Jakie ja robię zaj**iste efekty specjalne!

Rewelacyjne efekty specjalne i pokazy sztuki cyrkowej na najwyższym poziomie. Do tego świetne wykorzystanie animacji komputerowych i całej reszty nowoczesnej techniki. Poza tym nic nadzwyczajnego. Właśnie widziałem Hobbita.

Bilbo spadający z wysokości kilkuset metrów? Trzynastu krasnoludów i Gandalf zjeżdżający na kawałku rozpadającego się mostu w przepaść? Wargowie, którzy są o krok od bohaterów, bo sekundę później musieć ich ścigać godzinami? Nie wspominając o tym, że momentami miałem wrażenie, że film i książkę łączy tytuł. Peter Jackson, reżyser tego widowiska, ewidentnie zachwycił się sukcesem jaki zrobiła ekranizacja Władcy Pierścieni. W poszukiwaniu większej kasy postanowił podzielić książkę o wiele krótszą także na trzy części i zrobić na tym dobry interes. To są moje pierwsze wrażenia po obejrzeniu filmu, ekranizacji Hobbita autorstwa J.R.R. Tolkiena. Choć może ekranizacja to złe słowo, sugerowałaby większą zgodność z oryginałem.

Zacznijmy o pozytywów. Film jest zrobiony z ogromnym rozmachem. Wspomniane efekty specjalne, dbałość o każdy detal scenografii. Niestety nie jest to jakiś ogromny plus w dzisiejszych czasach. Gdyby to był polski film, to byłoby się nad czym rozczulać. W przypadku kina amerykańskiego, to po prostu solidny warsztat i dużo pieniędzy. Tam po prostu wstyd jest robić film z efektami specjalnymi w polskim stylu. Nie ma się nad czym więc zachwycać, po prostu zrobili swoje bardzo dobrze, ale to nie jest celujący. Choć Król Goblinów przypominający Jabbę ze Star Wars jest lekko nie na miejscu. Potem muzyka, która pasuje do tego filmu (choć nie do Hobbita – książki). Film wyrasta na wielką epopeję i muzyka też taka jest. Podniosła i patetyczna poza jedną przyśpiewką przy zmywaniu naczyń. Ta scena zresztą była bardzo, bardzo pasująca do książki. Hobbit jest o niebo „lżejszy” gatunkowo niż Władca Pierścieni, tymczasem ta lekkość jest widoczna w niewielu scenach. Z tych podniosłych momentów, pieśń krasnoludów Far over the Misty Mountains jest tak niesamowita, że po plecach przechodzą ciarki. To się udało na celujący z plusem. Do tego dorzucić należy kilka scen, które reżyserowi wyszły naprawdę nieźle, jak ocalenie życia Gollumowi.

Wierność książce obrazuje scena, gdy Bilbo traci guziki z kamizelki. Była taka scena, choć trochę nie w tym miejscu i okoliczności były nieco inne. W książce przeciskał się przez bramy królestwa goblinów (orków), która była właśnie zamykana. W środku, prawie tuż pod bramą, roiło się od wrogich istot. W filmie ten moment następuje wcześniej, w szczelinach skał, gdy ucieka przed Gollumem. Bramy w ogóle nie ma, jest zwyczajne wejście jak do każdej jaskini. Innym przykładem niech będzie Radagast, którego widzimy oczami Sarumana – jako głupka, wręcz idiotę, wariata, który postradał zmysłu. Coś tam jeszcze sobą reprezentuje, łamie trochę to pierwsze wrażenie, ale pozostaje obraz co najmniej osoby nie do końca sprawnej umysłowo. Scena z trollami? Czekałem na ten fantastyczny dialog z książki. Musiałem obejść się smakiem i zadowolić ratującą sytuację pogawędką hobbita z tymi potworami.

Naturalnie nie oczekiwałem od filmu stu-procentowej wierności książkowemu oryginałowi. Scena początkowa, nawiązanie do wydarzeń znanych z poprzedniej filmowej trylogii było całkiem udane. Potem zaczęło się sypać. Bilbo nie zaprosił Gandalfa na następny dzień na herbatkę, co miało miejsce w książce i było pretekstem dla czarodzieja do powrotu z gromadą krasnoludów. Zupełnie także nie rozumiem, dlaczego hobbit na tą wyprawę wyruszył. W książce przynajmniej było czuć jak wzbiera w nim zainteresowanie, chęć przeżycia przygody, w filmie tego w ogóle nie było. Przykłady można mnożyć.

Wiele osób zacznie mi wytykać, że się czepiam. Być może tak, ale mam do tego prawo. Ten film miał być oparty na jednej z moich ukochanych książek, a potraktował ją po macoszemu, jako środek do zrobienia większej kasy. Poczułem się źle oglądając go. Zdaję sobie sprawę, ze gdyby nie to, pewnie uszedłby w tłumie. Wszak lepszy jest niż np. Ostatni Władca Wiatru. Problem może leży w porównaniu. Film jest ok, książka fantastyczna. W przeciwieństwie do niektórych, nie czekam na następną część z niecierpliwością. Pójść pewnie pójdę, ale jakby nigdy jej nie wyświetlili, to też bym nie płakał. Kto więc chce iść, niech idzie. Przegapić Władcę Pierścieni to byłaby strata bardzo duża, ten film należy do czołówki. Przy Hobbicie nie mogę tego powtórzyć.

P.S. Film oglądałem w wersji 2D z napisami. Gdybym był na 3D narzekałbym jeszcze bardziej. Nie wiem natomiast jaka jest polska wersja. Nie czytałem napisów, a wersji dubbingowanej nie dane mi było zobaczyć.

Dodaj komentarz