Archive | Wrzesień, 2007

Tags: ,

Rafał Dębski, Kiedy Bóg zasypia, Lublin 2007

Posted on 27 września 2007 by Ioannes Oculus

Powstali, chcieli powrotu do dawnych czasów. Kapłani pogańscy wracają. Wracają dawne bóstwa. Okazuje się jednak, że to co zostało przywołane, nie jest tym czego oczekiwali kmiecie. Strzygi, ożywieńcy, dziwożony. Paktowanie z diabłem kończy się wygraną tylko jednego – diabła.

Książka Rafała Dębskiego przenosi nas do czasów pogańskiego odrodzenia w Polsce. Powstali kapłani, wraz z nimi potwory. Nie jestem w stanie ocenić precyzji, z jaką autor oddał historyczny stan rzeczy, co nie zmienia faktu, że książka jest niesamowicie wciągająca. Trudno zrezygnować z kolejnej strony, akapitu, choćby późną porą ze świadomością porannego wstawania. Nie mogłem się oderwać, gdy już wziąłem ją do ręki. Potem nie wiadomo, czy za chwilę gdzieś nie pojawi się jakaś zjawa. Zaczynamy żyć w świecie Piastów, żyć w kraju, który dopiero co zaczął swoją historię. Na dodatek, dla mnie osobiście, kryje się w niej ogromna przestroga przed możliwością zbłądzenia na drodze, którą obrałem. Bogactwo i władca – te łatwo stają się bogami, a Prawdziwy odchodzi w cień. On jednak jest i czuwa.

Serdecznie polecam :)

Comments (0)

Pakowanie

Posted on 23 września 2007 by Ioannes Oculus

Przyszedł czas, aby się spakować i jutro wprowadzić się na ostatnie kilka miesięcy do seminarium. W takich momentach myślę o tym, co trzeba zabrać. I zawsze zaczynam od książek. Te potwory są ciężki i jest ich mnóstwo. Słownik, drugi, trzeci, czwarty, piąty (i po co mi to zamiłowanie do języków?). Pismo Święte (w kilku językach, bo jakże inaczej), powieści, coś z historii, coś z teologii. Jeszcze materiały do magisterki, jeszcze to, jeszcze tamto. Szok! Znowu zajmę prawie wszystkie wolne półki w pokoju. Mam nadzieję, że mój współlokator nie będzie dzielił mojej pasji. Czy to choroba? Może powinienem się ograniczyć w imię ubóstwa? Panie Boże, dla Ciebie wezmę to wszystko, bo wierzę, że trzeba się dobrze przygotować do twojej służby, także od tej strony. Ciężko, ale pięknie :) Co jeszcze? Wiadomo, różaniec, modlitewnik, jakieś ubrania, komputer, kawa, herbata i inne rzeczy codziennego użytku. Najważniejsze jednak by wziąć ducha i optymizm. Będzie pięknie, będzie owocnie. Spotkanie po wakacjach, gorączkowa wymiana informacji, które jeszcze nie zostały rozpowszechnione mailem, czy przez gg.

A więc, witaj seminarium!

Comments (0)

Zbliża się koniec wakacji…

Posted on 22 września 2007 by Ioannes Oculus

Szokujące dla niektórych, ale dla mnie zbliża się koniec wakacji. Tzn. w poniedziałek wracam do seminarium. Będzie to szósty i ostatni rok formacji. Pierwszy semestr w seminarium, drugi na stażu na parafii gdzieś w archidiecezji katowickiej (kto wie gdzie?). W związku z tym oświadczam wszem i wobec, że bloga będę dalej prowadził i na forach się udzielał. Jednakże moja aktywność internetowa, przynajmniej na czas pobytu w seminarium, spadnie co nie co. Teraz, nawet gdy roboty jest multum, mam w domu stałe łącze i bezproblemowy (prawie) dostęp do internetu. W seminarium już nie ma tak dobrze, więc i wpisów będzie mniej i mniej mnie na forach.

W związku z rozpoczęciem nowego roku akademickiego i formacyjnego proszę was o modlitwę. Ze swojej strony zapewniam was o mojej modlitwie w waszej intencji. Codziennie do próśb brewiarzowych dołączam intencję za wszystkich forumowiczów, z forów na których jestem. Chcę także modlić się za czytelników mojego bloga.

