej flagi czy orła ukazuje się flaga Unii Europejskiej. Choć może jest to i przestroga, że po latach zaborów, okupacji, komunizmu, kiedy nie było u nas suwerenności, nadchodzi nowy czas, gdy tej suwerenności na nowo nie będzie, tyle że pod nowym znakiem.

Ogólnie więc (poza zakończeniem) film mi się spodobał. Mam nadzieję, że dzięki niemu jednak trochę zdrowej dumy nabierzemy jako naród, pogłębimy znajomość naszej historii i będziemy mieli to poczucie własnej wartości, którego czasami nam Polakom chyba brakuje.

Tags: , ,

admin on Lipiec 24th, 2010

Miała być relacja na bieżąco, ale niestety to się nie udało. Laptop przewędrował całą tą trasę niezbyt używany, po prostu brakowało czasu. Teraz jednak przystępuję do napisania w miarę systematycznej relacji. Będzie się ona ukazywać w odcinkach, w miarę jak ją będę pisał. Trasa, którą pokonałem wynosiła prawie 4 tysiące kilometrów (tak wyliczyłem przy pomocy Google Maps). Wyruszyłem 4 lipca, do Polski wróciłem 20 lipca, podróż zakończyłem 22 lipca w Katowicach. Będę więc opisywał co się po kolei działo, głównie po to aby zachęcić innych do podobnych podróży oraz podzielić się moimi wrażeniami i kilkoma praktycznymi radami.

4 lipca 2010 – niedziela, dzień przyjazdu na Ukrainę

Plackarta

Plackarta - miejsca w pociągach jakimi podróżowaliśmy po Ukrainie.

Przyjechałem wraz z dwójką znajomych na Ukrainę. Tym razem do Przemyśla dojechaliśmy samochodem (zazwyczaj wybierałem pociąg). Mogłem go tam zostawić dzięki gościnności miejscowego Seminarium Duchownego. Mimo opóźnienia spowodowanego przymusowym postojem w Jarosławiu (odbywały się tam okolicznościowe wyścigi rowerowe) udało nam się spokojnie zjeść przepyszne lody. Kawiarnia Fiore jest ze wszech miar godna polecenia. Wyśmienite lody tejże kawiarni stały się już stałym elementem moich wypraw na Wschód (nie wspominając o obowiązkowej kawie). Potem przeszliśmy na dworzec i pojechaliśmy busem (2 zł) na granicę do Medyki. Nowością tam był nowym polski budynek odpraw. Natomiast ruch był znikomy, co zaobserwowałem już w zeszłym roku. Praktycznie w ogóle nie czeka się w kolejkach. Inaczej było na przystanku marszrutek. Sporo osób chciało się dostać do Lwowa, co spowodowało niemiłe przepychanki i nerwowość. Na szczęście udało nam się zabrać już drugą marszrutką do Lwowa (15 hrywien).

Lwów. Co za miasto! Mimo że byliśmy właściwie przejazdem, to zawładnęła mną atmosfera tego miasta. Czuję się tutaj tak dobrze, jak w domu i może Lwów zawładnął trochę moim sercem? Całe szczęście, że na koniec (a właściwie prawie całą połowę) naszej podróży zatrzymujemy się we Lwowie.

Bilety do Odessy mieliśmy już kupione przez mojego znajomego. Wykupione mieliśmy plackarty, czyli trzecią klasę w pociągu nocnym. Dla trzech osób wyszło nas to 240 hrywien. Plackarty to miejsca do spania w wagonie bez przedziałów. Są takie udawane przedziały, gdzie śpią cztery osoby, ale nie ma drzwi tylko od razu korytarz i na przeciwległej stronie jeszcze dwa miejsca boczne. Nie potrzeba zabierać ze sobą śpiworów ani nic z tych rzeczy, gdyż wszystko łącznie z pościelą dostaje się na miejscu. Boczne miejsce na dole zamienia się łatwo w stoliczek z dwoma siedzeniami, a pod spód można dać bagaż. Obok mnie jechała jakaś rodzinka, używali języka rosyjskiego, więc ciężko było się dogadać. Jeszcze nie „rozkręciłem” się w używaniu ani ukraińskiego, ani rosyjskiego.

