Tricon 2010 – relacja

Tricon 2010

Tricon 2010

Dzięki różnym staraniom i zabiegom udało mi się w tym roku wziąć udział w Triconie. Cóż to takiego? Ano po prostu Polcon połączony z Parconem i Euroconem, czyli chyba najważniejsza impreza tego roku jeżeli chodzi o świat fantastyki. W przeciwieństwie do Polconu, który dwa albo trzy lata temu odbywał się w Warszawie, na tym byłem tylko słuchaczem i nie miałem żadnych prelekcji (choć miałem taką możliwość, ale czasu nie starczyło, aby się przygotować). Postaram się zrelacjonować to co sam tam ujrzałem i czego doświadczyłem. Siłą rzeczy nie byłem wszędzie i nie mam wielkiego doświadczenia w tego typu imprezach, więc będzie to relacja wielce subiektywna.

Dzień 1, czwartek

Wyjechałem od siebie z parafii z zapewnieniem Eli, że dostanę akredytację. Na takie imprezy nie wchodzi się z ulicy, trzeba się zapisać wcześniej przez internet. Ja niestety zgapiłem się mocno i dopiero w sierpniu zacząłem szukać informacji o rejestracji. Okazało się, że już za późno i będzie jeszcze możliwość uczynienia tego na miejscu, ale organizatorzy nie gwarantują, że będzie miejsce. Przyjechałem więc stosunkowo wcześnie i bez problemu zaakredytowałem się. Potem poszedłem na Cieszyn, aby choć rzucić okiem na to miasto i coś zjeść. Szukałem też jakiegoś taniego noclegu, ale nie znalazłem nic. Zjadłem pizzę (w Cieszynie nawet na rynku można tanio i smacznie zjeść) i pobiegłem na pierwszy punkt programu. Ponieważ coś mi się pomajtało z czasem, więc obiad jadłem w pośpiechu, a i tak spóźniłem się jakieś 15 minut na pierwszy wykład. Było to wystąpienie Michała Wnuka nt. „Medieval roots of a fantasy setting”. Żałuję spóźnienia, bo była to ciekawa rzecz. Interesującym dla mnie było przedstawienie sposobu w jaki powstawała w tamtych czasach plotka o np. smoku. Wsiadał sobie taki spory rycerz na konia. Cały w zbroi, koń też. Rycerz słusznego wzrostu, z ogromnym, rogatym hełmem. Całość tworzyła olbrzyma. Taki rycerz walcząc na bitwie szybko ociekał krwią (zadawano rany w takich miejscach, gdzie krew lała się najmocniej, m.in. dlatego że są to mało osłonięte miejsca przez pancerze). Walczono głównie latem, kiedy jest ciepło, więc ta krew znajdowała się na owej zbroi i parowała. Jako że krew parując tworzy czarny dym nasz rycerz z rycerza właśnie szybko stawał się olbrzymem z rogami, całym we krwi, spowitym chmurą czarnego dymu. Czego więcej chcieć? Prawdziwy potwór! Wykład był ciekawy i pozostaje mi jeszcze sprawdzić na YouTube filmiki tworzone przez archeologa eksperymentalnego Mike Loads’a, który w rzeczywistych warunkach odtwarza sytuacje z przeszłości.

Potem zaczęło się to, co tygryski lubią najbardziej, a mianowicie tolkienistyka. W tym roku, po latach przerwy, na konwent przybyli Tom Goold i Galadhorn z bardzo ciekawą prezentacją pt. „From Bakshi to a Hobbit movie”. W bardzo zwięzłej formie pokazali próby adaptacji dzieł Tolkiena w formie filmu, słuchowisk radiowych, czy na scenie teatralnej. Z braku czasu pominęli operę, balet i jeszcze kilka innych form. Mnie ucieszyła możliwość zobaczenia fragmentów niektórych animowanych adaptacji, które uchodzą za słabe, ale nigdy wcześniej niektórych nie widziałem. Dowiedziałem się także, że była próba, aby Beatlesi wystąpili w filmowej wersji Władcy Pierścieni. Na szczęście ten pomysł z lat 60tych nie doszedł do skutku.

Podczas rozpoczęcia Triconu 2010

Podczas rozpoczęcia Triconu 2010

Po zapoznaniu się z próbami adaptacji przemieściłem się na Most Przyjaźni na granicy polsko-czeskiej. Tam nastąpiło oficjalne otwarcie Triconu, po którym uczestnicy przeszli w barwnym korowodzie na cieszyński rynek, gdzie odbywały się pokazy i koncert. W tym czasie wraz z Galadhornem i Tomem Gooldem udaliśmy się do jednej z restauracji, oni na obiad, ja na deser. Po posiłku wróciliśmy na teren kampusu, gdyż szykowała się bardzo ciekawa prelekcja Zofii Marduły.