Pozdrawiam  wszystkich serdecznie!

Comments (3)

Tags: ,

Freedom is from God

Posted on 21 września 2007 by Ioannes Oculus

Inspired by Hyalma and her blog, I also decided to start writing in English. First and main reason is to practice English, so that I won’t forget it.

I decided to share with some thoughts about freedom. I hear quite often that God or Church is against our freedom. All the things you have to do or yo’re not allowed. But is it really like this? I think, it’s a little bit different. God gave us freedom. He wants us to worship him in freedom, not like robots, which cannot decide what they are doing. We are free, so we do not have to obey the rules of the world. These rules are leading us into addiction of sin. Sin addicts, virtue does not. Have anyone heard of someone addicted to mercy? No, of course not. The way of the Lord is the way of freedom. Leave your sins, your addictions, all bad things that happened in your life. God frees you from it! Be free, be happy, be His child!

Comments (3)

Polska magiczną potęgą

Tags: ,

Polska magiczną potęgą

Posted on 19 września 2007 by Ioannes Oculus

Maciej Guzek, Królikarnia, [Runa] Warszawa 2007

Rzeczypospolita stała się potęgą. Nie taką jednak, o jakiej myślicie. Potęga Rzeczypospolitej to magia, rabithole. Najlepszy polski szpieg na Kremlu? Calineczka. To jednak nie podoba się innym i choć Zachód nie sięga nam do pięt, to szybko nadrabia straty. Ściągają wszystkie swoje legendarne stwory i potwory, nawet Harrego Pottera. A my? Czy mamy kogoś? Poczytajcie.

Książkę kupiłem na Polconie 2007. Dzięki uprzejmości pani, która mi ją sprzedała, zostałem zaprowadzony do autora, który wpisał mi się zagadkowo: „Janowi – który odnajdzie w książce swego czytelnika”. O co chodzi? Nie wiedziałem i dlatego chyba jest to pierwsza „polconowa” (czyli kupiona na Polconie) książka, którą przeczytałem. Tajemnica się nie rozwiała niestety, będę musiał zapytać autora, który i tak nie będzie już o tym pamiętał ;)

Jaka jest książka? Na pewno ciekawa i dobrze się czyta. Brakuje trochę wątku przewodniego. Całość jest spięta losami Rzeczypospolitej, ale poszczególne części nie zawsze łączą się ze sobą, nawet na końcu. Trzeba jednak przyznać, że autor się postarał i świat, który wykreował jest bardzo ciekawy. Gratuluję! Książka mi się podobała i doczytałem do końca. Brakuje tego czegoś, co by trzymało ją bardziej „w kupie”, ale naprawdę da się czytać.

Comments (1)

Tags: ,

Jeszcze o Polconie

Posted on 19 września 2007 by Ioannes Oculus

Moja relacja z Polconu jaka jest, każdy widzi. Jeśli chcecie przeczytać coś naprawdę ciekawego to zapraszam do przeczytania relacji Conducatora. Bardzo mi się podobała, nie tylko dlatego, że często w niej występuję ;)

A jeśli jeszcze wam mało to polecam relację MumakiLa.

Comments (1)

Wczoraj nas napadli

Posted on 18 września 2007 by Ioannes Oculus

Wczoraj był 17 września, dzień zdradzieckiej napaści ZSRR na Polskę (zresztą czego innego można się spodziewać po komunistach). Był to dzień ważny także dla mojej rodziny. Mieszkali wtedy w przysiółku między Chmielnem i Łopatyniem. Ot, kilka domków. Gospodarstwo, kuźnia, murowane piwnice, dom drewniany pokryty gontem. Dziś – pole. Nic nie zostało. Już niedługo, 10 lutego 1940 przyjdą nocą sowieci i każą jechać „na przesłuchanie do Lwowa”. Do Lwowa nikt nie trafi tylko prosto na Sybir. Gdy wojna wybuchła mój dziadek miał zakopać w jakiejś skrzynce spisane informacje o rodzinie i jej historii. Dziadka ściągnęli ze Lwowa, też trafił na Sybir. Stamtąd jako jeden z nielicznych udało mu się wrócić. Tam został jego ojciec i brat. Nigdy więcej wojen, nigdy więcej czegoś takiego.

