Podróż na Wschód

Bardzo bliski i daleki. Bliski bo ‚tylko’ na Ukrainę, daleki bo najdalej na wschód w moim życiu, czyli w Kijowie.

poniedziałek, 3 września

Dzień wyjazdu. Godzina 8:48 planowy odjazd pociągu z dworca PKP w Katowicach. Oczywiście był opóźniony. Mimo to, ku memu zaskoczeniu, do Przemyśla przyjechaliśmy na czas. „My”, czyli trzech diakonów WŚSD, ja i moich dwóch kolegów. W Przemyślu wsiedliśmy do busa, który zawiózł nas na jedną z najciekawszych granic, jakie widziałem. Medyka. Jeżeli mamy organizować Euro 2012 to to miejsce będzie niezapomnianym dla przybyszów z Europy Zachodniej. Swoisty klimat, społeczność. Mnóstwo taśmy klejącej dookoła. Przechodziliśmy pieszo i mieliśmy szczęście, bo nie było prawie nikogo. Po drugiej stronie byliśmy już po około 30 minutach. Już była Ukraina 🙂 Jeszcze tylko marszrutka, czyli lokalna odmiana busa, nr 297 i po półtora godzinie Lwów. To cudowne miasto było dla nas stacją przesiadkową w dalszą drogę, do Kijowa. Nabyliśmy więc bilety na pociąg nocny, kupiliśmy lokalne numery komórkowe (a co!) i poszliśmy na pizzę. Nie ukrywam, że byłem bardzo podekscytowany. To był mój czwarty raz we Lwowie i na Ukrainie, ale za każdym razem niezmiernie cieszę się, że przyjeżdżam. Szokiem kulturowym był natomiast pociąg, który przyjechał punktualnie i tak też odjechał, a na stacji stał ponad 20 min. Konduktor zabierał bilety przy wsiadaniu, potem rozdał pościel i w ogóle wysoka klasa. Przedziały po cztery osoby. W drodze mieliśmy miłe towarzystwo, małżeństwo profesorów z Drochobycza. Dzięki miejscom leżącym, po nocy byliśmy wyspani i gotowi do zwiedzania.

wtorek, 4 września

Przyjazd do Kijowa był punktualny. Miejsce naszego zakwaterowania było niedaleko dworca, więc szybciutka tam poszliśmy, zostawiliśmy bagaże w pokojach, zjedli śniadanie i ruszyli na Kijów. Na dworzec, i metrem do centrum. Wysiedliśmy na stacji Chrszeczatyk, która miała nam jeszcze często towarzyszyć i poszliśmy na Mszę do kościoła św. Aleksandra. Kościół, który jak się później dowiedzieliśmy jest prokatedrą łacińskiej diecezji kijowskiej. Tam miałem okazję wygłosić kazanie, a po Mszy całą ekipą zostaliśmy zaproszeni na kawę przez sympatycznego, miejscowego wikariusza. Tak wzmocnieni wyruszyliśmy na zwiedzanie. Pierwszy punkt to była cerkiew św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach. Nazwa wzięła się stąd, że była to pierwsza kijowska cerkiew, której kopuły pokryto złotem. Jak prawie wszystkie cerkwie jest wspaniała. Jest jednak świadkiem trudnej przeszłości tego miasta. Bowie, podobnie jak wiele innych wspaniałych budowli, został wysadzona w powietrze przez bolszewików. Nie zostało z niej prawie nic, a to co oglądamy dziś jest rekonstrukcją. Zwiedzanie Kijowa wiązało się z tym trudnym doświadczeniem poznawania kolejnych miejsc, które dziś zrekonstruowane bądź nie, zostały kiedyś wysadzone w powietrze przed bolszewików. Wokół cerkwi jest (również zrekonstruowany) zespół budynków monastyru. Stad wyszliśmy na plac Michajłowski, gdzie znajduje się pomnik św. Olgi i prowadzi droga do Sofii Kijowskiej, zachowanej mimo niecnych planów bolszewickich. Sobór Sofijski, jeden z najstarszych w Kijowie, przenosi nas w inną przestrzeń i inny czas. Wzorowany na Hagia Sofia w Konstantynopolu daje odczucie przebywania w przedsionku nieba. Mimo późniejszych elementów, a może i dzięki nim, doświadcza się tam obecności starożytnego ducha chrześcijańskiego, który przenika wszystkie czasy. Po zwiedzeniu Sofii przeszliśmy pod Złotą Bramą, która niestety była w renowacji. Mimo obłożenia rusztowaniami jej wielkość robiła wrażenie. Podróżnik przybywający do Kijowa w XI w. nie mógł nie być pod wrażeniem tej wspaniałej Bramy. Ponieważ robiło się popołudnie, przyśpieszyliśmy tempa i szybko przeszliśmy trasę ‚zaliczając’ po drodze pozostałości Cerkwi Dziesięcinnej (otoczonych płotem ze względu na prace archeologiczne, chyba), cerkiew św. Andrzeja, Zamek Ryszarda Lwie Serce i siedzibę Muzeum Michaiła Bułchakowa, domu w którym ongiś mieszkał wielki pisarz. Gdy znaleźliśmy się już na placu Kontraktowym zjedliśmy obiad w Ukraińskich Strawach (polecam) i ruszyliśmy dalej. Zabytki wokół placu, cerkwie św. Mikołaja na Nadbrzeżu i św. Eliasza, spacer wzdłuż Dniepru. W końcu zmęczeni siedliśmy w jednym z nielicznych miejsc, gdzie można było siąść i coś wypić. Niestety piwo „Baltika”, które zamówiliśmy okazało się bardzo niedobre i szybko porzuciliśmy to miejsce. Przeszliśmy na drugą stronę rzeki po ‚kładce’ dla pieszych, pochodziliśmy po plaży, wypiliśmy inne (już dobre) piwo. Wróciliśmy na nasz brzeg. Potem jeszcze spacer w parku, gdzie stoi sowiecki pomnik przyjaźni ukraińsko-rosyjskiej, widzieliśmy małą salę filharmonii, pałac Maryjski i budynek Rady Najwyższej Ukrainy. Ilość miejsc, które zobaczyliśmy w tym tempie była dla nas samych sporym zaskoczeniem. Poszliśmy na metro i wróciliśmy do seminarium, gdzie mieliśmy noclegi.

środa, 5 września

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Ławry Kijowsko – Peczerskiej, miejsca które musi zobaczyć każdy, kto odwiedza Kijów (podobnie jest z Sofią). Również w historię tego miejsca wpisali się bolszewicy wysadzając w powietrze Sobór Zaśnięcie Matki Bożej. Został on odbudowany. Na szczęście pozostałe zabudowania zachowano i urządzono muzeum. Dziś jest tam kilka różnych wystaw i normalne życie religijne. Odwiedziliśmy Muzeum Książki i Drukarstwa Ukrainy, a dokładnie to ja powiedziałem, że tam idę i reszta może robić co chce. Poszli za mną. Ławra jest ogromna i spędziliśmy tam sporo czasu. Nabyliśmy ikony, ja także płytę z śpiewami liturgicznymi prawosławia. Z Ławry najbardziej w pamięć zapadły mi pieczary, te podziemne tunele, w których żyli pierwsi mnisi. Są tam pieczary bliższe i dalsze. Można zobaczyć złożone w trumnach doczesne szczątki mnichów, uczcić ich modlitwą, a przede wszystkim prosić o ich wstawiennictwo. Wędrówka przez małe, ciemne korytarze, w których wiszą ikony mnichów przy ich trumnach, a ludzie ze świeczkami idą od trumny do trumny całując je i modląc się. Pobożność, jakiej u nas się nie spotyka. Przeżycie niesamowite. Gdy wychodziliśmy z Ławry zaczepił nas strażnik, prawosławny. Z rozmowy pamiętam, że powiedział coś takiego, że u nas (rzymsko-katolików) to współczesne kościoły nie mają w ogóle charaktery miejsca świętego. Cóż trudno się mi z nim nie zgodzić…

Po długim czasie spędzonym w Ławrze przeszliśmy po parku, gdzie jest muzeum współczesnych pojazdów wojskowych i pomnik matki ojczyzny, której miecz miał przewyższać najwyższe kopuły Ławry. Cóż, znów sowiety. Na tym skończyła się nasza cierpliwość, bo było już późne popołudnie i czas na obiad. Pojechaliśmy więc autobusem do centrum, do znanych już nam Ukraińskich Straw. Potem była wycieczka, którą nazwaliśmy „wyjazdem do Azji”. Polegało to na wykorzystaniu metra, aby pojechać najdalej na wschód, na wschodni brzeg Dniepru. Wylądowaliśmy na targu, gdzie zrobiliśmy zakupy, obeszliśmy potem okolice. Tam też ustanowiłem prywatny rekord największego wysunięcia na wschód. Potem wróciliśmy metrem już na dworzec kupiliśmy bilety do Lwowa na następny dzień (co to była za rozmowa z kasjerką! cud, że kupiliśmy dobre bilety) i wróciliśmy do naszej bazy.