5 lipca 2010 – nad morze

Ja w morzu

Drugi raz w życiu pływałem w morzu.

Po średnio przespanej nocy, głównie ze względu na za krótkie i za wąskie miejsce (tak to jest jak się urosło) zostało mi jeszcze kilka godzin w pociągu. Za 4 hrywny kupiłem sobie kawę. Nie najlepsza, ale uzależnienie nie pozwalało się bez niej obejść. Pasażerowie (nie wszyscy) kursowali to toalety, aby wypełnić podstawowy higieniczny rytuał. Skutkowało to totalnym zalaniem toalety wodą. Toalety są w ukraińskich pociągach w złym stanie, chyba nawet gorszym niż u nas. Największym problemem było jednak co innego. Ukraińcy chyba nienawidzą przeciągów i świeżego powietrza, stąd nigdy nie otwierają okien. Ani w marszrutkach, ani w pociągu. Można sobie wyobrazić jakie jest powietrze po całej nocy w wagonie bez wentylacji. Każdy łyk świeżego powietrza stawał się w tej sytuacji bezcenny.

Do Odessy dotarliśmy z niewielkim opóźnieniem. Gdy poszliśmy na miasto wymienić pieniądze okazało się, że we Lwowie (a chyba i na granicy) były trochę lepsze kursy. Przeszliśmy się trochę ul. Puszkińską, jednak szybko zawróciliśmy na dworzec, aby stamtąd odjechać marszrutką do Illicziwska (6 hrywien za osobę + 1 za bagaż). W tej miejscowości mieści się bowiem dom sióstr elżbietanek, w którym mieliśmy umówione noclegi. Siostry są bardzo miłe i chętnie będą zapraszać turystów, bo od tego roku rozbudowały się i mają miejsca noclegowe.
Przy okazji warto zwrócić uwagę na język miejscowy. Nazwa miejscowości bowiem raz zapisywana jest z rosyjska, raz z ukraińska, miejscowi podobnie używają raz jednego raz drugiego. To duży problem Ukrainy, gdzie obowiązują w praktyce te dwa języki, a nie jak u nas jeden. Co więcej, nie zawsze się da dogadać po ukraińsku na wschodzie kraju, a natomiast na zachodzie rosyjski nie jest zbyt mile widziany. Ukraiński też różni się zależnie od regionu. Kraj jest m.in. przez to podzielony.

Wróćmy jednak do podróży. Siostry przywitały nas obiadem, po którym nastąpił długo oczekiwany przeze mnie moment, czyli prysznic. Po wczorajszym dniu, podróży pociągiem i marszrutką (a pogoda była wspaniała, czyli upał) był on niezbędny do życia. Jeszcze potem Msza św. i to co nad morzem robi większość turystów, czyli spacer na plażę. Nie mam zamiłowania do morza. Byłem już wcześniej nad czterema, najpierw nad Północnym, potem Śródziemnym, półtora roku temu nad Bałtykiem, rok temu nad kanałem La Manche. W pierwszym zamoczyłem stopu, w drugim raz pływałem. Tyle było moich kontaktów z morzem. Tak więc teraz było piąte do kolekcji i jak się okazało drugie, w którym pływałem. Nie miałem większych chęci do zanurzania się w słonej wodzie, ale coś mnie pokusiło i nie żałuję, choć nie spowodowało to jakiejś zmiany w moim nastawieniu do morza. Po plaży poszliśmy na pizzę do pizzerii Mamma Mia mieszczącej się w kinie Neptun przy ul. Lenina 14. Szczerze mówiąc nie polecam. Pizza nie była taka zła, ceny średnie, ale karaluch się przeszedł ścianą na naszych oczach, więc nie zawitaliśmy tam powtórnie. Dla odwiedzających Illicziwsk polecam drugą pizzerię – Celentano, która znajduje się niedaleko tej  pierwszej, a którą odkryliśmy za późno, żeby do niej wstąpić.