Comments (1)

Tags:

Być jak setnik

Posted on 17 września 2007 by Ioannes Oculus

„Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie”. Ten setnik, godny pogardy poganin. Tak pełen pokory i wiary. Tych, których mi tak często brakuje. Jakże małą mam jeszcze w wiarę w cud, który dzieje się co dzień. Bo ja nie jestem godzien, ale Ty mimo to przychodzisz. Nie patrzysz na mój grzech popełniony w przeszłości, nie patrzysz na to kazanie, które było chwilami Twoim Słowem, a często moim. Nie patrzysz, że myślami byłem daleko. Przychodzisz do mnie. „Panie nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Wystarczyłoby tylko słowo, a Ty dałeś całe Słowo, siebie samego w kawałku chleba. Nie symbol, nie jakaś abstrakcyjna obecność, tylko Ty realnie obecny. Ty, który dajesz wszystko co cenne, czyli siebie.

Panie daj mi być jak ten setnik, choćby trochę. Domine, miserere mei!

Comments (0)

Mamy półfinał!

Tags: ,

Mamy półfinał!

Posted on 16 września 2007 by Ioannes Oculus

Dzisiaj Minersi wygrali na wyjeździe z Devils  Wrocław 13:12. O jeden punkt! W ten sposób nasza drużyna przeszła do półfinałów! Gratuluję!!! :)

Przy okazji zapraszam na in stronę www w nowej krasie: www.silesiaminers.com

Comments (0)

Tags: ,

Kilka słów o Polconie 2007

Posted on 14 września 2007 by Ioannes Oculus

Choć czasu mało to napiszę jeszcze co nie co o Polconie 2007, w którym miałem przyjemność brać udział. Ponieważ pierwszy raz brałem udział w takiej imprezie, to nie mam porównania do poprzednich. Nie wiem, czy było lepiej, czy gorzej. Moim zdaniem było rewelacyjnie! Przede wszystkim dlatego, że mimo ogromnej ilości osób (chyba nie przewidywanej przez organizatorów) właściwie wszystko szło do przodu swoim tempem. Jedyne na co można było narzekać, to kolejki do rejestracji, ale mi i innym udało się tego uniknąć przez wcześniejsze przybycie na teren konwentu.

Niestety, z racji chaosu, który coraz bardziej ogarnia mój pokój, zgubiłem konwentowy plan, tylko z grubsza opowiem, co tam się działo (lenistwo nakazuje mi nie otwierać tego w pdf’ie). Spotkania (prelekcje i panele dyskusyjne) były na ogół na wysokim poziomie. W trakcie trwania konwentu spotkałem się z negatywnymi opiniami na temat tylko dwóch spotkań (nie powiem których). Z tych poza tolkienowskich (o tym za chwilę) będę długo pamiętał prelekcję Witolda Jabłońskiego, Co się stało z mitologią słowiańską. Obecność na sali osoby w koloratce spowodowała u niego pewne zaniepokojenie albo coś w tym stylu. Nie rozumiem czemu, ale dla tych co chcą sensacji powiem: Watykan wysłał mnie na przeszpiegi ;)

Ciekawy był także panel o trudnościach w tłumaczeniu. Chwała tym wszystkim, którzy podejmują się tej ciężkiej pracy i wykonują ją sumiennie! Wiele pozostałych spotkań było również bardzo ciekawych. Świetną sprawą były targi popkultury, na których pozbyłem się resztek oszczędności kupując ledwie czubek góry lodowej książek, które koniecznie chcę przeczytać. W tym miejscu należy się jeszcze hołd dla Cafe Paradox, która podczas konwentu wspierała darmową kawą :) a także magicznymi zakładkami, które poz tym, że miały wartość 5 zł w Cafe Paradox to jeszcze mają instrukcję obsługi zakładki. Poza czwartkiem, kiedy wróciłem do mieszkania kuzynki o przyzwoitej porze, to po całym dniu zawsze lądowaliśmy w Paradoksie przy szklanicy zacnego trunku.

