Mów do mnie po polsku

Pieter_Brueghel_the_Younger_-_The_Village_Lawyer's_officeKodeks prawny, mail od prawnika lub księgowego, wyrok sądu, pismo urzędowe, blog prawny. Co je łączy? Język! Zupełnie niezrozumiały dla zwykłego, wykształconego człowieka.

Z różnych powodów od kilku miesięcy staram się przebić przez zawiłości polskiego prawa, podatków i spraw pokrewnych. Wynika to z chęci prowadzenia własnego minibiznesu, a od niedawna także nowej pracy. Wrażenie jest takie, jakby wszyscy się umówili, żeby pisać w sposób niezrozumiały. W prawie każdym zdaniu jest słowo, którego nie rozumiem. Dzisiaj np. poznałem słowo komparycja. Mój chłopski rozum wskazywał na porównanie jednej rzeczy do drugiej. Tymczasem jest to wymienienie umawiających się stron. Zresztą samo określenie umawiających się stron jest żargonem używanym tylko w jednej branży, nie występuje w codzienny języku i już przez to utrudnia rozumienie całości.

W obliczu trudności ze zrozumieniem kodeksów, ustaw i przepisów, a także wyjaśnień niektórych prawników, sięgam do internetów. Są przecież blogi o wszystkim. Te jednak, które znalazłem też cierpią na podobną chorobę. Od bloga oczekiwałbym tekstów, które przekładają z prawnego na nasze, na język polski. Niestety też nie znalazłem nic, co by leżało w zakresie moich zainteresowań. Jedynym wyjątkiem jest VaGla, który jednak porusza tematy z tak szerokiego zakresu, że trudno mi znaleźć coś, co odpowiada na moje pytania.

Ktoś może powiedzieć, że powinienem nauczyć się słów, nowych terminów, aby to wszystko zrozumieć. Moim zdaniem argument jest nietrafiony. Nie jestem prawnikiem, prawo mnie interesuje w zakresie minimalnym, koniecznym do tego, aby rozwijać swoją działalność legalnie. Jestem zmuszony, aby je poznać i nie wynika to z moich zainteresowań. Ja chcę prowadzić antykwariat, kupować i sprzedawać książki, prowadzić stronę o książkach. Czytam fantastykę, kryminały i szeroko rozumianą literaturę popularną. Gdy sięgam po coś fachowego jest to astronomia. Prawo i podatki to wymóg systemu, w którym żyję. System może być albo przyjazny albo wrogi. Hermetyczny język, przez które z musu muszę się przebijać, jest wyrazem wrogości.

Kolejnym problemem jest ilość. Gdybym miał przebrnąć tylko przez jedną ustawę, to byłoby to zapewne do zrobienia. Gdy jednak muszę ogarnąć kwestie związane z regulaminem sklepu, GIODO, VAT, PCC i wiele innych spraw, aby móc legalnie prowadzić handel używanymi książkami, to po prostu ręce opadają. Godzina konsultacji z prawnikiem kosztuje po znajomości 150 zł. Do zrozumienia tego wszystkiego potrzeba kilku. Pod warunkiem, że rozumiem wszystko co do mnie mówi. Ponieważ jednak siedzę jak na tureckim kazaniu i nawet nie wiem o co zapytać, to potrzebowałbym kilku dodatkowych godzin na wyjaśnienia. Po prostu mnie nie stać.

Być może uda mi się przez to przebrnąć (raczej nastawiam się na pozytywne zakończenie, bo chcę mieć ten antykwariat), jednak wiele osób poczuje się zniechęconych. Poza tym chyba nie o to chodzi, aby przy tworzeniu własnego biznesu równolegle zostawać studentem prawa i finansów. Jeżeli jeszcze zostanie mi czas, to postaram się pisać o tym na blogu. Może komuś się przyda. Jednak wolałbym, aby prawnicy i księgowi od razu mówili do swoich klientów prostym językiem, bez żargonu. Szczególnie prawnicy, bo księgowi już w dużej mierze tą sztukę opanowali. Prawnicy za często są jeszcze z innego świata. Trudno się potem dziwić, że wśród moich znajomych mówi się, że są złem koniecznym.

We wpisie użyłem obrazu Pietera Brueghela (młodszego), The Village Lawyer lub The Tax Collector’s Office (nie znalazłem polskiego tytułu). Plik pobrałem z Wikimedia Commons.

4 komentarze

  1. Dominika Szatanik 21/09/2014
  2. Ioannes Oculus 21/09/2014
  3. remikorben 21/09/2014
  4. Ioannes Oculus 22/09/2014

Dodaj komentarz