Czy miasto może być bohaterem książki? Okazuje się, że tak. Minas Tirith jest miastem wyjątkowym, o bogatej symbolice. Staje się ono przez to bardzo ważnym elementem opowieści. Jest bowiem miastem świętym, idealnym. Ono zachowuje tradycję Numenoru, początki tego miasta są zakorzenione w legendzie, kształt podkreśla jego wielkość. Można je w pewien sposób porównać z drugim, trzecim Rzymem.

Na zakończenie tego dnia udałem się na panel dyskusyjny na temat „Krajobraz po Sapkowskim, czyli nowa fantasy polska”. W panelu brali udział Wit Szostak, Robert Wegner, Jarosław Grzędowicz i Michał Cetnarowski. Dyskutanci zgodzili się, że Sapkowski miał wpływ na polską fantasy, ale przede wszystkim poprzez otwarcie rynku na polskich autorów. Poza tym jednak jego wpływ nie był aż tak wielki. Fantasy była już wcześniej pisana, nie jest też (jak sam o sobie stwierdził na Triconie) „ojcem polskiej fantasy”.

Na zakończenie dodam, że szukałem już od czwartku niejakiej Charsi, z forum Fabryki Słów. Niestety ani tego dnia, ani żadnego następnego nie znalazłem jej. A mieliśmy reklamować forum…

Dzień 2, piątek

Władca Pierścieni po... chińsku!

Władca Pierścieni po... chińsku!

Chyba najciekawszy dzień Triconu. A to ze względu na dwa panele dyskusyjne, ale po kolei. Najpierw minimalnie spóźniony wpadłem na wykład Jakuba Urbańskiego, „The One Ring with Chinese characteristics. Reception of The Lord of the Rings in contemporary China”. No cóż, jak się okazuje tłumaczenie na chiński „Władcy Pierścieni” nie jest najlepsze, ale przede wszystkim sprawia wiele trudności. Powodem tego są ogromne różnice kulturowe między Europą a Chinami, różnice chyba nie do przeskoczenia.

Ponieważ dzień obfitował w dobre rzeczy, na drugie śniadanie dostaliśmy prelekcję „Samwise the Great” Marii Błaszkiewicz. Wspaniale pokazała rozwój postaci Sama, który staje się w trakcie powieści prawdziwym bohaterem. Na początku jest zwykłym sługom, kimś w pewien sposób pospolitym, jednak wraz z upływem czasu okazuje się być kimś więcej. Jego charakter rozwija się, aż na koniec stanie się królem (nie w sensie tytułu, ale funkcji), który doskonale nadaje się na to właśnie stanowisko.

W samo południe do panelu stanęły Maria Błaszkiewicz, Justyna Brzezińska i Agnieszka Sylwanowicz. Pytanie podstawowe było zawarte w tytule: „The Lord of the Rings – what it is about”. Dyskutantki wyrażały swoje opinie na ten temat. Pojawił się więc wątek tolerancji (J. Brzezińska), kwestia wolnej woli i wyboru (A. Sylwanowicz). Niestety nie zanotowałem stanowiska M. Błaszkiewicz. Dyskusja stała się bardzo ciekawa, głównie dzięki jednemu z uczestników Triconu pochodzącemu z Rumunii. Postawił kilka tez, z którymi większość chyba się nie zgadzała, ale wywołało to ciekawą dyskusję. Poruszaliśmy w niej ważne tematy dzieła Tolkiena, które są po prostu ważnymi tematami życia człowieka (życie, śmierć, wolność, dobro, zło). Tak się zagalopowaliśmy, że trudno było nam skończyć, a tu trzeba było zwalniać salę.

Po panelu udałem się w spokojne miejsce na lekturę książki (Gene Wolf, Rycerz), jednak po jakimś czasie głód kawy dał o sobie znać. Zapędził mnie on do pobliskiej restauracji, gdzie spotkałem m. in. MumakiLa, Nifrodel, Melinir i Sil. Ci swoim przykładem zachęcili mnie do zamówienia obiadu. Dzięki temu (czas oczekiwania okazał się dosyć długi) nie zdążyłem na prelekcję o wampirach i zjadłem średnio smaczny obiad. Miałem za to świetne towarzystwo, co zrekompensowało straty. To chyba wtedy narodziła się idea wielkich wyścigów, w których Nifrodel i ja bierzemy udział walcząc o teksty do Aiglosa i Gwaihira.

Po obiedzie spokojnie przeszliśmy na następny panel tym razem na temat: „Życie, śmierć, długowieczność – dary i kary”. Oficjalnymi panelistami byli Anna Adamczyk – Śliwińska, Michał Leśniewski i Agnieszka Sylwanowicz, ale w praktyce kilku z panelistów siedziało też na „widowni”. Dyskusja była bardzo ciekawa i żywa. Pojawiło się w niej pytania o Nazguli. Czy one mają odwrót od swej decyzji? Czy istnieje choć cień szansy dla nich, aby żałowali za swoje czyny? To pytania jednak pozostało i chyba pozostanie bez ostatecznej odpowiedzi.