Co do części tolkienowskiej. Rozrzucona niemiłosiernie po całych czterech dnia. Jednak poziom był wysoki. Dla mnie pierwsze spotkanie z większością wielkich nazwisk polskiej tolkienistyki, a od tego czasu już dobrych i życzliwych ludzi. Pierwsze spotkanie z wielką Tolkienistyką (przez duże T) to był Mińsk Mazowiecki i spotkanie z M.L. i Sil. Dużo się dowiedziałem, przekonałem się o tym, jak jeszcze wiele muszę się nauczyć (świetne ćwiczenie dla pokory!). Jeśli miałbym wskazać najciekawszą z prelekcji to powiedziałbym, że ten laur należy się Nifrodel za Funkcje mitów i archetypów w Śródziemiu, choć mogę być nieobiektywny. Powód mojej nieobiektywności pozostawiam domysłom. Pamiętać będę też zmagania w konkursie tolkienowskim. Wraz z Conducatorem i … (właśnie, znowu zapomniałem jej imienia) utworzyliśmy prawie w ostatniej chwili zespół o nazwie „Nie Wiem”. Ku nawet własnemu zaskoczeniu zdobyliśmy pierwsze miejsce, co było głównie przyczyną pozostałych członków drużyny. Panel „Czy Ch. Tolkien jest dobrym tolkienistą?” był bardzo emocjonujący, Lomedil natomiast uraczył nas śpiewami wprost z Rivendell :) . Poza tymi był jeszcze prof. Lichański „Ostatni? – uwagi nt. Silmarilionu” i ks. Kalemba „Tolkien wierzący i piszący”.

Z Polconu pamiętam także sytuację, gdy jeden z uczestników po moim wystąpieniu podszedł do mnie i poprosił o autograf, aby „miał dowód, że ksiądz był na Polconie”. Długo zajęło mi potem, aby przestał mi „księdzować” – jak Polcon, to Polcon, jesteśmy na ‘ty’, ale dał się chyba przekonać :)

Całą imprezę oceniam jako bardzo udaną. Podobało mi się, Cafe Paradoks uratowała honor stolicy, Conducator i inni wiedzą dlaczego. Jeżeli tylko będzie to możliwe wybiorę się do Zielonej Góry.

Jeszcze last, but not least. Dziękuję M.L. i Sil za rzucenie rękawicy, bez której pewnie bym się nie zjawił w Warszawie. Jestem waszym dłużnikiem, zwłaszcza twoim Sil :) Pozdrawiam.

Comments (2)

Tags:

Nowy wygląd

Posted on 14 września 2007 by Ioannes Oculus

Spodobał mi się taki wygląd bloga. Co o nim sądzicie? Na razie zostawię taki, co będzie dalej zobaczymy. Czekam, aż będzie dostępny wygląd „ad-clerum”, ten to mi się naprawdę podoba.

Comments (1)

Tags:

To już dzisiaj

Posted on 14 września 2007 by Ioannes Oculus

Na niejednym blogu, niejednej stronie w internecie można przeczytać, że to już dzisiaj. Dzisiaj jest pierwszy dzień, kiedy każdy kapłan może odprawiać Mszą Świętą w klasycznym rycie rzymskim. Co się zmieni w praktyce? Zobaczymy, bo rzeczywistość nie zmienia się rewolucyjnie, zwłaszcza w Kościele. Czy taka Msza się upowszechni choć trochę bardziej? Czy biskupi, księża nie będą tworzyć przeszkód? Nie wiem. Jak będzie, to pokaże czas. Ja jestem pełen optymizmu i nadziei, bo krok najważniejszy został już zrobiony :)

Comments (0)

Tags: , ,

Podróż na Wschód

Posted on 13 września 2007 by Ioannes Oculus

Bardzo bliski i daleki. Bliski bo ‘tylko’ na Ukrainę, daleki bo najdalej na wschód w moim życiu, czyli w Kijowie.