6 lipca 2010 – Odessa

We wtorek wyruszyliśmy na zwiedzanie Odessy. Wstaliśmy niespiesznie i dopiero po godzinie dziesiątej marszrutką nr 25 wyjechaliśmy do tego portowego miasta. Mimo upałów, wzmożonych szklarniowymi warunkami w busiku, nie poniechałem planów intensywnego zwiedzania. Odessa jest stosunkowo młodym miastem. Mimo tego ma swój urok i jest co zobaczyć. Główne ulice są ocienione wspaniałymi platanami.

Grecki napis w Odessie.

Grecki napis w Odessie.

Nasze zwiedzania zaczęliśmy od cerkwi św. Trójcy z 1808 r. Potem przeszliśmy ul. Katerynynską (Катерининська вул.) do rzymsko-katolickiej katedry Uspeńskiej (Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny lub Wniebowzięcia). Na bokach frontony widać rzeźby św. apostołów Piotra i Pawła, co pięknie przypomina o różnych charyzmatach Kościoła. Katedra ma ładny wystrój, choć niezbyt bogaty i głównie współczesny. W 1949 r. urządzono tu salę sportową. Mimo że teraz wygląda ładnie, to strasznie boli fakt, że została (i nie tylko ona) tak potwornie zniszczona przez bolszewików. Z katedry przeszliśmy na Plac Grecki (Грецька пл.). Z tym miejscem szczególnie wiąże się grecka historia Odessy. W starożytności istniała bowiem na miejscu tego miasta grecka osada Istrion. Odessa zaś przyczyniła się do odrodzenia nowożytnej Grecji, gdyż tutaj miała swoją siedzibę organizacja Filiki Eteria, która przyczyniła się do wolności Grecji. Co ciekawe można tutaj spotkać napisy w języku greckim. Idą dalej przy ul. Hawanna (Гаванна вул.) natknęliśmy się na nieduży kościółek rzymsko-katolicki pw. św. Piotra zbudowany w 1912 r. Spodobał mi się w nim bardzo ładny i zdobiony drewniany konfesjonał. Ciekaw jestem czy jest współczesny czy też jakimś cudem ominęła go bolszewicka pasja walki z religią. Dalej widzieliśmy pałac Tołstoja, pałac Potockiego (niewielki w porównaniu z pałacami Potockich we Lwowie czy Łańcucie), bibliotekę publiczną z początków XX w. Potem musieliśmy się trochę wrócić do centrum i przeszliśmy pod odeską operę. Jest to imponujący budynek zaprojektowany przez F. Fellnera i H. Helmera, którzy projektowali także hotel George (Lwów), Kasyno Szlachecki (Lwów), teatr we Wiedniu, czy teatr w Czerniowcach. Może ona pomieścić ponad półtora tysiąca widzów. Nie weszliśmy do środka, ale odbiłem sobie to potem we Lwowie. Z innych miejsc w Odessie, które widzieliśmy to należy wymienić jeszcze port i olbrzymie molo z dworcem kolejowym i hotelem Odessa, Schody Potiomkinowskie (znane, choć poza wielkością nie robią szczególnego wrażenia).

Opera w Odessie.

Przed odeską operą.

Takie zwiedzania nas wymęczyło i musieliśmy znaleźć jakąś pizzerię. Niełatwo jest znaleźć coś taniego (ceny zaczynają się zazwyczaj od 70 hrn), ale na ul. Preobrażeńskiej (Преображенська вул.) znaleźliśmy pizzerią, gdzie można było zamówić duża pizzę już za 50 hrn. Wracając ku dworcowi natknęliśmy się na miłą niespodziankę, a mianowicie targ książek. Wpadłem w niego i moi towarzysze musieli poczekać aż nasycę oczy widokiem książek (przy okazji wzmocniło się postanowienie opanowania języków ukraińskiego i rosyjskiej, żeby je przeczytać). Wieczorem tego dnia byliśmy jeszcze w kawiarni na meczu, ale to było w Illicziwsku.