W ten tok dyskusji wpisała się prelekcja Tadeusza A. Olszańskiego o Turinie i Edypie. Poruszone zostały tematy przez nas dyskutowane, ale w nowy sposób i sądzę, że wiele wniosła to całości naszego myślenia o kwestiach przeznaczenia i wolności u Tolkiena. Postanowiłem sam jeszcze raz przemyśleć te tematy. Może zrodzi się z tego kolejny (oby oryginalny) mój artykuł na ten temat?

Na zakończenie piątkowej tolkienistyki, niczym wisienka zwieńczająca tort, odbył się wykład Justyny Brzezińskiej „The character of Eowyn within the framework of the Chivalric Code of Medieval Europe”. Kolejny ciekawy bohater „Władcy Pierścieni” i ciekawa zmiana jaka w nim (w niej) następuje w czasie opowieści. Eowyna staje się kobietą. Na początku bardziej jest bowiem wojownikiem i nie widząc sensu życia pragnie ponieść śmierć na polu bitwy. To jednak zmienia się i odkrywa ona w sobie prawdziwą naturę i zarazem sens życia.

Czekając na Pratchetta z Sirielle

Czekając na Pratchetta z Sirielle

Tak dobry dzień miał być zakończony przeze mnie udziałem w telemoście do Szkocji, w którym miano nawiązać połączenie z Terrym Pratchettem. Niestety (podobno z winy strony szkockiej lub, jak inni twierdzili, nie stawienia się Pratchetta) nie doszło ono do skutku. Nie byłoby sprawy, gdyby strona czeska (bo tam, w kawiarni Noiva, miał się odbywać ów telemost) poinformowała o wszystkim jak należy. Niestety komunikaty byłby podawane tylko po czesku i długo nie było wiadomo czy w ogóle połączenie zostanie nawiązane. Czekałem tam z kilkoma osobami ponad godzinę, aż zostaliśmy wyrzuceni za zakłócanie naszymi rozmowami spotkania z jakimś czeskim autorem. Ten moment był chyba największym organizacyjnym minusem konwentu, jaki dostrzegłem.

Dzień 3, sobota

Trzeci dzień nie był już taki interesujący. Choć zaczął się całkiem miło, bo w konkursie tolkienowskim wraz z dwoma chłopakami (kto to był nie wiem) zajęliśmy trzecie miejsce, co dało nam trochę miejscowej waluty do wydania na książki (kupiłem „Sierżanta” Miroslava Zambocha). Po ten był wykład „High and low Tolkien and the after-life of The Lord of the Rings” Christophera Garbowskiego, który jednak poruszał tematy mniej mnie interesujące.

Za to ciekawy był następny wykład Jakuba Z. Lichańskiego „Tolkienowska Mythopoeia – Bóg, wiara i wolność?”. Wykład dość trudny w odbiorze, ale poruszający ciekawe sprawy i tekst, który nie jest często tematem dyskusji. Wykład był wyciągnięty wcześniejszych publikacji autora, więc postanawiam sobie nadrobić braki lekturowe.

Coś co było perełką dnia, to wykład Bartłomieja Błaszkiewicza „Orality and literacy in The Lord of the Rings„. Nie zdajemy sobie sprawy jaką rolę pełnił przekaz ustny w czasach, gdy słowo pisane było rzadkością. W pierwszej erze, gdy zbudowano drzwi do Morii wystarczającym zabezpieczeniem był sam napis „Powiedz przyjacielu i wejdź”. Kto umiał go odczytać (a napisany był w języku elfów) musiał być przyjacielem. Pismo, literatura były rzadkością i tak jest wśród elfów, które nie przykładają wagi do tego, co zapisane. Utwór nawet w postaci pisemnej nabiera wartości w momencie wykonania, co widać w scenie w Rivendell, gdy Bilbo wykonuje pieśń, którą wcześniej napisał. Inaczej nie dotarłaby w ogólne do odbiorców.

Po krótkiej przerwie na obiad w studenckiej stołówce dostałem się na panel „How to handle a saga”. Dyskutantów było czterech. Trzech na poziomie, czyli O. S. Card, A. Campbell i S. Erikson i jeden, na którego określenie musiałbym użyć słów uchodzących z niekulturalne, a mianowicie Andrzej Sapkowski. Ten ostatni, który jak się wyraził jest „ojcem polskiej fantasy” pojawił się na panelu w stanie, który wskazywał do spożycie większej ilości alkoholu. Zarozumiały jest lekkim określeniem, jaki można zastosować do opisu wypowiedzi pana Sapkowskiego. O ile pozostali rozmówcy potrafili z dystansem i humorem podchodzić do własnych dzieł, opowiadać o trudnościach i radościach tworzenia, własnych błędach i sukcesach, o tyle autor sagi o wiedźminie bełkotliwie usiłował udowadniać swoją nieomylność i wyższość. Został za to kilka razy nagrodzony wybuchami spontanicznego wyśmiania. Jednak dzięki pozostałym gościom panel był całkiem ciekawy.