poniedziałek, 3 września

Dzień wyjazdu. Godzina 8:48 planowy odjazd pociągu z dworca PKP w Katowicach. Oczywiście był opóźniony. Mimo to, ku memu zaskoczeniu, do Przemyśla przyjechaliśmy na czas. „My”, czyli trzech diakonów WŚSD, ja i moich dwóch kolegów. W Przemyślu wsiedliśmy do busa, który zawiózł nas na jedną z najciekawszych granic, jakie widziałem. Medyka. Jeżeli mamy organizować Euro 2012 to to miejsce będzie niezapomnianym dla przybyszów z Europy Zachodniej. Swoisty klimat, społeczność. Mnóstwo taśmy klejącej dookoła. Przechodziliśmy pieszo i mieliśmy szczęście, bo nie było prawie nikogo. Po drugiej stronie byliśmy już po około 30 minutach. Już była Ukraina :) Jeszcze tylko marszrutka, czyli lokalna odmiana busa, nr 297 i po półtora godzinie Lwów. To cudowne miasto było dla nas stacją przesiadkową w dalszą drogę, do Kijowa. Nabyliśmy więc bilety na pociąg nocny, kupiliśmy lokalne numery komórkowe (a co!) i poszliśmy na pizzę. Nie ukrywam, że byłem bardzo podekscytowany. To był mój czwarty raz we Lwowie i na Ukrainie, ale za każdym razem niezmiernie cieszę się, że przyjeżdżam. Szokiem kulturowym był natomiast pociąg, który przyjechał punktualnie i tak też odjechał, a na stacji stał ponad 20 min. Konduktor zabierał bilety przy wsiadaniu, potem rozdał pościel i w ogóle wysoka klasa. Przedziały po cztery osoby. W drodze mieliśmy miłe towarzystwo, małżeństwo profesorów z Drochobycza. Dzięki miejscom leżącym, po nocy byliśmy wyspani i gotowi do zwiedzania.

wtorek, 4 września

Przyjazd do Kijowa był punktualny. Miejsce naszego zakwaterowania było niedaleko dworca, więc szybciutka tam poszliśmy, zostawiliśmy bagaże w pokojach, zjedli śniadanie i ruszyli na Kijów. Na dworzec, i metrem do centrum. Wysiedliśmy na stacji Chrszeczatyk, która miała nam jeszcze często towarzyszyć i poszliśmy na Mszę do kościoła św. Aleksandra. Kościół, który jak się później dowiedzieliśmy jest prokatedrą łacińskiej diecezji kijowskiej. Tam miałem okazję wygłosić kazanie, a po Mszy całą ekipą zostaliśmy zaproszeni na kawę przez sympatycznego, miejscowego wikariusza. Tak wzmocnieni wyruszyliśmy na zwiedzanie. Pierwszy punkt to była cerkiew św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach. Nazwa wzięła się stąd, że była to pierwsza kijowska cerkiew, której kopuły pokryto złotem. Jak prawie wszystkie cerkwie jest wspaniała. Jest jednak świadkiem trudnej przeszłości tego miasta. Bowie, podobnie jak wiele innych wspaniałych budowli, został wysadzona w powietrze przez bolszewików. Nie zostało z niej prawie nic, a to co oglądamy dziś jest rekonstrukcją. Zwiedzanie Kijowa wiązało się z tym trudnym doświadczeniem poznawania kolejnych miejsc, które dziś zrekonstruowane bądź nie, zostały kiedyś wysadzone w powietrze przed bolszewików. Wokół cerkwi jest (również zrekonstruowany) zespół budynków monastyru. Stad wyszliśmy na plac Michajłowski, gdzie znajduje się pomnik św. Olgi i prowadzi droga do Sofii Kijowskiej, zachowanej mimo niecnych planów bolszewickich. Sobór Sofijski, jeden z najstarszych w Kijowie, przenosi nas w inną przestrzeń i inny czas. Wzorowany na Hagia Sofia w Konstantynopolu daje odczucie przebywania w przedsionku nieba. Mimo późniejszych elementów, a może i dzięki nim, doświadcza się tam obecności starożytnego ducha chrześcijańskiego, który przenika wszystkie czasy. Po zwiedzeniu Sofii przeszliśmy pod Złotą Bramą, która niestety była w renowacji. Mimo obłożenia rusztowaniami jej wielkość robiła wrażenie. Podróżnik przybywający do Kijowa w XI w. nie mógł nie być pod wrażeniem tej wspaniałej Bramy. Ponieważ robiło się popołudnie, przyśpieszyliśmy tempa i szybko przeszliśmy trasę ‘zaliczając’ po drodze pozostałości Cerkwi Dziesięcinnej (otoczonych płotem ze względu na prace archeologiczne, chyba), cerkiew św. Andrzeja, Zamek Ryszarda Lwie Serce i siedzibę Muzeum Michaiła Bułchakowa, domu w którym ongiś mieszkał wielki pisarz. Gdy znaleźliśmy się już na placu Kontraktowym zjedliśmy obiad w Ukraińskich Strawach (polecam) i ruszyliśmy dalej. Zabytki wokół placu, cerkwie św. Mikołaja na Nadbrzeżu i św. Eliasza, spacer wzdłuż Dniepru. W końcu zmęczeni siedliśmy w jednym z nielicznych miejsc, gdzie można było siąść i coś wypić. Niestety piwo „Baltika”, które zamówiliśmy okazało się bardzo niedobre i szybko porzuciliśmy to miejsce. Przeszliśmy na drugą stronę rzeki po ‘kładce’ dla pieszych, pochodziliśmy po plaży, wypiliśmy inne (już dobre) piwo. Wróciliśmy na nasz brzeg. Potem jeszcze spacer w parku, gdzie stoi sowiecki pomnik przyjaźni ukraińsko-rosyjskiej, widzieliśmy małą salę filharmonii, pałac Maryjski i budynek Rady Najwyższej Ukrainy. Ilość miejsc, które zobaczyliśmy w tym tempie była dla nas samych sporym zaskoczeniem. Poszliśmy na metro i wróciliśmy do seminarium, gdzie mieliśmy noclegi.

środa, 5 września

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Ławry Kijowsko – Peczerskiej, miejsca które musi zobaczyć każdy, kto odwiedza Kijów (podobnie jest z Sofią). Również w historię tego miejsca wpisali się bolszewicy wysadzając w powietrze Sobór Zaśnięcie Matki Bożej. Został on odbudowany. Na szczęście pozostałe zabudowania zachowano i urządzono muzeum. Dziś jest tam kilka różnych wystaw i normalne życie religijne. Odwiedziliśmy Muzeum Książki i Drukarstwa Ukrainy, a dokładnie to ja powiedziałem, że tam idę i reszta może robić co chce. Poszli za mną. Ławra jest ogromna i spędziliśmy tam sporo czasu. Nabyliśmy ikony, ja także płytę z śpiewami liturgicznymi prawosławia. Z Ławry najbardziej w pamięć zapadły mi pieczary, te podziemne tunele, w których żyli pierwsi mnisi. Są tam pieczary bliższe i dalsze. Można zobaczyć złożone w trumnach doczesne szczątki mnichów, uczcić ich modlitwą, a przede wszystkim prosić o ich wstawiennictwo. Wędrówka przez małe, ciemne korytarze, w których wiszą ikony mnichów przy ich trumnach, a ludzie ze świeczkami idą od trumny do trumny całując je i modląc się. Pobożność, jakiej u nas się nie spotyka. Przeżycie niesamowite. Gdy wychodziliśmy z Ławry zaczepił nas strażnik, prawosławny. Z rozmowy pamiętam, że powiedział coś takiego, że u nas (rzymsko-katolików) to współczesne kościoły nie mają w ogóle charaktery miejsca świętego. Cóż trudno się mi z nim nie zgodzić…

Po długim czasie spędzonym w Ławrze przeszliśmy po parku, gdzie jest muzeum współczesnych pojazdów wojskowych i pomnik matki ojczyzny, której miecz miał przewyższać najwyższe kopuły Ławry. Cóż, znów sowiety. Na tym skończyła się nasza cierpliwość, bo było już późne popołudnie i czas na obiad. Pojechaliśmy więc autobusem do centrum, do znanych już nam Ukraińskich Straw. Potem była wycieczka, którą nazwaliśmy „wyjazdem do Azji”. Polegało to na wykorzystaniu metra, aby pojechać najdalej na wschód, na wschodni brzeg Dniepru. Wylądowaliśmy na targu, gdzie zrobiliśmy zakupy, obeszliśmy potem okolice. Tam też ustanowiłem prywatny rekord największego wysunięcia na wschód. Potem wróciliśmy metrem już na dworzec kupiliśmy bilety do Lwowa na następny dzień (co to była za rozmowa z kasjerką! cud, że kupiliśmy dobre bilety) i wróciliśmy do naszej bazy.

czwartek,  6 września

Dzień zaczęliśmy od  kolejnego targu, gdyż usilnie szukałem pewnej książki dla znajomego, a także czegoś dla siebie. Niestety nic nie znalazłem :( Potem spacerowaliśmy po mieście i zwiedzaliśmy różne ciekawe ulice. Niestety na wielu z nich na miejscu wysadzonych dawnych zabudowań pobudowano sowieckie szkarady. Przy okazji zaszedłem do księgarni z książką ukraińską i w końcu znalazłem książkę dla mojego znajomego. Jednak w całym Kijowie nie znalazłem Tolkiena po ukraińsku (udało mi się to dopiero we Lwowie, ale i tam był z tym problem). Obiad zjedliśmy tam, gdzie zawsze. Na wieczór byliśmy na Mszy w seminarium wraz z klerykami rozpoczynającymi rok formacyjny (a my jeszcze na wakacjach :) ). Potem wyszliśmy jeszcze na miasto, na spacer. O 23:50 mieliśmy pociąg do Lwowa.

piątek, 7 września

A więc Lwów! W końcu ten najpiękniejszy i ukochany. Bo nie ma lepszego miasta, piękniejszego miejsca. Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu? Cóż, zakochałem się w tym mieście. Kijów przy nim wypada blado, a Kraków (chyba drugie najpiękniejsze) ledwo się trzyma. Z pociągu udaliśmy się najpierw na marszrutkę, aby dostać się na Sichiw, do miejsca gdzie spaliśmy, czyli do parafii św. Michał Archanioła. Proboszczem tak jest ks. Jacek Kocur, bardzo dobry człowiek. Przeszliśmy kawałek z dużymi plecakami, na co narzekali moi przyjaciele, a czego nawet nie zauważyłem, bo tak bardzo chciałem się napatrzeć na Lwów! Gdy już zostawiliśmy plecaki wróciliśmy do centrum i zaczęliśmy zwiedzanie. A zaczęliśmy od katedry łacińskiej, potem zobaczyliśmy rynek. Tam też skorzystaliśmy z okazji i poszliśmy na obiad do mojej ulubionej restauracji „Złoty Wieprz”. Potem dalej na miasto: plac Bernardyński (czy też Bernadyński, jak mówili lwowiacy), pod Arsenał, dalej cerkiew Uspieńska, katedra ormiańska (potem przerwa na kawę i cisto w kawiarni ormiańskiej), Cerkiew Przemienienia Pańskiego, Opera, Narodowe Muzeum Techniki (ale z zewnątrz), kościół Jezuitów (też z zewnątrz, bo jest niestety nieczynny) i na 18:00 na Mszy byliśmy w katedrze. Jeszcze potem na piwo i do domu (czyli na Sichiw). Dużo by można pisać o tym, co widzieliśmy. Każde z tych miejsc ma przebogatą historię. Nawet ratusz, tak nielubiany przez dawnych lwowiaków, był świadkiem wielu ważnych momentów. Lwów nie ucierpiał od sowietów tak, jak Kijów. Tu prawie wszystko się zachowało. Niestety spotkała mnie też tego dnia wielka przykrość. Za każdym razem, gdy jestem we Lwowie kupuję sobie „Gazetę Lwowską”. Tak miało być i tym razem. Okazało się jednak, że Senat RP przestał wspomagać finansowo ten najstarszy wychodzący tytuł Europy. I koniec. Jak nie znajdą się szybko fundusze to gazeta zostanie ostatecznie zamknięta. Przez głupią decyzję naszych senatorów.

sobota, 8 września

Kolejny intensywny dzień. Byliśmy w Soborze Katedralnym św. Jura, potem przespacerowaliśmy pod siedzibę Uniwersytetu Jana Kazimierza (obecnie Iwana  Franka), dalej Brygidki (to więzienie budzi we mnie zgrozę), dawny szpital żydowski, no i browar! Bo takiego piwa, jak Lvivskie, to nie ma na świecie drugiego. Mają tam jedyne na Ukrainie muzeum browarnictwa, po którym oprowadziła nas bardzo miła, młoda pani. Po zwiedzaniu mieliśmy okazję zakosztować tego wspaniałego trunku. Ja oczywiście musiałem sobie na pamiątkę kupić kufel i koszulkę. Potem pojechaliśmy na cmentarz Łyczakowski. Tam każdy grobowiec jest dziełem sztuki, tam pochowani są wielcy Polacy, tak wielu, że choćby tylko z tego powodu można nazwać to miejsce nekropolią narodową. Tam też jest cmentarz Orląt, Obrońców Lwowa. Gdy pomyślę o tych nastolatkach z karabinem, gotowych umierać za Ojczyznę, to płakać mi się chce. Bo nie wiem, czy sam znalazłbym tyle odwagi w sobie. Podziwiam ich i modlę się za nich. Smutno mi, gdy odwiedzam to miejsce świadom, że władze ukraińskie nie pozwalają przywrócić jemu pierwotnego wyglądu, gdy nie pozwalają na odtworzenie oryginalnych napisów na grobach.

Po tym momencie zadumy na  cmentarzu przyjechaliśmy do centrum na Mszę w kościele Bernardynów w obrządku greko-katolickim. Tutaj doznałem szoku. Pierwszy raz zetknąłem się z Mszą greko-katolicką recytowaną! Ci, którzy słyną na cały świat ze śpiewów liturgicznych, recytują Mszę.

niedziela, 9 września

Dalej biegamy po mieście: pałac Potockich, Ossolineum, uliczki Lwowa i do katedry na Mszę. Potem obiad (znów Złoty Wieprz) i dalej: Wysoki Zamek ze swoją niesamowitą panoramą ze szczytu kopca Unii  Lubelskiej, kościółek św. Jana, cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, cerkiew i klasztor św. Onufrego, cerkiew św. Paraskiewy, Fabryka Wódek (wódki od Baczewskiego i Wedel to były dwie najbardziej znane na świecie polskie marki w okresie międzwojennym). Jako, że to była niedziela skończyliśmy na tym i wróciliśmy do domu, choć i tak nie wróciliśmy wcześnie.

poniedziałek, 10 września

Rano byliśmy na Mszy w domu zakonnym sióstr służebniczek śląskich, który mieści się w mieszkaniu w bloku, tam zjedliśmy śniadanie. Stamtąd pojechaliśmy na dworzec, gdyż moi dwaj przyjaciele wracali już do Polski, a ja zostałem jeszcze jeden dzień, bo trudno jest mi opuszczać to miejsce. Pochodziłem więc po księgarniach w poszukiwaniu ukraińskiego Tolkiena z żadnym skutkiem. Dopiero na straganie w przejściu podziemnym dorwałem Wolodara Persteniw i już nie puściłem. Potem poszedłem do Stryjskiego Parku, który wcześniej oglądałem tylko z okien marszrutek, dalej poszedłem do kościoła św. Zofii, pod konsulat polski, klasztor sióstr bazylianek, dom Marii Konopnickiej i wróciłem na plac Bernardyński. Utrudzony chodzeniem poszedłem na obiad (zgadnijcie gdzie ;) ). Potem jeszcze pod synagogę chasydzką, kolegiatę Matki Bożej Śnieżnej i kościół benedyktynek

W sumie nazwiedzaliśmy się bardzo dużo, ale warto było. Lwów, jak pisałem, jest przepiękny i nie ma drugiego takiego miasta. Oby się udało przyjechać tu za rok.

wtorek, 11 września

Ciężki plecak, marszrutka, granica, zepsute komputery u Polaków i dodatkowy postój.  Potem pierogi w Przemyślu i pociąg do Katowic. Dużo zdjęć, kilka pamiątek i silne pragnienie: wrócić do Lwowa.

Comments (8)