Odessa ogólnie rzecz biorąc jest ładnym miastem. Mieliśmy trochę za mało czasu i zbyt ogólny przewodnik, żeby ją dokładnie zwiedzić. Jednak nie ma chyba aż tyle zabytków, żeby na zwiedzanie potrzebne było więcej niż dwa, trzy dni. Ma za to swój pewien urok, szczególnie przez platany posadzone wzdłuż ulic. Nie wiem natomiast jak wygląda odeska plaża.

7 lipca 2010 – Akerman

Znowu na plaży.

Znowu na plaży.

Był to jeden z najciekawszych dni tej podróży. Przed południem niewiele się działo. Poszliśmy na plażę, gdzie jako „wielki” amator opalania, spisywałem swoją relację w zeszycie i trochę popływałem. Potem podeszliśmy ul. Lenina pod jego pomnik. Zbrodniarz został ładnie odnowiony na złoto. O tempora, o mores! Niestety jego kult dalej trwa. Ponoć sam Illicziwsk nosi swoją nazwę na cześć jego bądź jego ojca Ilji Nikołajewicza Uljanowa.

Twierdza Akerman.

Z siostrą Karoliną przed wejściem do twierdzy Akerman.

Po południu z siostrą przełożoną pojechaliśmy samochodem (jaka miła odmiana od marszrutek) do Biłhorodu. Tam znajduje się sławna twierdza Akerman, zbudowana w miejscu starożytnej kolonii greckiej Tyry. Tak to moje podróżowanie zaczyna sięgać nawet starożytności. Trzeba chyba będzie się przejechać do Grecji. Twierdza robi niesamowite wrażenie. Wznoszona była od XIII do XV w., a gdy w 1484 r. sułtan turecki Bajazyt II ją zdobywał potrzebował na to 350 tysięcy wojska i 16 dni! Za naprawdę niewielkie pieniądze (5 hrn) można wejść na teren fortecy i poruszać się po niej bez żadnych ograniczeń. Nikt nikogo nie pilnuje gdzie chodzi, można więc wejść na mury, do baszt. Chyba tylko w dwóch miejscach kraty uniemożliwiają wejście w niektóre pomieszczenia. Niesamowite wrażenie tak przechadzać się po murach, po których kilkaset lat temu chodzili strażnicy, bronili twierdzy przed muzułmanami. W części, która służyła garnizonowi nie ma prawie nic współczesnego, co jest jeszcze większym plusem. W większej, służącej też cywilom (gdzie m. in. znajduje się minaret z czasów tureckich) można za opłatą przebrać się w stroje stylizowane na dawne, zrobić zdjęcia czy też strzelić z łuku (wszystko za dodatkową opłatą). W Biłhorodzie widzieliśmy jeszcze cerkiew św. Jana i cerkiew Zaśnięcia Przeczystej Bogurodzicy. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o słynną winnicę Szabo, ale poza sklepem firmowym nie było tam nic ciekawego (a ceny jak w marketach).

Akerman - strzelanie z łuku.

Akerman - strzelanie z łuku.

Tego dnia wieczorem czekało nas też poważne wyzwanie techniczne. Siostry na satelicie nie miały żadnego kanału transmitującego mecz półfinałowy. Miałem laptopa i kartę telewizyjną. Przy pomocy dołączonej do niej antenki ledwo, ledwo złapałem pierwszy kanał telewizji ukraińskiej, na którym leciał mecz. Polska myśl techniczna stanęła na wysokości zadania i wespół z budowlańcami z polski pracującymi u sióstr przy pomocy długich kabli ulepszyliśmy nasza antenę. Obraz, choć czarno-biały był w miarę wyraźny, głos też był dobrej jakości (bez szumów i trzasków). Udało nam się w ten sposób obejrzeć zwycięstwo Hiszpanii nad Niemcami.

