Na Mołdawię (8-9 lipca 2010 r.)

Prawosławna katedra w Kiszyniowie

Prawosławna katedra w Kiszyniowie

Od mojego ostatniego wpisu relacjonującego tegoroczną podróż na Wschód już trochę czasu minęło. Urlop się skończył, obowiązków mnóstwo, to i pisać nie było kiedy. Czas więc choć trochę nadgonić zaległości.

W planach naszej podróży był krótki wypad do sąsiadującej z Ukrainą Mołdawii. Pomysł odwiedzenia tego kraju zrodził się bardzo spontanicznie, gdy patrząc na mapę jakiś czas przed wyjazdem dokonałem odkrycia „to jest blisko”. Telefony w ruch i udało mi się po jakimś czasie załatwić nocleg przy kiszyniowskiej katedrze. Pobyt zaplanowaliśmy krótki z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że brakło by czasu na zwiedzanie Ukrainy. Drugim powodem natomiast była chęć wysondowania, sprawdzenia terenu i przygotowanie czegoś więcej za rok, jeżeli warto byłoby wracać.

Wyjechaliśmy więc w miarę wcześnie rano z Illicziwska do Odessy, aby tam złapać autobus do stolicy Mołdawii – Kiszyniowa. Dworzec autobusowy mieści się w Odessie całkiem niedaleko kolejowego, więc nie mieliśmy problemu z transportem, a autobus do Kiszyniowa już na nas czekał. 70 hrywien za bilet i 10 za bagaż (od osoby) i siedzieliśmy w środku. O godzinie 8:50 odjechaliśmy w kierunku niezbadanego przeze mnie kraju. Już po godzinie byliśmy na granicy. Tu jednak szybka jazda się skończyła i kontrola zajęła ponad 1,5 godziny. Co ciekawe kontrola ukraińska jest w stosunkowo dużej odległości od mołdawskiej, a pomiędzy nimi znajdują się bagna.

Brzoskwinie prosto z pola :)

Brzoskwinie prosto z pola 🙂

Gdy wjedzie się do Mołdawii widać, że kraj ten jest biedniejszy niż Ukraina. W miarę dobra droga była tylko przez jakiś czas od granicy i tuż przed stolicą. Poza tym dziury, a asfalt na brzegach tak zniszczony i nadgryziony, że momentami to na drodze był tylko jeden pas do ruchu w obie strony… Autobus, którym jechaliśmy, zatrzymał się po drodze dwa razy. Pierwszy raz w jakiejś wsi, gdzie można było kupić sobie owoce od rolników stojących przy drodze (pyszne brzoskwinie po 5 lei za kilogram, czyli jakieś1,5 zł). Drugi raz na jakimś autobusowym dworcu. Około 14 byliśmy w Kiszyniowie.

Rok Chopinowski w Kiszyniowie

Rok Chopinowski w Kiszyniowie

Dzięki pomocy miłej pani na dworcu udało się ustalić drogę do naszego miejsca noclegowego. Okazuje się, że na Mołdawii część osób rozumie po polsku, co sprawę bardzo ułatwiło. Co więcej, gdy miła pani zorientowała się już po moim odejściu, że źle wyliczyła ilość przystanków, pobiegła za nami powiedzieć o tym. Tak więc bez przeszkód dojechaliśmy do katedry Opatrzności Bożej (choć w jej okolicy trochę pobłądziliśmy). Jechaliśmy trolejbusami (2 leje). Na miejscu zostaliśmy miło przyjęci, zostawiliśmy bagaże i poszliśmy zwiedzać miasto.