To się nazywa pasja, czyli Nifrodel w akcji!

To się nazywa pasja, czyli Nifrodel w akcji!

Dla poprawy nastroju spóźniony wpadłem znów do sali 105 (tam odbywała się większość bloku tolkienowskiego) na prelekcję Anny Adamczyk-Śliwińskiej pt. „Co pływa w zupie u J.R.R. Tolkiena”. W krótkim czasie (bo tylko 45 minut) zostały nam przedstawione podstawowe składniki, które składają się na sukces i jakość tolkienowskiego legendarium. Przy okazji zrodziła się dyskusja o talencie – czym jest i jaki ma wpływ na działanie człowieka, która przeniosła się potem w kuluary.

Dzień 4, niedziela

Nadszedł dzień ostatni. Rozpocząłem go od spotkania reprezentantów dwóch wydawnictw: Katarzyny Sienkiewicz – Kosik i Andrzeja Hudowicza, którzy opowiadali losy książki od jej napisania do wydania. Ponieważ spóźniłem się nie mam pewności co do wydawnictw, które reprezentują. Jednak jak się udało mi domyślić K. Sienkiewicz – Kosik jest z niewielkiego wydawnictwa Powergraph. Nie była to jednak jakaś nadzwyczaj odkrywcza dyskusja.

Drugim spotkaniem, w którym brałem udział tego dnia, to „Fantastyczność wsi – fantastyczność miasta” z Witem Szostakiem. Wieś i miasto bardzo się między sobą różnią. W wiejskiej obrzędowości można odnaleźć magię, której brakuje miastu. Jednak z obu można wydobyć pewną fantastyczność.

Trzecie spotkanie „Zwrotnice Czasu”, w którym brał udział ostatecznie tylko Maciej Parowski nie zachwyciło mnie za bardzo, może dlatego że nie czytałem książek z tego projektu. Podobają mi się historie alternatywne, stąd moja obecność tam. To co najciekawsze, to opinia TAO, uczestniczącego w tym projekcie, który dość mocno skrytykował powstałe książki.

Jako przedostatnia pozostała mi prelekcja Agnieszki Tańczuk „The image of a dragon in J.R.R. Tolkien’s Middle-Earth and Ursula K. Le Guin’s Earthsea”. Zostały wymienione cechy smoków u obu twórców, z krótkim podsumowaniem, ale przyznam się, że nie bardzo wiem ku czemu poza czystą prezentacją zmierzała ta prelekcja. Brakował porównania, pokazania jakiś źródeł kulturowych, literackich, z których dane pomysły zostały zaczerpnięte czy też wskazania na oryginalność inwencji autorów.

Na zakończenie całości poszedłem (znów lekko spóźniony) na „Kto tak naprawdę żyje w tym mieście?” Krzysztofa Hołyńskiego. Tak się składa, że w 2007 roku na Polconie pod koniec wziąłem udział w jakiejś prelekcji o RPG, więc i teraz wykorzystałem nadarzającą się okazję. Choć już dawno nie miałem okazji zagrać, ale samo spotkanie było interesujące i odprężające po tych kilku dniach ćwiczenia umysłu (co nie znaczy, że można było na nim odstawić myślenie na bok, absolutnie; po prostu należało użyć innych mięśni myślowych).

Czeski Cieszyn

Czeski Cieszyn

Po wszystkim przeszedłem się jeszcze po Czeskim Cieszynie (nic nadzwyczajnego), wsiadłem w samochód i odwiedzając po drodze Wilamowice wróciłem do siebie. Całą imprezę uważam za udaną. Miło było spotkać się ze znajomymi, niektórymi dawno nie widzianymi. Były okazje do długich dyskusji, które bardzo mnie ubogaciły. Na koniec chcę podziękować Galadhornowi i Tomowi Gooldowi za sami wiedzą co.

P.S. Skończyłem pisać to o 1 w nocy (bądź nad ranem) w poniedziałek, tuż po powrocie z Triconu, więc wybaczcie błędy, niestylistyczności i takie tam, ale o tej porze już trudno się skupić. Tekst publikuję tak czy siak, a ewentualne błędy czy ominięcia poprawię później.

2 komentarze

  1. PolishGirl 30/08/2010
  2. TAO 31/08/2010

Dodaj komentarz