Następnego dnia wyjeżdżaliśmy na Mołdawię, ale o tym będzie w następnym odcinku relacji o tegorocznej podróży na Ukrainę i Mołdawię.

Tags:

admin on Lipiec 7th, 2010
Podręcznik do gry Warhammer

Podręcznik do gry Warhammer

Role Playing Games, czyli RPG. Rozrywka wydaje się być dość kontrowersyjna dla niektórych. Jednak wydaje mi się, że jest podobnie jak z młotkiem. Można nim wbić gwóźdź pod obraz albo zabić. Dlatego uważam, że dobre RPG może być świetnym sposobem na nudę.

Wariacji RPG jest wiele. Ta, o którą mi chodzi, to chyba najbardziej klasyczna odmiana, która opiera się o wyobraźnię. Nie komputery, plansze, itp., ale angażuje naszą wyobraźnię. Oto przy stole siada sobie kilka osób i wciela się w postacie w wymyślonym świecie. Jeden z nich, zwany Mistrzem Gry, odpowiada za cały świat, snuje fabułę gry. Jego zadanie jest najbardziej odpowiedzialne, od niego zależy jakie przygody spotkają bohaterów i to on odpowiada dosłownie za cały wymyślony świat. Pozostali natomiast wcielają się w swoich bohaterów. Wybór świata zależy od graczy, czy będzie łudząco podobny do naszego, czy na wskroś fantastyczny (np. Warhammer czy AD&D). Chyba najprostszym RPG jest Mythai® Starter (nigdy go nie używałem, ale tak wygląda na ich stronie), więc może posłużyć na początek. Największym „problemem” jest znalezienie odpowiedniego Mistrza Gry, osoby która już zna system, w który będziemy grać, ma doświadczenie i talent w prowadzeniu takich gier.

Niektórzy zarzucają tego typu grom, że odciągają od realnego świata, że niszczą młodzież albo że wręcz są sekciarskie. Nie mogę się z tym zgodzić. Owszem, są systemy, które promują pewne sekciarskie, szkodliwe podejście do świata, ale wystarczy ich nie używać. Zaletą natomiast takich gier jest aktywne spędzenie czasu, kiedy trzeba myśleć, podejmować decyzje (i ponosić ich konsekwencje włącznie ze śmiercią prowadzonej postaci). Niesamowicie potrafią rozwijać wyobraźnię, a także wiedzę. To ostatnie może być zaskakujące, ale zależnie od systemu osoby takie zdobywają ogromną wiedzę, np. na temat uzbrojenia średniowiecznego lub najnowszych zdobyczy techniki. Co więcej dzieje się to bezboleśnie.

Gorąco więc polecam ten sposób spędzania czasu na wakacjach. Cóż z tego, że nigdzie się nie wyjeżdża, jeżeli dzięki wyobraźni można walczyć ze smokami lub podbijać nowe planety?

P.S. W chwili ukazania się tego postu powinienem być w Odessie. Urlop kończę 23 lipca. Chętnie bym wrócił do „starych, dobrych czasów”, kiedy brałem udział w takich grach. Jest ktoś chętny na Halembie?

Tags: ,

admin on Lipiec 3rd, 2010

„Ja rzekłem: Jesteście bogami i wszyscy – synami Najwyższego”. Człowiek ma być bogiem? Czyżby jakaś nowa herezja? Skądże te słowa? Nie skądinąd tylko z Pisma Świętego, a konkretnie z Psalmu 82, wers 2. Jak więc je rozumieć? Po odpowiedź trzeba sięgnąć znów do Pisma Świętego, tym razem do księgi Rodzaju. Jak czytamy tam, człowiek zostaje stworzony na boży obraz i podobieństwo. Jakie to ma znaczenie? Mamy w sobie coś boskiego, coś co odróżnia nas od zwierząt, które tego czegoś nie mają. Cóż więc takiego to jest? Odpowiedzi może paść wiele, sięgnijmy więc do najbliższego kontekstu.

„Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi»” (Rdz 1,28). Zadaniem człowieka jest czynić sobie ziemię poddaną. Dodatkowym kontekstem jest fakt, że Bóg jest przedstawiany w tym momencie jako Stwórca świata. Najbliższym więc sposobem naśladowania Boga, jest w jakiś sposób uczestniczyć w akcie stwórczym. Jak więc ten obraz i podobieństwo boże ma się realizować w praktyce? W jaki sposób kontynuować dzieło stworzenia i czynić sobie ziemię poddaną?

Potrzeba jeszcze wyjaśnić sobie co znaczy „czynić poddaną”. Jezus będzie mówił, że panowanie jest służbą. Dobry władca nie jest tyranem, ale pomaga swoim poddanym rozwijać i bogacić się. Jest powołany do tego, do opieki nad swym ludem. W takim kontekście moim zdaniem należy rozumieć słowa „czynić poddaną”.

Jeden z moich ulubionych pisarzy XX w. przedstawił to, moim zdaniem, genialnie. J.R.R. Tolkien określił tą zależność jako creator – subcreator. Człowiek jest substwórcą (trudno jest ten termin oddać w języku polskim). Jego praca, dzieła są kontynuacją dzieła stworzenia. Pisarz będzie wyrażał to tworząc świat powieści i w takim kontekście użył tego termin Tolkien. Jednak każdy, kto realizuje swoje powołanie, staje się tym, który współtworzy z Bogiem. Od najprostszych po najbardziej wysublimowane powołania, których nie da się zredukować li tylko do zawodu, człowiek realizuje w swoim życiu to fundamentalne zadanie. Teraz łatwiej może zrozumieć będzie przypowieść o talentach i to dlaczego ten, który zakopał powierzony mu majątek, został ukarany.

Skąd więc tytułowe „Nie zabijaj Boga”? Ilekroć widzę ludzi, którzy poddają się w życiu, którzy rezygnują z rozwijania tego, co dał im Bóg na rzecz spraw mniej istotnych, a przede wszystkim z lenistwa, chce mi się krzyczeć. Krzyczeć: „Człowieku, nie marnuj się, nie zabijaj tego, co tobie dał Bóg”! Panuj nad sobą, nie daj, aby świat nad tobą zapanował. Panuj i rozwijaj swoje talenty, panuj i wspieraj innych w rozwijaniu ich talentów.

Tags:

admin on Lipiec 2nd, 2010

Logo Forum Fabryki SłówWczoraj ruszyło na nowo Nieoficjalne Forum Fabryki Słów. Dotychczas korzystało z darmowego forum, które miało swoje zalety i wady niestety. Teraz jednak pojawiła się nowa możliwość, a więc forum zmieniło swoje miejsce i adres. Przy okazji wyszła bardzo niemiła sprawa, gdyż to co powstało na dotychczasowym forum (posty, itp.) nie mogło zostać przeniesione na nowe forum, gdyż usługodawca nie chce przekazać kopii bazy danych (co moim zdaniem jest karygodne, dlatego odradzam korzystania z serwisu vgh.pl; fora w domenie ok1.pl). Stąd dotychczasowe wpisy są przenoszone ręcznie i z czasem najwartościowsze powinny się znaleźć na nowym forum. Jednak już teraz gorąco zachęcam do rozruszania naszego forum. Jako jeden z administratorów gorąco je polecam. Adres forum jest prosty do zapamiętania: forum-fabryki-slow.pl. Zapraszam serdecznie!

Tags: ,

admin on Czerwiec 30th, 2010
Uzależnienie genealogiczne

Uzależnienie genealogiczne

Zastanawiałeś się kiedyś skąd pochodzi twoja rodzina? Nie mam na myśli miejsca, gdzie się urodziłeś i gdzie urodzili się twoi rodzice. Myślę o twoich prapradziadkach. Może chciałbyś poznać swoich dalszych kuzynów, którzy są być może rozsiani po całym świecie? Odkryłem bowiem, że poznawanie swoich korzeni, historii rodzinnej itp. może być świetnym sposobem na nudę!