Rzymsko-katolicka katedra Opatrzności Bożej

Rzymsko-katolicka katedra Opatrzności Bożej

Kiszyniów nie jest wielkim miastem i nie jest starym miastem. Część zabytków została zniszczona za czasów sowieckich, a na ich miejsce pobudowano „perły” socjalistycznej architektury. Monumentalizm tych budowli jest powalający, a ich koszt niejednokrotnie przekraczał roczny budżet ówczesnej Mołdawskiej SRR. Zaczęliśmy jednak od czegoś milszego, a mianowicie katedry rzymsko-katolickiej pw. Opatrzności Bożej. Mieści się ona tuż obok gmachu prezydencji. Wzniesiona w połowie XIX w. w stylu rosyjskiego klasycyzmu prezentuje się dziś bardzo ładnie. Obok niej ma siedzibę prezydent Mołdawii. Niestety nie widzieliśmy wszystkiego, gdyż teren był ogrodzony płotem z blachy. Prezydencja była remontowana po zeszłorocznym przewrocie, kiedy to Mołdawia obrała bardziej prozachodni kurs w polityce. Po drugiej stronie alei Stefana wznosi się kolejny socjalistyczny kolos, a mianowicie budynek parlamentu. Aleja Stefana jest główną ulicą Kiszyniowa i przy niej mieści się większość zabytków. Najpierw poszliśmy kawałek oddalając się od centrum, aby zobaczyć Dom Hertza z początku XX w. i cerkiew Sf. Panteleimon. Potem zawróciliśmy i podążaliśmy w kierunku centrum. Im bliżej niego, tym więcej zabytkowych kamienic i innych budynków, a mniej maszkar z czasów komunizmu. Minęliśmy kino Patria w starym budynku oraz socjalistyczny teatr opery i baletu. Za kinem rozciąga się ładny Park Stefana Wielkiego z ciekawą aleją pisarzy, gdzie stoją popiersia największych mołdawskich (rumuńskich) literatów. Na rogu parku, przy skrzyżowaniu ulic Stefan cel Mare i Banulescu-Bodoni stoi pomnij Stefana Wielkiego. Pomnik ten dwa razy był ewakuowany (w 1940  i 1944 r.) z obawy przed sowietami. Po wojnie stał w parku, między drzewami, a w 1991 przeniesiono go na pierwotne miejsce, gdzie stoi do dziś. Po drugiej stronie alei Stefana znajduje się Łuk Triumfalny i katedra prawosławna Narodzenia Pańskiego. Katedra położona jest w bardzo przyjemnym parku i widać, że jeden i drugi park jest lubiany i odwiedzany przez mieszkańców Kiszyniowa. Za skrzyżowaniem z ul. Puszkina zaczyna się ten bardziej zabytkowy Kiszyniów. Parki pięknie oddzielają go od tej mocno soc-realnej części. Zabytkowy ratusz, czy sala organowa, teatr im. M. Eminescu i stara zabudowa tworzą miły klimat miasta. Warto odbić też w boczne ulice i pooglądać tamtejsze budynki, nieraz bardzo ładne.

Gmach Prezydencji

Gmach Prezydencji

Obiad zjedliśmy w Green Hills Nistru, przy głównej ulicy. Spokojnie polecam tą restaurację – bardzo dobra, a ceny dla nas przyjazne. Po obiedzie dalej spacerowaliśmy po mieście. Trafiliśmy m. in. do muzeum wojskowego, a ja raz nawet musiałem kasować zdjęcia, bo sfotografowałem jakiś ważny budynek, którego nie wolno było fotografować. Swoją drogą nie było w nim nic nadzwyczajnego, ot po prostu ładny, zabytkowy budynek. No, ale żołnierz kazał, to skasowałem na jego oczach te zdjęcia.

Mycie pomników w parku

Mycie pomników w parku

Wieczorem wróciliśmy na nocleg. Po drodze załapaliśmy się na jakiś koncert, ale nie zainteresował nas, więc szybko zrezygnowaliśmy z niego. Kiszyniów jest ładnym miastem, na pewno nie na jedno popołudnie. Myślę jednak, że pełne dwa, trzy dni powinny wystarczyć, aby zobaczyć to co warte zobaczenia w stolicy Mołdawii. Na pewno jednak nie jest to wszystko co ma ten kraj do zaoferowania. Według tego, co wyczytałem w przewodniku, jest wiele więcej interesujących miejsc. Te jednak muszą na mnie jeszcze poczekać, może uda się za rok. Tymczasem następnego dnia musieliśmy już wracać do Odessy, bo i bilety na pociąg do Kijowa mieliśmy już wykupione.

Ulica w Kiszyniowie

Ulica w Kiszyniowie

Autobus powrotny złapaliśmy bez problemu. Kosztował nas 90 lei za osobę plus 30 lei za bagaż. Tuż przed granicą Kiszyniowa autobus się zepsuł i mieliśmy ponad godzinny przymusowy postój. W Odessie byliśmy więc późno, bo około 18. Szybko więc do Illicziwska, gdzie zostawiliśmy większość bagażu u sióstr. Potem z powrotem do Odessy i na pociąg. O 23:25 z nieznaną w Polsce punktualnością kolejową (tak, na Ukrainie pociągi punktualne) odjechaliśmy do Kijowa.

c.d.n.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.