czwartek,  6 września

Dzień zaczęliśmy od  kolejnego targu, gdyż usilnie szukałem pewnej książki dla znajomego, a także czegoś dla siebie. Niestety nic nie znalazłem 🙁 Potem spacerowaliśmy po mieście i zwiedzaliśmy różne ciekawe ulice. Niestety na wielu z nich na miejscu wysadzonych dawnych zabudowań pobudowano sowieckie szkarady. Przy okazji zaszedłem do księgarni z książką ukraińską i w końcu znalazłem książkę dla mojego znajomego. Jednak w całym Kijowie nie znalazłem Tolkiena po ukraińsku (udało mi się to dopiero we Lwowie, ale i tam był z tym problem). Obiad zjedliśmy tam, gdzie zawsze. Na wieczór byliśmy na Mszy w seminarium wraz z klerykami rozpoczynającymi rok formacyjny (a my jeszcze na wakacjach :)). Potem wyszliśmy jeszcze na miasto, na spacer. O 23:50 mieliśmy pociąg do Lwowa.

piątek, 7 września

A więc Lwów! W końcu ten najpiękniejszy i ukochany. Bo nie ma lepszego miasta, piękniejszego miejsca. Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu? Cóż, zakochałem się w tym mieście. Kijów przy nim wypada blado, a Kraków (chyba drugie najpiękniejsze) ledwo się trzyma. Z pociągu udaliśmy się najpierw na marszrutkę, aby dostać się na Sichiw, do miejsca gdzie spaliśmy, czyli do parafii św. Michał Archanioła. Proboszczem tak jest ks. Jacek Kocur, bardzo dobry człowiek. Przeszliśmy kawałek z dużymi plecakami, na co narzekali moi przyjaciele, a czego nawet nie zauważyłem, bo tak bardzo chciałem się napatrzeć na Lwów! Gdy już zostawiliśmy plecaki wróciliśmy do centrum i zaczęliśmy zwiedzanie. A zaczęliśmy od katedry łacińskiej, potem zobaczyliśmy rynek. Tam też skorzystaliśmy z okazji i poszliśmy na obiad do mojej ulubionej restauracji „Złoty Wieprz”. Potem dalej na miasto: plac Bernardyński (czy też Bernadyński, jak mówili lwowiacy), pod Arsenał, dalej cerkiew Uspieńska, katedra ormiańska (potem przerwa na kawę i cisto w kawiarni ormiańskiej), Cerkiew Przemienienia Pańskiego, Opera, Narodowe Muzeum Techniki (ale z zewnątrz), kościół Jezuitów (też z zewnątrz, bo jest niestety nieczynny) i na 18:00 na Mszy byliśmy w katedrze. Jeszcze potem na piwo i do domu (czyli na Sichiw). Dużo by można pisać o tym, co widzieliśmy. Każde z tych miejsc ma przebogatą historię. Nawet ratusz, tak nielubiany przez dawnych lwowiaków, był świadkiem wielu ważnych momentów. Lwów nie ucierpiał od sowietów tak, jak Kijów. Tu prawie wszystko się zachowało. Niestety spotkała mnie też tego dnia wielka przykrość. Za każdym razem, gdy jestem we Lwowie kupuję sobie „Gazetę Lwowską”. Tak miało być i tym razem. Okazało się jednak, że Senat RP przestał wspomagać finansowo ten najstarszy wychodzący tytuł Europy. I koniec. Jak nie znajdą się szybko fundusze to gazeta zostanie ostatecznie zamknięta. Przez głupią decyzję naszych senatorów.

sobota, 8 września

Kolejny intensywny dzień. Byliśmy w Soborze Katedralnym św. Jura, potem przespacerowaliśmy pod siedzibę Uniwersytetu Jana Kazimierza (obecnie Iwana  Franka), dalej Brygidki (to więzienie budzi we mnie zgrozę), dawny szpital żydowski, no i browar! Bo takiego piwa, jak Lvivskie, to nie ma na świecie drugiego. Mają tam jedyne na Ukrainie muzeum browarnictwa, po którym oprowadziła nas bardzo miła, młoda pani. Po zwiedzaniu mieliśmy okazję zakosztować tego wspaniałego trunku. Ja oczywiście musiałem sobie na pamiątkę kupić kufel i koszulkę. Potem pojechaliśmy na cmentarz Łyczakowski. Tam każdy grobowiec jest dziełem sztuki, tam pochowani są wielcy Polacy, tak wielu, że choćby tylko z tego powodu można nazwać to miejsce nekropolią narodową. Tam też jest cmentarz Orląt, Obrońców Lwowa. Gdy pomyślę o tych nastolatkach z karabinem, gotowych umierać za Ojczyznę, to płakać mi się chce. Bo nie wiem, czy sam znalazłbym tyle odwagi w sobie. Podziwiam ich i modlę się za nich. Smutno mi, gdy odwiedzam to miejsce świadom, że władze ukraińskie nie pozwalają przywrócić jemu pierwotnego wyglądu, gdy nie pozwalają na odtworzenie oryginalnych napisów na grobach.

Po tym momencie zadumy na  cmentarzu przyjechaliśmy do centrum na Mszę w kościele Bernardynów w obrządku greko-katolickim. Tutaj doznałem szoku. Pierwszy raz zetknąłem się z Mszą greko-katolicką recytowaną! Ci, którzy słyną na cały świat ze śpiewów liturgicznych, recytują Mszę.

niedziela, 9 września

Dalej biegamy po mieście: pałac Potockich, Ossolineum, uliczki Lwowa i do katedry na Mszę. Potem obiad (znów Złoty Wieprz) i dalej: Wysoki Zamek ze swoją niesamowitą panoramą ze szczytu kopca Unii  Lubelskiej, kościółek św. Jana, cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, cerkiew i klasztor św. Onufrego, cerkiew św. Paraskiewy, Fabryka Wódek (wódki od Baczewskiego i Wedel to były dwie najbardziej znane na świecie polskie marki w okresie międzwojennym). Jako, że to była niedziela skończyliśmy na tym i wróciliśmy do domu, choć i tak nie wróciliśmy wcześnie.

poniedziałek, 10 września

Rano byliśmy na Mszy w domu zakonnym sióstr służebniczek śląskich, który mieści się w mieszkaniu w bloku, tam zjedliśmy śniadanie. Stamtąd pojechaliśmy na dworzec, gdyż moi dwaj przyjaciele wracali już do Polski, a ja zostałem jeszcze jeden dzień, bo trudno jest mi opuszczać to miejsce. Pochodziłem więc po księgarniach w poszukiwaniu ukraińskiego Tolkiena z żadnym skutkiem. Dopiero na straganie w przejściu podziemnym dorwałem Wolodara Persteniw i już nie puściłem. Potem poszedłem do Stryjskiego Parku, który wcześniej oglądałem tylko z okien marszrutek, dalej poszedłem do kościoła św. Zofii, pod konsulat polski, klasztor sióstr bazylianek, dom Marii Konopnickiej i wróciłem na plac Bernardyński. Utrudzony chodzeniem poszedłem na obiad (zgadnijcie gdzie ;)). Potem jeszcze pod synagogę chasydzką, kolegiatę Matki Bożej Śnieżnej i kościół benedyktynek

W sumie nazwiedzaliśmy się bardzo dużo, ale warto było. Lwów, jak pisałem, jest przepiękny i nie ma drugiego takiego miasta. Oby się udało przyjechać tu za rok.

wtorek, 11 września

Ciężki plecak, marszrutka, granica, zepsute komputery u Polaków i dodatkowy postój.  Potem pierogi w Przemyślu i pociąg do Katowic. Dużo zdjęć, kilka pamiątek i silne pragnienie: wrócić do Lwowa.

8 komentarzy

  1. Hyalma 14/09/2007
  2. sadorg 14/09/2007
  3. ioculus 14/09/2007
  4. Conducator 19/09/2007
  5. gry planszowe 10/08/2008
  6. Kontakt 23/07/2009
  7. admin 21/06/2010
  8. Dorota W. 16/01/2016

Dodaj komentarz