Dzięki genealogii zupełnie inaczej patrzy się na wiele spraw. Np. taka historia nie jest już tylko odległą, obcą sprawą z podręczników. Staje się ona historią ludzi, zbiorem i przeżyć, decyzji. Często w tej historii stają się obecni właśnie nasi przodkowie. W mojej rodzinie np. mój pradziadek Zygmunt Bauer zdobywał Monte Cassino, prababcia przedzierała się przez front (z prozaicznego powodu, musiała zdobyć mięso, a gdy wracała okazało się, że dom był już po drugiej stronie frontu). Dzięki tym historiom osobistym, ta wielka historia świata staje się zupełnie inna.

Poza tym można poznać lepiej swoich bliskich. Prowadząc badania genealogiczne trzeba rozmawiać z rodziną. Wtedy odkrywa się te osoby, które dotychczas znaliśmy tylko ze świątecznych obiadów, a może tylko ze ślubów i styp. Co więcej, można poznać swoich odległych krewnych, tych których nigdy nie znaliśmy. Większość mojej rodziny, którą teraz znam, poznałem właśnie dzięki genealogii.

Nie będę się rozpisywał tutaj o tym jak prowadzi się badania. Napisałem już poradnik genealogiczny, więc jak ktoś jest zainteresowany może tam zajrzeć. Ostrzegam jednak, że to działa jak narkotyk. Czasami wręcz całymi dniami będzie można składać elementy rodzinnej układanki, najlepsze wakacje będą takie, kiedy odwiedzi się rodzinne miejsca i odległych krewnych (a przy okazji pozna pół kraju i świata). Sprawa naprawdę godna polecenia, a nudzić się przy tym nie sposób.

Tags: ,

admin on Czerwiec 26th, 2010
I Zespół Ogólnokształcących Szkół Społecznych w Katowicach

I Zespół Ogólnokształcących Szkół Społecznych w Katowicach - tu naprawdę nalewali oleju do głów.

Mija powoli pierwszy dzień tegorocznych wakacji. Rok szkolny szczęśliwie (dla większości) się zakończył. Uczniowie uradowani wybiegli ze szkół i pognali… tam gdzie już i tak bywali od tygodnia, dwóch. Wszak ostatnie dni w szkole zdają się być jakąś komedią i parodią edukacji, kiedy po szkole snują się znudzeni i jeszcze bardziej niechętni do nauki uczniowie, a nauczycielom nie uczenie, lecz podliczanie ocen, obecności i wypełniania stosów innych papierków w głowie siedzi. Co więc zrobić z tak wspaniale rozpoczętymi wakacjami?

Na pewno nie warto się nudzić. Uczniowie mogą znaleźć mnóstwo sposobów na nudę. Nauczycielom warto by jednak zadać zadanie domowe. Nie dlatego, że źle wykonują swój zawód. Robią to nieraz z wielkim poświęceniem, nakładem pracy i zaangażowania. Jednak system edukacji w Polsce kuleje coraz bardziej dostosowując się do unijnych wzorców. Trzeba przemyśleć swoje działania i odpowiedzieć na pytanie po co i jak uczymy dzieci. O ile „po co” jest dość oczywiste, to pytanie „jak” niestety już nie. Najczęściej „jak” wiąże się z przestrzeganiem minimum, programu, itp. Czy jednak nie warto się zastanowić, aby zamiast realizować coraz gorszy program, coś zmienić. Może wzorem Pana Kleksa otworzyć uczniom głowy i nalać do nich oleju? Nie mam gotowej odpowiedzi na to pytanie. Póki co je stawiam, aby przemyśleć problem. Nie możemy jednak siedzieć bezczynnie. Ktoś musi wziąć odpowiedzialność za tych młodych ludzi. Rodzice się jej pozbyli, media (telewizja i internet) najczęściej niszczą ich psychikę i charakter. Może przynajmniej ci, którzy dotychczas tylko pomagali w wychowaniu (nauczyciele, księża) zaczną działać tak, aby wyrównać te braki? Nie uda się wszystkiego zrobić, ale chyba jeszcze nie jest tak beznadziejnie, aby nie dało się nic zrobić.

