Archive | Premium

Owoc żywota twojego je ZUS…

Tags: , ,

Owoc żywota twojego je ZUS…

Posted on 16 maja 2012 by Ioannes Oculus

Obywatele i obywatelki! A może lepiej, towarzysze i towarówki! Nareszcie możemy pracować do 67 roku życia! Wszyscy Polacy wyrażają swoją radość z dłuższego oddawania składek do ZUS. Tylko grupka oszołomów nasłanych przez wrogów państwa pod Sejmem protestowała przeciwko postępowym reformom.

Dlaczego zaczynam w takim tonie? Niestety, nie widzę innego wyjścia jak wyśmiać to co się dzieje. Z tego co wyczytałem na oficjalnych stronach świeżej reformy emerytalnej wynika, że jedyne co zmienia się w całym systemie, to wydłużenie czasu opłacania składek i likwidacja niektórych przywilejów. Przecież to kpina w żywe oczy. System jest chory, a rząd jako lekarstwo na ciężki paraliż proponuje aspirynę. Rozumiem, że moje składki będę teraz o dwa lata dłużej marnowane. Nic więcej. Żadnych reform strukturalnych, które by wymusiły lepsze zarządzanie pieniędzmi. OFE dalej mają podcięte skrzydła, mimo, że były jedynym w miarę racjonalnym elementem systemu. W tej sytuacji dziwię się protestom pod Sejmem… Dlaczego było tam tak mało ludzi? Dziś media mówią jedynie o zamieszkach, o tym że jakiś poseł (nie będę robił promocji imienia) został uderzony patykiem w rękę, bo pchał się w nie swoje miejsce. Mamy wspaniały temat zastępczy, nie trzeba mówić, że jest w Polsce coraz gorzej. Można mówić, że biedny posłem, chciał przejść między ludźmi, którzy obecnej polityki mają serdecznie dosyć. Nie dziwi mnie frustracja społeczeństwa, które jedynie w formie protestów może dialogować z obecną władzą, która poza pochlebcami nikogo nie słucha.

Mamy więc zupełnie kuriozalną sytuację, w które rząd wprowadza reformę, która jest jedynie przedłużeniem choroby ZUS’u, a nie rzeczywistą reformą. Mamy propagandę sukcesu. Mamy w końcu temat zastępczy dla mediów, które zamiast zająć się sednem sprawy, rozdmuchały marginalną de facto sprawę. Jak w tej sytuacji można powiedzieć, że żyjemy w normalnym państwie?

Comments (0)

Chorobliwe zamknięcie

Tags: ,

Chorobliwe zamknięcie

Posted on 21 kwietnia 2012 by Ioannes Oculus

Dziś poprzez wykop natrafiłem na wpis z jednego z blogów: Nie kupuj zdjęć od Piotra Augustyniaka. Byłem tak zaskoczony tym co tam znalazłem, że aż mi się wierzyć nie chciało. Okazuje się bowiem, że w pewnej codziennej gazecie zwanej wybiórczą ukazał się zaiste kuriozalny artykuł o zamykaniu zawodów. Autor likowanego wpisu jest temu przeciwny, z czym zupełnie się zgadzam. O co chodzi? Piotr Augustyniak, fotograf, napisał artykuł do dodatku owej gazety, że optuje za zamknięciem swojego i innych zawodów. Wyjaśnia swoje intencje „kawa na ławę”:

Chciałbym, żeby mój zawód był zamknięty. Żeby prawo do zarabiania na robieniu zdjęć miały osoby, od których wymagany byłby chociaż jakiś kurs lub egzamin. Chciałbym mieć pewność, że nie tylko znają podstawy fotografii i naszej etyki zawodowej, ale również wiedzą, na czym polega prowadzenie własnej firmy. Jeśli ktoś lubi i chce fotografować, niech to robi, ale niech nie robi tego za darmo lub w barterze, bo w ten sposób psuje rynek i odbiera źródło dochodu innym.

Intencje są więc jasne. Dlaczego należy ograniczyć innym możliwość odpłatnego robienia zdjęć? Bo pan Piotr Augustyniak więcej zarobi! Gdy zawód zostanie zamknięty trudniej będzie odebrać autorowi artykułu „źródło dochodu”. Bardziej na przykrywkę czy listek figowy wyglądają słowa o wiedzy czy etyce zawodowej. Czy ma prawo do pisania takich tekstów? Owszem ma o tyle, o ile każdy dba o swoją kieszeń. Stara się uchronić swoje zarobki. Szkoda, że nie przez gwarancję jakości swojej pracy i zadowolenie jego klientów, a przez niszczenie konkurencji. Co więcej, przyjęcie w praktyce jego pomysłów świadczyłoby o chorobie psychicznej władzy (społeczeństwa) lub o chęci wzmocnieniu totalitarnych praktyk w naszym państwie.

Wolny rynek polega wymianie dóbr, która „dokonuje się w wyniku dobrowolnie zawieranych transakcji pomiędzy kupującymi a sprzedającymi przy dobrowolnie ustalonej przez nich cenie” (Wikipedia). Czy owym dobrem będą usługi takie jak fotografia czy ręcznie wyrabiane laleczki dla dzieci czy cokolwiek innego to kwestia mniej ważna. Mam jakieś dobro i mogę je sprzedać komu chcę, o ile ktokolwiek zechce je kupić. Jego jakość i cena, to inna rzecz. To klient decyduje czy chce mieć dobry towar, który zapewne będzie droższy, czy tańszy, ale gorszej jakości. Do konsument decyduje co i czy w ogóle cokolwiek kupi. Trzymając się przykładu fotografii wyobraźmy sobie Kowalskiego, który organizuje swoje wesele. Kowalski nie jest szczególnie bogaty i widzi, że nie stać go na profesjonalnego fotografa. Może więc zdecydować się na nieprofesjonalnego fotografa, który ma już jakieś doświadczenie, bo robił niezłe zdjęcia u znajomych i ma sprzęt, którego nie ma nikt w rodzinie Kowalskiego. Może też poprosić wujka Kazia lub innego członka rodziny, który swoim zwykłym aparatem cyknie kilka totalnie amatorskich fotek. Co wybierze Kowalski? Nie mając pieniędzy na profesjonalistę, a nie chcąc się martwić czy w ogóle jakieś zdjęcie wyjdzie, zatrudni zapewne owego nieprofesjonalnego fotografa. Jeżeli temu półamatorowi zabronić tej formy dorabiania (swoją drogą, ciekawe w jaki sposób), to Kowalski wcale nie pójdzie do drogiego profesjonalnego fotografa. Pozostanie mu wujek Kazik, kto pstryknie parę fotek i nadzieja, że choć jedna wyjdzie na tyle dobrze, aby stać się pamiątkowym zdjęciem ślubnym. W takiej sytuacji na zamknięciu zawodu wcale nie zarabiają więcej zawodowcy. Właściwie to nikt nie zarabia, jedynie para młoda zaoszczędzi trochę pieniędzy. Zamknięcie nie wydaje się więc szczególnie dobrym wyjściem.

Autor nie uniknął też pewnego rodzaju manipulacji czytelnikiem (nie wiem na ile świadomej). Najpierw mówi o potrzebie zamknięcia zawodu fotografa, co każdy rozsądnie myślący uzna za bzdurę. Jednak chwilę później pisze o fizjoterapeutach, którzy kierując się dobrem pacjentów optują za takim zamknięciem swojego fachu. Źle wykonywany zawód fizjoterapeuty może zaszkodzić zdrowiu, czyli mamy zamknąć zawód fotografa, dobrze zrozumiałem? Nie można porównywać zdjęć ślubnych i ratowania życia.

Istnieje jeszcze jedno zagrożenie zamykania kolejnych zawodów. Kto będzie decydował o tym kogo dopuścić a kogo nie? Łatwo to wykorzystać do faworyzowania „swoich” lub dyskredytowania wrogów. Wystarczy, że ktoś narazi się wpływowym osobom, a będzie mu można odebrać licencję. Fotograf z licencją tracąc licencję traci możliwość zarabiania. Co jeżeli stałoby się to z powodów niemerytorycznych, osobistych urazów albo poglądów politycznych? Prosta droga do uciszania niepokornych. A że taki tekst w wybiórczej…

O ile można dyskutować o zamykaniu zawodów, w których chodzi o zdrowie i życie ludzi, o tyle uważam zamykanie wszelkich innych za chorobliwe. Jestem za wszelkimi certyfikatami i dyplomami. Państwo powinno czuwać, aby to co napisane na tych dokumentach pokrywało się z prawdą, aby wyraźnie było napisane o czym dany certyfikat świadczy. Takim certyfikatem będzie mógł się pochwalić fotograf czy ktokolwiek inny. A klient wybierze kogo woli i za jaką cenę. Czy certyfikowanego profesjonalistę z dobrym portfolio i renomą czy kogoś innego. Konkurencja wymaga działań, a nie spoczywania na laurach. Pan Piotr Augustyniak nie powinien się martwić o pracę. Jeżeli jest dobry i będzie oferować swoje usługi za rozsądną cenę, to przecież przetrwa i będzie się rozwijał. Jeżeli natomiast chce walczyć z konkurencją nie przez jakość, a przez podkładanie innym kłód pod nogi w postaci zamkniętych zawodów, to świadczy to nie o jego kompetencji, a raczej słabości i kompleksach.

Comments (3)

Charytatywne zło, czyli rozwój społecznego pasożytnictwa.

Tags: ,

Charytatywne zło, czyli rozwój społecznego pasożytnictwa.

Posted on 19 kwietnia 2012 by Ioannes Oculus

Pomoc charytatywna czy karmienie pasożytnictwa?

Kiedy na Bogucicach można najtaniej kupić żywność? W dzień wydawania tejże żywności najuboższym przy bogucickiej parafii św. Szczepana. Jeżeli wydawany jest cukier, już po kilku godzinach można go nabyć od „obdarowanych” za symboliczną złotówkę. Dlaczego tak? Bo jedzenie jedzeniem, a pić i palić trzeba. Prawdziwi potrzebujący wręcz uciekają z miejsca owej pomocy, gdyż nie chcą brać udział w czymś co bardziej przypomina podział łupów niż prośbę o pomoc materialną. Podziwiać należy panie z parafialnego Caritas, które w tym piekle żądań, walk i pretensji znajdują się przez cały dzień i próbują w ten chory system wprowadzić minimum racjonalności. Tak dzieje się co miesiąc. Wszystko dzięki ludzkiej naiwności, pomocy z Unii Europejskiej dla potrzebującej ludności i zaświadczeniom z MOPS’u dla owych biedaków, który nie mają za pić żyć.

Czyżbym był nie czuły na potrzeby biednych? Sam bym tak pomyślał, gdyby nie przypadek sprzed kilku miesięcy, gdy młoda matka chora na raka prosiła mnie, abym zorganizował kogoś, kto jej tą pomoc (jedzenie, ubrania) przyniesie do domu. Mówiła, że była tam raz z sąsiadką, ale gdy zobaczyła co się tam dzieje szybko uciekła, bo i tak nie miałaby sił walczyć o zupę w puszce… Wniosek nasuwa się sam, naprawdę potrzebujący nie przychodzą, bo mają jeszcze trochę godności. Przychodzą natomiast ci, od których można jedynie usłyszeć: wy to już chyba nic tam nie macie, bo znowu była pomidorowa albo wyzwiska i obelgi.

Co więcej, moim zdaniem, taki system jest z gruntu chory i umacnia patologię. Tak rodzi się społeczne pasożytnictwo. Jasno i wyraźnie daj się do zrozumienia, że nie trzeba robić, nie trzeba dawać nic od siebie. MOPS, parafia i inne instytucje wyręczą we wszystkim. Nauczyliśmy część społeczeństwa, że wędka jest niepotrzebna, skoro zawsze można wyciągnąć rękę po rybę, którą na pewno się dostanie.  Życie z opieki społecznie stało się sposobem utrzymania. Ja pracując, płacąc podatki, ZUS itd. muszę dodatkowo utrzymać tych, którym się nie chce. Chore! Co gorsza, wielu tych ludzi nie da się już uratować i nie porzucą tego pasożytniczego stylu życia.

Nie jestem przeciwko pomocy najuboższym, pokrzywdzonym przez los. Ludzie słabi, chorzy muszą mieć wsparcie ze strony społeczeństwa. Są ludzie naprawdę nie zdolni do pracy, potrzebujący pomocy. Szkoda tylko, że często to wsparcie trafia nie tam gdzie trzeba, służy rozwojowi pasożytnictwa społecznego. Po co z moich podatków mają iść pieniądze na pomoc dla tych, którzy jej nie potrzebują lub wypaczają jej sens? Z tym trzeba coś zrobić, inaczej grozi nam poważna choroba.

Konieczna więc wydaje mi się reforma systemu. Nie powinno się wspierać możliwości żerowania na innych, za to powinno się ułatwiać samodzielną działalność. Obecne rządy doprowadzają nasz kraj do ruiny, młodzi nie chcą próbować rozwijać działalność gospodarczej, bo to się nie opłaca. Przez nieudolność planowania, wysokie podatki i inne utrudnienia rośnie bezrobocie. Trzeba zmienić system na bardziej przyjazny. Co więcej, należy zająć się edukacją! Gruntowna reforma powinna doprowadzić do sytuacji, gdy większość uczniów, a potem absolwentów będzie potrafiła samodzielnie i kreatywnie myśleć. Wtedy jest szansa, że młode pokolenia nie będą wchodzić w tą patologiczną spiralę uzależnienia od pomocy, tylko nauczą się korzystać z wędki.

Walka z taką chorobą nie jest łatwa. Wymaga pracy na wielu płaszczyznach. Jak to bywa w chorobie, trzeba przejść ten niezbyt przyjemny czas leczenia. Jeżeli jednak nie zdecydujemy się na leczenie, to pasożytnictwo będzie się rozwijać, aż w końcu zabije resztki zdrowego organizmu.

Comments (0)

Grzecznie… za grzecznie…

Tags: , ,

Grzecznie… za grzecznie…

Posted on 19 kwietnia 2012 by Ioannes Oculus

Czasami tak się czuję...

Wczoraj obejrzałem krótki film dokumentalny pt. Blogersi. Pierwszą myślą było to, że… nie jestem blogerem. To co nazywam swoim blogiem, czyli strona którą teraz czytasz, nie może aspirować do miana bloga z prawdziwego zdarzenia! Dlaczego? Powód jest prosty – została ocenzurowana i to przez nikogo innego, jak jej twórcę, czyli piszącego te słowa. „Nam więcej wolno ponieważ nie mamy kagańca” powiedział na koniec filmu Artur Brzeziński.

Na czym polega ta autocenzura? Proste, na tym „co ludzie powiedzą”. Zdarzyło mi się być księdzem, co powoduje automatycznie ogromne oczekiwania wobec mojej osoby. Najjaskrawiej widać do na przykładzie polityki. Duchowny popierający miłościwie nam panującą PO i premiera D. Tuska? To człowiek apolityczny, wyważony. Ksiądz za Kaczyńskim? Zgroza! Fanatyzm! Ciemnogród! No i koronny argument, że księża mają się nie mieszać do polityki. Nie trzeba nawet popierać Kaczyńskiego, wystarczy jawnie nie popierać Tuska, wtedy już się jest kaczystą, a kaczysta to wiadomo gorszy od terrorysty jest… Wniosek jest taki, że ksiądz to politycznie apolityczny jest tylko, gdy popiera jednych albo zupełnie w tej kwestii milczy. Chcąc mieć święty spokój tematy polityczne albo bliskie politycznym odsunąłem na bok.

Sprawy kościelne? Mało kto sobie zdaje sprawę, jak w tym środowisku ksiądz może otrzymać swoją szufladkę. Zbytni liberał, trydencka konserwa itp. Znów najlepiej popierać aktualne trendy i się nie wychylać. Wtedy przynajmniej ma się święty spokój. No o też tak się stało na blogu…

Po obejrzanym dokumencie zmieniłem jednak zdanie. Dla świętego spokoju to ja się mogę położyć na kanapie. Blog jest mój i będę pisał tutaj to, co mi po głowie chodzi i w duszy gra, a niekoniecznie daje święty spokój. Nie wypowiadam się tutaj w imieniu Kościoła czy partii politycznej. Wypowiadam się tutaj jako Jan Oko, człowiek i tyle. Bez tytułów, grup społecznych. Jeżeli się ze mną ktoś nie będzie zgadzał to świetnie. W dyskusji i polemice człowiek rozwija i koryguje swoje poglądy. Jednak mam prawo ignorowania wypowiedzi, nie odpowiadania na komentarze, choćby dlatego że nie mam zamiaru całego dnia spędzać na blogu.

Było grzecznie, za grzecznie moim zdaniem. Co będzie po takim tekście? A kto to wie? Może się ugnę pod presją ‘politycznej poprawności’ a może nie. Oby wyszło na to drugie. Mam przede wszystkim nadzieję, że znajdę na to czas! Życzę sobie, aby grzecznie już nie było. Będzie to bliższe mojemu myśleniu i patrzeniu na świat. Zresztą i tak jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził.

Comments (3)

Alleluja! Wszystkiego najlepszego!

Tags: ,

Alleluja! Wszystkiego najlepszego!

Posted on 07 kwietnia 2012 by Ioannes Oculus

Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki mojego bloga!

Z okazji świąt Wielkiej Nocy życzę Wam, aby Zmartwychwstały Chrystus przyniósł oczyszczenie i pokrzepienie dusz, odrodził wiarę i umocnił wzajemny szacunek oraz spokojnych i zdrowych Świąt Wielkiej Nocy, wszelkich Łask Bożych.

Weselcie się już, zastępy Aniołów, w niebie: weselcie się, słudzy Boga. Niechaj zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo! Raduj się, ziemio, opromieniona tak niezmiernym blaskiem, a oświecona jasnością Króla wieków, poczuj, że wolna jesteś od mroku, co świat okrywa! Zdobny blaskiem takiej światłości, raduj się, Kościele święty, Matko nasza! Ta zaś świątynia niechaj zabrzmi potężnym śpiewem całego ludu. A zatem proszę was, bracia najmilsi, którzy stoicie tutaj, podziwiając jasność tego świętego płomienia, byście razem ze mną wzywali miłosierdzia wszechmogącego Boga. Niech Ten, który bez moich zasług raczył mnie uczynić swoim sługą, zechce mnie napełnić światłem swojej jasności i pozwoli godnie wyśpiewać pochwałę tej świecy.

(Orędzie Wielkanocne)

Comments (0)

„Coś tam czytałem, to się wypowiem”

Tags: , , , ,

„Coś tam czytałem, to się wypowiem”

Posted on 15 marca 2012 by Ioannes Oculus

Prof. J.R.R. Tolkien był głęboko wierzącym i praktykującym katolikiem.

Prof. J.R.R. Tolkien był głęboko wierzącym i praktykującym katolikiem.

Niedawno natknąłem się na opinię, że w internecie wielu wydaje się, że się na czymś zna i dlatego wypowiadają się w wielu kwestiach. Do tego jednak Internet służy, niech więc każdy wypowiada się swobodnie. Pozwolę sobie więc na takową swobodę na temat świeżutkiego artykułu Arkadego Saulskiego ze strony manipularz.pl pt. Fantasy – raj dla pogan. Wydaje mi się, że trochę fantasy czytałem i co nie co o chrześcijaństwie wiem, stąd moja czelność zabrać głos.

Autor tak podsumowuje swój wywód:

Można by omawiać inne przykłady, ale nie ma to większego sensu – pragnąłem jedynie ukazać czarno na białym jak intelektualnie miałko prezentuje się najmodniejszy gatunek literacki ostatniego dziesięciolecia. Dziadunio Tolkien był przynajmniej na tyle uprzejmy, że przysiadł solidnie do całej kosmologii swego świata, a po drugie wyciągnął stosowne wnioski i rycerstwa u niego nie uświadczysz, bo jakżeby i miało się ono tam znaleźć?

Czekam więc wreszcie na pracę, która szerzej zajęłaby się poważnymi rozważaniami, analizą fantasy jako gatunku literackiego, ze szczególnym uwzględnieniem jego płytkości. Taka krytyczna analiza jest potrzebna – najbardziej chyba – samej fantasy.

Cieszy fakt, że od początku miał z góry założoną tezę, którą uważał za niepodważalnie poprawną – wykazanie miałkości fantasy. Mimo tytułu, który sugeruje, że artykuł będzie dotyczył kwestii religii, to osią tekstu są rozważania o rycerstwie. Na rycerstwie nie znam się za bardzo. Jak zauważono w komentarzach do artykułu, podobna klasa społeczna rozwijała się w Japonii. Wiele miejsca autor poświęca temu jak wygląda miecz. Jego kształt to kształt krzyża. Autor twierdzi, że źródłem kształtu jest jeden z głównych symboli chrześcijaństwa. Wielu twierdzi, że taki kształt wynika po prostu z sposobu walki, gdyż daje ochronę dla trzymającego miecz. Spór o rycerzy i miecze rozgorzał na dobre. Jednak nie jest on istotą sporu. Pierwsze co mi się rzuca w oczy, to wrażenie, że autor nie wie co to jest fantasy. Wrażenie, które można by określić tytułowym „coś tam czytałem, to się wypowiem”.

W tekście przywołane są trzy nazwiska Sapkowski, Kres i Tolkien, w tym ten trzeci zupełnie na uboczu. Metodologicznie potraktowanie jednego z ojców założycieli gatunku prawie jak twórcę marginalnego jest delikatnie mówiąc niepoprawne. Z całym szacunkiem, ale Sapkowski i Kres nie tworzą fantasy od podstaw, tylko wykorzystują pewną konwencję. Problemem jest tutaj sama fantasy – literatura niesamowicie bogata i różnorodna. Trzeba być ignorantem, żeby zakładać, że fantasy to rycerze, miecze, smoki i czarodzieje. Są to oczywiście elementy częste, popularnie kojarzące się z fantasy. Jednak do tego gatunku Sapkowski zalicza też Krainę Chichów Jonathana Carrolla, gdzie te elementy nie występują.

Fantasy można definiować na różne sposoby. Arkademu Saulskiemu być może po części (nie do końca) przypadła by do gustu definicja Ursuli K. Le Guin z The Language of the Night: Esseys on Fatasy and Science Fiction:

Fantasy nie jest antyracjonalna, lecz pararacjonalna, nie antyrealistyczna, lecz surrealistyczna, to znaczy: jest realizmem wyższego poziomu. Używając terminologi freudowskiej: eksploatuje pierwotny, nie zaś wtórny proces myślowy. Wykorzystuje archetypy, a te – jak przestrzega Jung są niebezpieczne. Fantasy o wiele bardziej niż literatura realistyczna bliska jest poezji, mistycyzmu, obłędu. To dzikie pustkowia, a ci, którzy się tam zapuszczają nie powinni się łudzić fałszywym poczuciem bezpieczeństwa. Fantasy to podróż. Podróż do podświadomości, jak psychoanaliza. I tak jak psychoanaliza, może nieść zagrożenie. Sprawić, że zajdą w nas zmiany.

(podaję za: A. Sapkowski, Rękopis znaleziony w smoczej jaskini, Warszawa 2001, s. 23)

To jednak nie jest jedyne spojrzenie na tę literaturę. O fantazji tak pisał J.R.R. Tolkien:

Fantazja to naturalny aspekt ludzkich działań. Na pewno nie niszczy rozumu ani go nawet nie obraża; nie stępia też apetytu na prawdę naukową i nie zaciera jej postrzegania. Wręcz przeciwnie. Im bystrzejszy i trzeźwiejszy umysł, tym wspanialsze będzie snuł fantazje. Gdyby ludzie kiedykolwiek mieli popaść w stan, w którym nie potrafiliby albo nie chcieli widzieć prawdy (faktów lub dowodów), fantazja zaczęłaby obumierać – aż do ich ozdrowienia. Gdyby zaś mieli trwać w takim stanie (a to wcale nie jest tak nieprawdopodobne), fantazja zniszczałaby i przemieniła się w chorobliwą ułudę.

Fantazja musi wg Tolkiena opierać się na racjonalności. Arkady Saulski natomiast stwierdza, że:

Fantasy jest prostą literaturą także z tego względu, że nie tylko nie wymaga wiedzy ze strony czytelnika, ale także autora. By pisać Science fiction trzeba wykazać przynajmniej minimum starań o wiarygodność kreowanego świata.

Jednak właśnie te światy fantasy, które są najbardziej spójne, logiczne budzą nasz podziw. Trzeba jednak pamiętać, że rządzą się swoimi prawami, więc jeżeli autor zakłada obecność sił magicznych, to mogą doprowadzić do zupełnie innego obrazu świata niż nasz. Należy tu zaznaczyć, że fantasy wcale nie chce odwzorować czegoś podobnego do średniowiecza. Owszem, często inspiruje się tą epoką, nie jest jednak jej poddane. To częsty błąd ludzi, którzy patrzą na tę literaturę powierzchownie. Fantasy tworzy własne światy, niezależne od naszego, choć często mające punkty wspólne. Oczywiście jak to w życiu bywa praktyka bywa różna. Mamy literaturę lepszą i gorszą, zarówno w fantasy, jak i science-fiction czy zwyczajnych powieściach obyczajowych. Czy naprawdę nigdy nie zdarzyło się nikomu przeczytać powieści osadzonej w naszych realiach, kryminały czy romansu, który jest zupełnie nie wiarygodny i mimo występowania w nim dekoracji z XX w., to odnosimy wrażenie, że to jest czysty wymysł, który nigdy w rzeczywistości by nie mógł mieć miejsca?

Powoli dochodzimy do sedna sprawy. Autor na początku zarzuca literaturze fantasy, że „fantasy to gatunek literacki, który w swoim założeniu mógłby mieć na przykład zachętę do zgłębiania historii, zamiast tego jednak stanowi tego zgłębiania intelektualną protezę”. O zgrozo! Od kiedy to fantasy chce uczyć historii? Jeżeli już chce czegoś uczyć, to zupełnie czego innego. Fantasy chce często czegoś o wiele ambitniejszego. Jest niczym mit, który choć posługuje się dekoracjami nierealnymi, chce przekazać najrealniejszą i najgłębszą prawdę o człowieku, do której wyrażenia brakuje zwyczajnych słów i trzeba sięgać po metafory. Opowiadając swoje historie, ambitniejsi autorzy fantasy chcą choć troszeczkę odpowiedzieć na pytanie o to, kim jest człowiek, jaki jest sens jego życia. Możemy oczywiście nie zgadzać się z odpowiedziami przez nich stawianymi, jednak nie dostrzeżenie tej próby świadczyć może tylko o bardzo powierzchownej lekturze i niechęci do intelektualnego wysiłku zgłębienia danego dzieła.

Chcę tutaj zaznaczyć, że świadomie piszę tylko o pewnej części literatury fantasy. Powstaje mnóstwo lepszy i gorszych dzieł. Wiele z nich tworzonych jest z chęci zaoferowania czytelnikowi czystej rozrywki, a jeżeli wątki poważniejsze w nich się pojawiają, dzieje się to niejako przy okazji, mimochodem. Przykładem człowieka tworzącym całkiem dobrą literaturę rozrywkową jest Andrzej Pilipiuk. Ta literatura ma bawić i jak się okazuje po wynikach sprzedaży, wychodzi jej to całkiem nieźle. Co więcej, podobnie jest z wieloma innymi nurtami literackimi. Zapewne udałoby się znaleźć niejedną powieść historyczną, czy też za taką się podającą, która z realiami historycznymi nie ma wiele wspólnego. Jest też wiele, które stawiają sobie za cel właśnie rozrywkę, a nie edukację.

Kolejna sprawa, to pytanie o to czy tak naprawdę pojęcie fantasy odnosi się sensu stricte do gatunku literackiego czy może raczej jest określeniem ponad gatunkowym, międzygatunkowym. Wtedy fantasy byłoby rodzaje  literatury zawierającym w sobie element fantastyczny, nadnaturalny a przynależność gatunkową określałyby zupełnie inne cechy utworu. Jestem w sobie w stanie wyobrazić różne rodzaje i gatunki literackie, które określilibyśmy jako fantasy. Fantasy w formie lirycznej bądź dramatycznej jest jak najbardziej na miejscu. Co więcej, mianem fantasy określa się cały prąd kulturowy obejmujący sztukę, film a także rozrywkę. W takim szerokim nurcie znajdą się dowody na słuszność każdej wąskiej tezy.

Na koniec jeszcze chciałbym w kilku słowach poruszyć kwestię obecności chrześcijaństwa w literaturze fantasy. Mimo tytułu sugerującego, że kwestia religii będzie pierwszorzędnym tematem (przypomnę – Fantasy – raj dla pogan), jest ona raczej elementem w rozważaniach o rycerstwie i jego korzeniach. Oczywistym faktem jest, że w prawie wszystkich nibylandiach religia nie jest religią chrześcijańską. Może i dobrze, bo byłoby to tym większym pretekstem do zwady. Autor być może nie zetknął się z cyklem Piekary o inkwizytorze Mordimerze, skoro o nim nie wspomniał, a to wdzięczny temat do bluzgów na bluźnierskie zapędy autora czy też z twórczością Domagalskiego, według którego chrześcijaństwo jest religią nieprawdziwą lub wręcz reprezentującą zło (patrz Cherem). Z drugiej strony brak religijności wprost nie przesądza o tym, że Władca Pierścieni nie jest dziełem religijnym. Pozwolę sobie przytoczyć słowa samego Tolkiena:

Władca Pierścieni jest oczywiście zasadniczo dziełem religijnym i katolickim; początkowo niezamierzenie, lecz w poprawkach świadomie. Dlatego nie umieściłem w nim, czy też wyciąłem z niego niemal wszystkie wzmianki i czymkolwiek, co mogłoby być „religią”, kultem czy obrzędami w tym wymyślonym świecie. Element religijny został bowiem wchłonięty przez opowieść i jej symbolikę”.

J.R.R. Tolkien, Listy. 142. Do Roberta Murraya, S.J., Warszawa 2010, s. 282.

Nie należy więc w czambuł wrzucać całej fantasy do pogańskiego worka, tym bardziej, że większość utworów nie rości sobie pretensji do bycia religijnymi traktatami czy wyroczniami.

Podsumowując, Arkady Saulski wtedy i tylko wtedy, kiedy nie dostrzega się całego bogactwa fantasy i traktuje wybrane przykłady płytko i bez próby podjęcia wysiłku intelektualnego. Inną sprawą jest kwestia estetyczna, nie każdemu musi się podobać taka forma wyrazu, komunikacji. Nie uprawnia to jednak to rzucania osądów i opinii bez dokonania choćby podstawowego researchu. Autor zdaje się nie zauważać bogactwa nurtu określanego jako fantasy, nie zadaje sobie trudu zapoznania się z choćby z podstawowym w kwestiach interpretacji fantasy esejem J.R.R. Tolkiena O baśniach. Autor artykułu Fantasy – raj dla pogan coś przeczytał z fantasy, zapewne więcej niż jedną książkę. Jednak czy to z powodu doboru (przypadkowego bądź tendencyjnego) czy to z lenistwa i braku przygotowania merytorycznego jego tezy, jak sądzę, nie mają uzasadnienia. Co więcej, moim zdaniem autor wykazuje braki na poziomie metodologii nie definiując pojęcia fantasy i mieszając kategorie estetyczne z merytorycznymi.

Comments (1)

Stara płatna autostrada

Tags: ,

Stara płatna autostrada

Posted on 27 lutego 2012 by Ioannes Oculus

Ze zgrozą przeczytałem kilka dni temu, że już lada moment odcinek autostrady A4 między Gliwicami a Wrocławiem ma być płatny. Dla samochodów osobowych ma to być prawie 30 zł w jedną stronę. Z A1 mają się wstrzymać, aż będzie gotowa w całości (chodzi o całość jakiegoś kawałka, ale nie pamiętam jakiego). Dlaczego ze zgrozą? Ponieważ ostatnio drożeje wszystko „jak leci”. Gdyby chociaż te opłaty np. za autostrady przekładały się konkretnie na jakość życia (w tym wypadku jakość dróg), może nie byłoby jeszcze tak najgorzej. Niestety jedyne na co zdają się przekładać, to na zwiększającą się grubość portfeli rządzących polityków. A jakość życia? Znany wielu mieszkańcom Śląska i Małopolski płatny odcinek autostrady A4 między Mysłowicami a Krakowem będzie teraz droższy. Czy lepszy? Dotychczas za chyba 16 zł w jedną stronę można było doświadczyć pasma remontów, przebudów i tym podobnych, autostrady już rzadziej. Mój anty-rekord średniej prędkości między bramkami wynosi ok. 30-40 km/h… Przypominam, że to autostrada! Jak ma się rozwijać w Polsce transport samochodowy, jeżeli na każdym kroku stara się go dobić?

Wielu przedsiębiorców ma coraz większe problemy, aby związać koniec z końcem. Rząd w szale dbania o emerytury podnosi im minimalne składki ZUS. Podobnie jak w przypadku autostrad nijak ma się to do wysokości emerytury czy jakości leczenia. Chodzi o łatwą i szybką kasę. To że część będzie musiała zawiesić działalność, zwolnić ludzi, to już „góry” nie interesuje. Przedsiębiorca staje się nieomal wrogiem państwowym, który jeżeli chce egzystować musi płacić horrendalny podatkowo-zusowski haracz, a na deser przedzierać się przed legislacyjne buble. A podobno to właśnie przedsiębiorcy są kołem napędowym gospodarki…

Odpowiedzią mogą być rzekomo wielkie inwestycje z zagranicy. Problem w tym, że ich nie ma za wiele. Mamy w końcu kryzys i kto się będzie pchał nad Wisłę, jak u siebie ma problemy. Poza tym owe inwestycje nie przynoszą długofalowych zysków u nas, ponieważ zarobione pieniądze idą do centrali firmy/korporacji za granicę. Jeżeli więc wielcy z Zachodu pojawią się u nas, to dadzą sobie. Nasi, mniejsi, już mogą mieć problemy…

Gdzie tu sens, gdzie logika? Jeżeli dobija się swoich, promuje cudzych, to znaczy, że „swoi” przestali być „swoimi”. W sytuacji, gdy rząd zdaje się dobijać polską gospodarkę, podnosić koszty życia w naszym pięknym kraju, popierać obcych, co więcej utrudniać wszystkim życie przez choćby ustawę refundacyjną, ograniczać wolność słowa (próba wprowadzenia ACTA, niedopuszczenie do multipleksu telewizji Trwam z niejasnych powodów), ogłupiać przyszłe społeczeństwo przez zaniżanie poziomy edukacji, pytam się o jedno: dlaczego jeszcze tak mało ludzi wyszło na ulice? Czy Polacy to tylko pokorne barany przeznaczone na rzeź? Ja chciałbym żyć w normalnym kraju, a niestety póki co na to się nie zapowiada…

W tej całej sytuacji pojawia się wiele przebłysków na zmianę. Internet daje jeszcze swobodę wypowiedzi, ludzie łączą się, edukują. Tworzy się drugi obieg informacji, w którym przedstawiana jest nie-propagandowa rzeczywistość. Może dzięki temu uda się coś wskórać. Niestety brakuje ciągle w naszym kraju solidarności i zaangażowania. Lubi ciepełko, a może i dajemy sobie wmówić oglądając TVN, że wszystko jest dobrze. Jakiekolwiek działanie wydaje się być lepsze od niedziałania. Dzieje się sporo. Mam nadzieję, że te różne, rozproszone inicjatywy zaczną współpracować. Czas już odrzucić spory i waśnie, czas spróbować zrobić coś dla kraju, w którym przyszło nam żyć.

Comments (6)

Przyzwyczajenia

Tags: , ,

Przyzwyczajenia

Posted on 22 lutego 2012 by Ioannes Oculus

Wyobraź sobie świat bez prądu...

Wyobraź sobie świat bez prądu...

Wczoraj po raz pierwszy coś tam się zepsuło w moim samochodzie. Minęło już ponad trzy i pół roku jego używania i 60 tys. kilometrów nim zrobionych, więc ma prawo coś tam pójść nie tak. Sprawa niewielka i będzie zrobiona na gwarancji. Problem w tym, że po sprawdzeniu co dokładnie się stało, zostałem poinformowany, że samochód nie wyjedzie tego samego dnia z warsztatu. Miała być tylko wymiana paska klinowego, okazało się coś więcej. No i pojawił się problem, bo trzeba było poszukać kogoś kto mnie stamtąd odwiezie. Przy okazji zdałem sobie sprawę z prostej, choć często niezauważanej w codziennym życiu kwestii. Otóż niesamowicie łatwo przyzwyczajamy się do wygody. Do tego choćby, że mam swój samochód który wszędzie mnie zawiezie. Ale to nie jedyny przykład przyzwyczajenia do wygody.

Pamiętam czasy, kiedy telefony komórkowe były dobrem nieistniejącym w powszechnej świadomości. Istniały jedynie jako walizkowe urządzania, którym nie miał prawie nikt. Dzwoniło się więc z domu, ewentualnie z budki telefonicznej. Do tego liczyło się dokładnie czas, bo impuls trwał 3 minuty. Długie nasiadówki na telefonie w domu kończyły się awanturą o wysokość rachunku. Często bywało tak, że nie było albo skąd zadzwonić, bo do domu daleko, a budki w okolicy jakoś wszystkie się pochowały, albo osoby, do której się dzwoniło, nie było akurat w miejscu, gdzie się dodzwoniliśmy. Dzisiaj takimi problemami nikt nie zaprząta sobie głowy. Telefon zawsze jest pod ręką, każdy chodzi z komórką, więc nie musimy się martwić gdzie jest. Wielu nie wyobraża sobie życia bez telefonu komórkowego. Takie małe urządzenie, a ma taką siłę oddziaływania, że z przyzwyczajenia do tej wygody nikt by nie chciał chyba rezygnować.

Samochody, telefony, internet… Gdyby dołożyć do tego te mniej oczywiste – prąd, gaz, bieżącą wodę. Jeżeli w XXI w. dostęp do internetu jest traktowany prawie jak jedno z praw człowieka, co by było gdybyśmy zostali kompletnie odcięci od prądu! Niezwykle łatwo przyzwyczajamy się, zaczynamy traktować jako oczywistość to, co jeszcze nie tak dawno było nowinką techniczną. Jak tu się nie pogubić?

Najważniejsze to zachować zdrowy rozsądek i nie ubóstwiać tego, co jest dziełem ludzkim. Właściwa hierarchia wartości sprzyja szczęściu w życiu. Stąd może ten wielkopostny pomysł małych i większych wyrzeczeń nie jest taki głupi? To co ważne w tej sprawie to m.in. nasze szczęście. Jeżeli zależy ono od rzeczy zewnętrznych, takich jak dostęp do prądu czy internetu, znaczy że brakuje nam czegoś w życiu. Istotniejsze są przecież dobre relacje między ludzkie, w rodzinie czy z przyjaciółmi. O wiele istotniejsze jest też moje życiowe powołanie, czy idą tą właściwą dla mnie ścieżką. Najistotniejsze wreszcie jest to czy Bóg jest obecny w moim życiu. Wydaje mi się, że warto nad tym pomyśleć na początku Wielkiego Postu…

Comments (0)

SOPA, ACTA i wolność słowa

Tags: , ,

SOPA, ACTA i wolność słowa

Posted on 20 stycznia 2012 by Ioannes Oculus

Data 20 stycznia 2012 roku może (niestety) przejdzie do historii. Zamknięty został serwis Megaupload. Federalni oskarżyli Megaupload o narażenie właścicieli praw autorskich na straty o wysokości ponad 500 milionów dolarów. Oskarżeni bronią się tym, że firma szybko reagowała na wszelkie informacje o pirackim materiale zamieszczonym w ich serwisie. Cała sprawa jest powiązana z wprowadzeniem SOPA, czyli Stop Online Piracy Act, prawa mającego chronić właścicieli praw autorskich. Skoro chodzi o obronę własności intelektualnej to dlaczego sprawa wzbudza tyle emocji?

SOPA i jemu podobne akty prawne (jak ACTA, które ma zostać podpisane przez Polskę 26 stycznia) stanową bowiem potencjalną broń w walce z niepokornymi, czyli dają możliwość cenzurowania internetu. A internet wszak to bodajże ostatnie miejsce, gdzie słowo cieszy się jeszcze w miarę pełną wolnością. Już teraz np. w Polsce obserwujemy pewną stronniczość głównych mediów, próby zablokowania prywatnej telewizji w nadawaniu nieprzychylnych treści. Wolność słowa natomiast zakłada, że mam prawo wypowiadać swoje poglądy, nawet niezgodne z tymi mainstreamowymi. Jeżeli do tego mam pieniądze to nic nikomu do tego, że zakładam do tego celu telewizję, stronę internetową czy cokolwiek podobnego. Jak świat światem ludzie mają różne poglądy i mają prawo je wyrażać, dyskutować, spierać się na ich temat itd.

Czy istnieją granice wolności słowa? Z pewnością jakieś muszą być, nie należy ich jednak szczególnie zacieśniać. Namawianie do zbrodni, nawet w imię głoszenia własnych poglądów, nie powinno mieć miejsca. Granicą mojej wolności jest bowiem drugi człowiek. Jeżeli więc namawiam do zabicia czy tym podobnych czynów to nadużywam wolności słowa. Jeżeli jednak głoszę, że ktoś myli się w jakiejś dziedzinie i jego poglądy są z takich czy innych powodów absurdalne, to mam do tego prawo. Każdy ma oczywiście prawo przestać mnie słuchać lub czytać, ma też prawo skontrować na moją wypowiedź.

Dodatkowo SOPA, ACTA nakładają obowiązek inwigilacji użytkowników przez dostawców internetu. Przesyłanie plików, rozmowy itp. mają być poddane kontroli. Rozumiem, że teoretyczni chodzi o uniemożliwienie przesyłania kradzionych dóbr intelektualnych. Jednak sama podstawa tego prawa wydaje się być mocno nie w porządku. Traktuje się tutaj każdego obywatela jako przestępcę. Jeszcze nic nie zrobiłeś, nie padł na ciebie cień podejrzenia, ale już jesteś inwigilowany, już ciebie ktoś sprawdza. Czy tak cywilizowane państwo traktuje swoich obywateli? Jest to potężne narzędzie, które bardzo łatwo użyć do zwalczania przeciwników. Wyobraźmy sobie, że Kowalski jest zwykłym obywatelem. Na kogo zagłosował nikt nie sprawdzi. Jednak, jeżeli ACTA wejdzie w życie, ktoś będzie miał wgląd do tego co robi Kowalski, z kim rozmawia, o czym rozmawia i czy jest poprawny politycznie. Komunizm wykorzystywał wiedzę pochodzącą z inwigilacji obywateli, aby niepokornym zablokować dostęp do lepszej pracy, zwalczać opozycję, zmusić do współpracy (np. przez szantaż). Nikt z nas nie jest bez grzechu i zdarza się, że grzeszymy w internecie. Takie grzechy i grzeszki mogą być wykorzystane, aby zastraszyć Kowalskiego i zmusić go do współpracy.

Kolejną budzącą obawy przesłanką jest fakt, że nad ACTA pracowano trzy lata. Specjalny zespół opracowywał to prawo, z tego co wyczytałem, unikając jakiejkolwiek dyskusji. Skoro te przepisy mają tak mocno ograniczyć swobodę obywateli, to czy nie powinny być z nimi wpierw przedyskutowane?

Wypadki ostatnich lat sprawiają wrażenie, że pewnej grupie zamyka się usta. Uniwersytety nie przyjmują niektórych naukowców, bo głoszą kontrowersyjne poglądy, polityczna poprawność skazuje niektórych na społeczną alienację. Kiedyś przeczytałem, że w socjalizmie należało tak ukształtować człowieka, aby nawet myśląc samodzielnie zawsze wybierał socjalizm. Czy więc pluralizm i demokracja, którą tak szczycą się Stany Zjednoczone i Europa należy odłożyć do lamusa? Pożyjemy, zobaczymy. Mam jednak nadzieję, że ten dzień do historii nie przejdzie. Bo wolność słowa, to jedno z podstawowych praw człowieka. Mam nadzieję, że SOPA i ACTA (o ile wejdą, od czego uchowaj Boże) będą tylko i wyłącznie dbać o zabezpieczenie dóbr intelektualnych autorów. Obawiam się jednak, że taką nadzieję można włożyć wyłącznie między „pobożne życzenia”…

Comments (6)

Kolejny Nowy Rok

Tags: ,

Kolejny Nowy Rok

Posted on 31 grudnia 2011 by Ioannes Oculus

Kolejny rok mija, kolejne życzenia i nadzieje. Wypadałoby podsumować to co się stało w tym Starym i jakie ma się plany na ten Nowy. Proszę, oszczędźcie mi szczegółowych raportów, mój wewnętrzny leń nie ugnie się w tej kwestii i nie zrobi milionów zestawień i statystyk. Kilka spraw wydaje mi się istotnych.

Pod koniec 2010 roku pewien klasyk powiedział „Po marzenia trzeba sięgać”. Tym klasykiem jest Tomasz S., „magik promocyjny i marketingowy kłapacz” w pewnym wydawnictwie. Rzecz działa się dokładnie 5 listopada 2010 roku, a chodziło o dostanie do recenzji od tego pewnego wydawnictwa Dożywocia Marty Kisiel (na pewno teraz nikt się nie domyśli co to za wydawnictwo ;) ). Tak się zaczęło, jeszcze 2010 roku dostałem przedpremierowy egzemplarz Wampira z M-3 Andrzeja Pilipiuka. Rok 2011 był wspaniałą realizacją tych marzeń, po które wtedy się sięgnęło. Strona o książkach - Kocham Książki rozrosła się bardzo mocno. Nie spodziewałem się takiego sukcesu, na targach w Warszawie zatkało mnie, gdy usłyszałem: „Kocham Książki? Tak, kojarzę was”. W grudniu 2010 roku mieliśmy raptem 1987 wejść na stronę, w grudniu 2011 ponad 11 tysięcy. To oczywiście nie byłoby możliwe bez niezastąpionej miłośniczki (fanatyczki? uzależnionej od?) książek – Agnieszki i innych znajomych i przyjaciół. Ten wielki sukces to wspólna zasługa.

Rok 2012? W planach obecnie jest utworzenie portalu miłośników książek, nad którym już ciężko się pracuje. Jedyną bolączką, którą trzeba będzie rozwiązać to kwestie finansowe. Utrzymanie strony, promocja itd. kosztuje. Reklamy na stronie póki co nie zarabiają na jej utrzymanie ani rozwój. Przydałby się jeszcze większy ruch czytelników, więcej zakupów w księgarni internetowej przy użyciu naszych linków partnerskich. Być może w przyszłym roku znajdzie się strategiczny inwestor całego przedsięwzięcia?

Drugą radością mijającego roku były wakacje na Ukrainie i Mołdawii. W sumie miesiąc pobytu, nowe doświadczenia, pierwsze zorganizowanie dużej wycieczki – cały autobus na dwa tygodnie. Po czymś takim wręcz mówi się powstaniu biura podróży Oko Travel. Zobaczyłem kilka miejsc po długim czasie. Chodzi o np. Kamieniec Podolski i Chocim, gdzie byłem ostatnio w 2005 roku. Kilka miejsc zobaczonych po raz pierwszy w życiu, jak niektóre zamki w okolicy Lwowa czy Bielce na Mołdawii. Do tego na obu wyjazdach kapitalna atmosfera i kapitalni ludzie.

Poza radościami była trudna zmiana miejsca zamieszkania i pracy. Kilka ważnych decyzji podjętych będzie czekać na realizację. Ale więcej o życiu osobistym nie będę pisał, niech pozostanie osobistym ;)

Ogólnie rzecz biorąc uważam rok 2011 za udany. Wam i sobie życzę, żeby 2012 był jeszcze lepszy :)

Comments (4)

Czas wyruszyć ze swojej norki!

Tags: ,

Czas wyruszyć ze swojej norki!

Posted on 18 grudnia 2011 by Ioannes Oculus

Gra "Hobbit"

Gra "Hobbit"

W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie hobbit. Ów hobbit nazywał się Bilbo Baggins, a jego norka, zwana Bag End, to była prawdziwa nora z wygodami. Mieściła się w pobliżu Hobbitonu. Hobbici, jak pewnie słyszeliście, to małe, wesołe stworzenia, o połowę mniejsze od ludzi. Przepadają za jedzeniem i piciem, za to zupełnie nie przepadają za przygodami.

Przygoda przyszła na spotkanie Bilba w osobie wędrownego czarodzieja Gandalfa i 13 krasnoludów. Krasnoludy, pod przewodnictwem Thorina Oakenshielda, postanowiły odzyskać skarb zrabowany im wiele lat wcześniej, strzeżony w pieczarze w Samotnej Górze przez niezwykle okrutnego smoka imieniem Smaug” (fragment wstępu w instrukcji do gry).

Pierwszym szokiem było zderzenie z Thorinem Oakenshieldem, bo w tłumaczeniach spotykałem się z Dębową Tarczą. Niby drobny szczegół, ale po Łozińskim takie eksperymenta zapalają ostrzegawczą lampkę. Całe streszczenie fabuły Hobbita w instrukcji jest średnie, choć na potrzeby gry wystarczające. Bo gra to po prostu powtórka z akcji znanej książki J.R.R. Tolkiena Hobbit. To był wystarczający powód dla mnie, aby ją zakupić i zagrać.

Gra rozpoczyna się w Bag End, skąd wyrusza Bilbo wraz z krasnoludami, aby pokonać Smauga i odzyskać skradziony skarb. Po drodze natknie się na różne przygody, w których drużyna może się wykazać z jednej strony współpracą, z drugiej strony może okazać się, że każdy z jej członków będzie łasym na zbieranie klejnotów. Bowiem celem gry, po uratowaniu Miasta na Jeziorze przed Smaugiem, jest zebranie jak największej liczby bogactw. Jeżeli w kolejnych przygodach graczom powinie się noga, to Smaug będzie zbliżał się stopniowo do miasta. Jeżeli uda się im wszystkie przejść pomyślnie uprzedzą go i odbiją Samotną Górę z jego szponów. W tej drugiej opcji o zwycięstwie konkretnego gracza decyduje właśnie owa ilość zgromadzonych klejnotów.

Mimo że po planszy drużynę reprezentuje jeden pionek, każdy z graczy ma swoją kolejkę gry, w której albo przesuwa całą drużynę naprzód albo wykonuje kolejne przygody. Z tego powodu w pierwszej chwili wydaje się, że nie zapowiada się większa rywalizacja. Jednak po dojściu do pierwszej przygody, czyli Bitwy z Goblinami, wiadomo, że nie będzie tak sielankowo. Graczy charakteryzują trzy różne wskaźniki (inicjatywy, przebiegłości i siły), które w trakcie gry będą maleć bądź rosnąć. Ich początkowe ustawienie będzie decydować o poziomie trudności rozgrywki. Proponowane w instrukcji początkowe ustawienia to dosyć niski poziom trudności, dobry na zapoznanie się z zasadami, jednak warto szybko podnieść sobie poprzeczkę.

Hobbit - zestaw do gry

Hobbit - zestaw do gry

Gra jest bardzo estetycznie wykonana. Figurki, karty, żetony i inne akcesoria stoją na wysokim poziomie estetycznym. Ilustracje do gry powstały na bazie prac John’a Howe, co mnie osobiście bardzo ucieszyło. Męczące są kolejne adaptacje pochodzące z filmu Władca Pierścieni nawet w miejscach, które z ani z filmem, ani z książką nie mają nic wspólnego. Zamawiając grę bałem się, że wizerunki hobbita, krasnoludów czy innych postaci będą właśnie zdjęciami z filmu. Rozczarowanie w tej kwestii było bardzo miłe.

Hobbit jest grą stosunkowo prostą. Wydawca umieścił na okładce informację, że nadaje się już dla 8-letnich dzieci, co wydaje się zgodne z prawdą. Mimo prostoty może jednak ona zainteresować i starsze osoby, niekoniecznie znające świat Śródziemia. Moim jednak zdaniem przydałoby się troszkę więcej ‘komplikacji’. Rozgrywka jest liniowa i trochę za szybko staje się nieco rutynowa. Nie znaczy to, że jest to jedna z tych gier, w które się gra raz i nigdy do nich nie wraca. Brakuje jednak tego czegoś, jakiegoś elementu zaskoczenia, dzięki któremu trzymała uczestników w napięciu i oczekiwaniu na to, co będzie dalej. Hobbit nie zajmuje też dużo czasu, rozgrywka nie powinna trwać dłużej niż godzinę, a można całość ukończyć nawet w 30 minut. W sam raz na wieczór, kiedy nie ma wiele czasu, a potrzebna jest odmiana od telewizora. Dla fanów tolkienaliów pozycja oczywiście obowiązkowa, dla fanów Tolkiena polecam przynajmniej raz zagrać (i solidnie skrytykować autora za miliony nieścisłości w porównaniu z dziełem Tolkiena). Dobry pomysł na prezent, spotkanie z przyjaciółmi. Moim zdaniem warta pieniędzy na nią wydanych.

Ilustracje pochodzą ze strony polskiego wydawcy: krainaplanszowek.pl

Comments (0)

Jakiś kościół w Anglii...**

Tags: , ,

Zły i niedobry churching…

Posted on 13 listopada 2011 by Ioannes Oculus

Jakiś kościół w Anglii...**

Jakiś kościół w Anglii...**

Od jakiegoś czasu, zwłaszcza gdy już nie ma o czym pisać, media donoszą o rozwijaniu się w naszym kraju zjawiska churching’u. Ten językowy potworek oznacza wyszukiwanie sobie najbardziej odpowiadającego kościoła na niedzielną mszę św., rekolekcje, czy też ślub. Zjawisko może niezbyt obecne na wsiach czy w małych miasteczkach, gdzie wyboru albo nie ma albo jest prawie żaden, dużo częstsze w dużych miastach, gdzie czasami w promieniu pięciu minut jazdy samochodem dostępnych jest kilka kościołów. Proboszczowie zazwyczaj pomstują na wszystkich, którzy stali się wiernymi niewiernymi swojej parafii*. Dla innych, np. kościołów prowadzonych przez zakony, a nie będących parafiami, to wyznacza w ogóle sens istnienia. Mimo, że temat jest w dużych mediach raczej tematem sezonu ogórkowego, warto się nad nim chwilę zastanowić. Czy owego „wiernego niewiernego” potępiać, bronić? Czy mamy prawo wyboru kościoła, do którego chodzimy czy powinniśmy twardo chodzić do swojego, parafialnego, nawet pod groźbą utraty wiary po spotkaniu z miejscowym księdzem?

Jak to często bywa, odpowiedź nie jest łatwa i prosta. Więź z parafią jest oczywiście ważna, to jest miejsce, gdzie wg prawa kanonicznego parafianie przyjmują sakramenty (chrzest, bierzmowanie, małżeństwo itp.) a więc w konsekwencji tam też powinni uczestniczyć we mszy św. W ten sposób lokalną społeczność zaczyna łączyć w lokalną wspólnotę chrześcijan nie tylko wspólne zamieszkanie, ale i wspólna modlitwa, zaangażowanie przy parafii.

Z drugiej strony należy zadbać o swoje zbawienie, drogę duchową itp. Bywają parafie, w których jest forowana taka a nie inna duchowość. Duchowość to coś w rodzaju drogi do Boga, tych dróg jest wiele. Nie każdy musi iść każdą z nich. Co wtedy? Dla osób związanych z konkretną duchowością na pewno lepiej będzie iść do takiego kościoła, gdzie pogłębią właśnie tę drogę do Boga. Z drugiej strony, inni mogą nie czuć się najlepiej w tej duchowości, którą proponuje im proboszcz czy wikarzy. Czy ma się męczyć niepotrzebnie, czy raczej znaleźć swoje miejsce tam, gdzie odnajdzie swoją drogę? Co zrobić w sytuacji, gdy miejscowi księża nie mają daru głoszenia kazań, odprawiania mszy, nie mówiąc już o sytuacjach gorszącego stylu życia? Czy wtedy można znaleźć miejsce, gdzie właśnie przykład duchownych, sposób podania przekazu ewangelicznego pociągną nas do Boga?

Z trzeciej strony pojawia się ryzyko lenistwa. Idzie się tam, gdzie szybciej, mniej się wymaga, a może po prostu jest lepsza rozrywka i nudny obowiązek staje się bardziej strawny. Wtedy wybór kościoła to nie wybór dobra duchowego, tylko pójście na łatwiznę, a nie o to chyba chodzi w wierze.

Trzy strony medalu, a jakie rozwiązanie? Może właśnie to, żeby głównym wyznacznikiem był mój wzrost duchowy? Jeżeli w mojej parafii wzrastam duchowo, chociaż ten wzrost może nieraz być trudny, to nie warto uciekać? Przecież, żeby iść pod górę, trzeba się zmęczyć i napracować. Jeżeli nie wzrastam, wtedy szukam miejsca, gdzie będę. Nigdy natomiast nie powinno to wynikać z lenistwa, bo wtedy nie o wzrost duchowy chodzi, tylko o to, żeby szybciej z tej góry się stoczyć…

* Sformułowanie zgapione z Rzepy: http://www.rp.pl/artykul/20,747382.html.

** Nie chcę umieszczać konkretnego kościoła w Polsce, żeby komuś nie przychodziły niepotrzebne czy fałszywe skojarzenia.

Comments (1)

Więzienie w austriackim Leoben.

Tags: ,

Umieć się cieszyć…

Posted on 02 marca 2011 by Ioannes Oculus

Więzienie w austriackim Leoben.

Więzienie w austriackim Leoben.

„Kiedyś to było dobrze, za PRL’u” – na takie lub podobne słowa reaguję najczęściej alergicznie. Jak to za komuny miało być lepiej. Dzisiaj jednak usłyszałem, coś z czym choć trochę mogę się zgodzić. Mianowicie, z komuny ludzie częściej potrafili się cieszyć z tego co mają. Może dlatego, że nie było prawie nic. Zabawek, mieszkań, telewizorów, samochodów itd. Paczka z „Efu”, czy z Zachodnich Niemczech to był rarytas. Miałem to szczęście, że babcia paczki posyłała. Jednak i tak pamiętam radość z zabawy przy rowie za śmietnikiem, który raz był fosą zamku, raz stanowił element tajemnej twierdzy, a jeszcze innym razem był po prostu wyzwaniem, kto przeskoczy go w najszerszym miejscu. Nie było potrzeba wiele do szczęścia.

Dziś gonimy za szczęściem. Wydajemy na to coraz więcej, zaciągamy kredyty i tak naprawdę gubimy się. Chcemy coraz więcej, mamy coraz mniej. Bogatym okazuje się nie ten z milionem dolarów na koncie, ale ten co potrafi cieszyć się z tego co ma. Nie gra tu roli kwestia ile ma, tylko czy pogoń za „więcej” nie stała się bożkiem. Dziś dzieci muszą mieć komórkę, laptopa, telewizor, skuter i jeszcze mnóstwo innych gadżetów. Cierpią, gdy tego nie mają. Kiedyś wystarczył kijek i krzak, i była baza, kawałek podwórka i można było bawić się w chowanego. Nie uświadczysz tego jednak dzisiaj, gdy dzieci zostały zamknięte przez rodziców w więzieniu dobrobytu i telewizji, gdy rodzice dali dzieciom to czego im brakowało, ale odebrali to co tak naprawdę ważniejsze.

Takie społeczeństwo nam rośnie, bez szczęścia i radości. Społeczeństwo, które ciągle goni, ale czy jeszcze wie za czym?

Comments (1)

Zakochany w książkach – zarażam ;)

Tags: , ,

Zakochany w książkach – zarażam ;)

Posted on 03 grudnia 2010 by Ioannes Oculus

Ten blog ostatnio przycichł. Dzieje się tak z kilku powodów. Przede wszystkim mniej czasu. Zima, Adwent, a więc czas kolęd, więcej zajęć i nie ma kiedy pisać. Poza tym dłubie co nie co przy doktoracie oraz… rozwijam swoją pasję! Strona o książkach „Kocham Książki” to takie moje dziecko. Rozwija się całkiem nieźle. Poza tym bardzo mi zależy na promowaniu książek i czytania. Dlatego do strony dochodzą takie akcje:

Profil na NK.pl „Kocham Książki”: http://nk.pl/profile/35726371 – profil gromadzi osoby kochające książki (zapraszam do znajomych).

Grupa na NK.pl „Kocham Książki”: http://nk.pl/grupy/1511 – dołączajcie się, grupa daje możliwość dyskusji, polecania sobie książek.

Strona na FB „Libri – z miłości do książek”: http://www.facebook.com/pages/Libri-z-milosci-do-ksiazek/132479443443134 -podobnie jak powyżej, tyle że na Facebooku.

Skąd to wszystko? Ano po to aby czytanie książek nie zaginęło, aby powróciło do łask. Do tej krucjaty włączyła się już moja znajoma, której jestem za to bardzo wdzięczny. Mam nadzieję, że będzie się ona rozwijać oraz że dołączą się nowe osoby. Czekam na każdego z was, moich przyjaciół, znajomych czy po prostu drogich czytelników mojego bloga. Uważam, że trzeba zrobić wszystko co w naszej mocy, aby czytanie było „trendy”, czyli po prostu modne. To się może udać tylko wtedy, gdy uda się wywrzeć wrażenie, że wszyscy dookoła czytają, że jest to masowe. Może nawet nie wrażenie, ale po prostu pokazać, że moli książkowych trochę na tym świecie ciągle chodzi. Wtedy ludzie sięgną po książkę choćby na zasadzie odruchu stadnego. W tym wypadku taki odruch może się okazać ze wszech miar korzystnym :)

Comments (3)

„Ostatni Egzorcyzm”, opinia

Tags: , ,

„Ostatni Egzorcyzm”, opinia

Posted on 13 listopada 2010 by Ioannes Oculus

Szczerze mówiąc stanąłem przed dylematem. Dziś jest premiera filmu Daniela Stamma „Ostatni Egzorcyzm”. Miałem okazję go zobaczyć w Warszawie. Opowiada historię pastora – egzorcysty, który zajmuje się swoim fachem od najmłodszych lat. „Fachem” gdyż w miarę upływu czasu staje się to pracą, źródłem utrzymania, Marcus Cotton (pastor) bowiem traci wiarę. W pewnym momencie postanawia zerwać z obłudą i nakręcić dokument ukazujący całą prawdę o egzorcyzmach. Wybiera się do niewielkiej miejscowości na południu USA. Tam odprawia „egzorcyzmy”, w pełni przez niego samego spreparowane. Coś jednak zaczyna się wymykać spod kontroli…

Więcej nie powiem, aby nie zdradzić (choć i tak już sporo opowiedziałem). „Ciekawy scenariusz, dobra realizacja”, jak napisała moja znajoma. Zgadzam się z jej opinią, choć jednak… Do pełni szczęścia czegoś mi w tym filmie zabrakło, jakieś wisienki na torcie… Trudno mi określić, co to jest konkretnie. Choć może jest to spowodowane widownią. Niby stolica, niby wysoki poziom. Jednak kultura nakazuje, że jeżeli film się nie podoba to się wychodzi, a nie głośno komentuje, czy śmieje. Tak więc prawdopodobnie właśnie to mogło spowodować, że mój odbiór filmu jest taki jaki jest.

Jednak sam film polecam. Myślę, że warto go zobaczyć, a może także przemyśleć swoje podejście do spraw zadawania się ze złymi duchami. Nie da się wszystkiego wytłumaczyć psychologią…

Comments (4)

Świętych można spotkać wszędzie

Tags: ,

Świętymi bądźcie!

Posted on 30 października 2010 by Ioannes Oculus

Świętych można spotkać wszędzie

Świętych można spotkać wszędzie

Arka Noego ma w swoim repertuarze piosenkę, w której refrenie są następujące słowa:

Taki duży taki mały może świętym być;
Taki gruby taki chudy może świętym być;
Taki ja i taki ty może świętym być;
Taki ja i taki ty może świętym być.

Czy możemy być rzeczywiście świętymi? Hmmm… patrząc na ten świat, przecież tylu ludzi… Stop! Święty to nie ten co patrzy na innych. Święty to ten co patrzy na Boga i czyni Jego wolę czy to się komuś podoba czy nie, bez względu na uznanie bądź odrzucenie świata. Bóg daje wolność od tego patrzenia na ludzi i zastanawiania się „co o mnie pomyślą”. Tylko wtedy w wolności można iść służyć człowiekowi, gdy Bóg jest najważniejszy. Nie straszne są wówczas drwiny czy wyzwiska.

Bez względu na to kim jesteś, jaki jesteś, jesteś powołany do świętość. Nie ma osoby, która by tego powołania nie miała. Dlatego rozwijajmy je. Nie czekajmy aż samo się stanie. Zostań świętym już dziś! Jak? Najpierw zapomnij o swoim pomyśle na świętość. Tak, dokładnie. Zapomnij o tym jak sobie wyobrażasz świętego. Potem weź i pomóż sąsiadce wnieść zakupy na czwarte piętro, wieczorem się za nią pomódl. Przyjdź do kościoła spotkać się z Bogiem w Eucharystii, a potem spotkaj się z przyjaciółmi. Wszędzie niech twoja obecność niesie radość i zgodę. Gdy widzisz, że wokół ciebie coś idzie nie tak – módl się. Ucz się dostrzegać przede wszystkim dobro wokół siebie i w drugim człowieku. Dziękuj Bogu za nie. Nie pytaj się czy to jest możliwe, abym był świętym. Po prostu żyj w każdej chwili tak, jakbyś nim był.

Comments (0)