Tags: , ,

admin on Czerwiec 25th, 2010

Rolka filmuTrzecim moim sposobem na nudę jest film. Jednak nie każdy, nie zawsze. Nie chodzi mi tu również o oglądanie telewizji, gdyż jest to jeden z najgłupszych moim zdaniem sposobów spędzania wolnego czasu. Film trzeba dobrać ze starannością, jak i to co jemu towarzyszy. Najlepiej aby oglądanie filmu odbywało się w gronie przyjaciół, którzy nie wykazują pewnej cechy dość denerwującej (przynajmniej mnie osobiście). Chodzi mianowicie o milczenie podczas oglądania. Dla niektórych osób jakiekolwiek słowo podczas jest co najmniej zbrodnią. Jest to zrozumiałe w kinie, ale dla mnie nie do pojęcia, jeżeli film oglądamy we własnym domu. Cała przyjemność to właśnie te rozmowy i komentarze na temat wydarzeń z ekranu.

Przy tym rozwiązaniu problemu nudy zalecam jednak ostrożność. Film bowiem może być ciekawym uzupełnieniem, ale też niestety łatwo przeradza się w główną rozrywkę. Dzieje się tak, bo nie wymaga od nas tyle kreatywności w działaniu. Stąd moje zalecenie, aby nie oglądać filmów samotnie, ale w towarzystwie chętnym do kreatywnej dyskusji na temat oglądanego/obejrzanego filmu. Jednocześnie nie polecam filmów będących adaptacją książek. Na ogół przekręcają treść dzieła, a przede wszystkim to lepiej sięgnąć po prostu do książki (co nie oznacza, że nie ma udanych adaptacji, ale te można oglądać tylko po przeczytaniu oryginału). Dobry film jest dziełem samym w sobie. Lubię osobiście obejrzeć dobry film, przy którym można pomyśleć, zrelaksować się, a przede wszystkim potraktować jako okazję do spotkania się z przyjaciółmi. Tak rozumiem film, jako sposób na nudę.

Poprzednim sposobem było pisanie bloga, a następny będzie…

Tags: , ,

admin on Czerwiec 25th, 2010
Lwów, kościół św. Elżbiety

Lwów, kościół św. Elżbiety

Jak chyba większość planuję intensywnie już swój wakacyjny urlop, tym bardziej że jest co planować. Jak co roku wybieram się bowiem do naszych wschodnich sąsiadów. Plany są następujące:

4 VII: Wyjazd na Ukrainę, najpierw do Lwowa i zaraz pociągiem nocnym do Odessy.

5-8 VII: Pobyt w Odessie, trochę plaży, trochę zwiedzania.

8-9 VII: Wcześnie rano pakujemy manatki i wyjeżdżamy do Kiszyniowa (Mołdawia). Tam planowany jest jeden nocleg i zaraz powrót do Odessy, żeby wieczorem wsiąść do pociągu do Kijowa. To będzie zaiste krótki wypad.

10-13 VII: Kijów

14-20 VII: Noc 13/14 spędzona znowu w pociągu i tygodniowy odpoczynek we Lwowie po tym wszystkim. Jednak zaplanowane są wypady do Stanisławowa, Radziechowa, a może coś by się udało do Kamieńca Podolskiego, kto wie?

Zapowiada się więc dość intensywny czas, co mnie bardzo cieszy. Już teraz zapowiadam, że laptop jedzie ze mną, więc postaram się na bieżąco zdawać relację z podróży (zależnie od dostępu do internetu). Relacja będzie publikowana pod tagiem moje podróże, gdzie w tej chwili jest relacja z wyjazdu na Ukrainę (Kijów, Lwów) z 2007 roku.

Kiszyniów (Mołdawia)

Kiszyniów (Mołdawia)

Tags: