Archive | Varia…

Kolejny Nowy Rok

Tags: ,

Kolejny Nowy Rok

Posted on 31 grudnia 2011 by admin

Kolejny rok mija, kolejne życzenia i nadzieje. Wypadałoby podsumować to co się stało w tym Starym i jakie ma się plany na ten Nowy. Proszę, oszczędźcie mi szczegółowych raportów, mój wewnętrzny leń nie ugnie się w tej kwestii i nie zrobi milionów zestawień i statystyk. Kilka spraw wydaje mi się istotnych.

Pod koniec 2010 roku pewien klasyk powiedział „Po marzenia trzeba sięgać”. Tym klasykiem jest Tomasz S., „magik promocyjny i marketingowy kłapacz” w pewnym wydawnictwie. Rzecz działa się dokładnie 5 listopada 2010 roku, a chodziło o dostanie do recenzji od tego pewnego wydawnictwa Dożywocia Marty Kisiel (na pewno teraz nikt się nie domyśli co to za wydawnictwo ;) ). Tak się zaczęło, jeszcze 2010 roku dostałem przedpremierowy egzemplarz Wampira z M-3 Andrzeja Pilipiuka. Rok 2011 był wspaniałą realizacją tych marzeń, po które wtedy się sięgnęło. Strona o książkach - Kocham Książki rozrosła się bardzo mocno. Nie spodziewałem się takiego sukcesu, na targach w Warszawie zatkało mnie, gdy usłyszałem: „Kocham Książki? Tak, kojarzę was”. W grudniu 2010 roku mieliśmy raptem 1987 wejść na stronę, w grudniu 2011 ponad 11 tysięcy. To oczywiście nie byłoby możliwe bez niezastąpionej miłośniczki (fanatyczki? uzależnionej od?) książek – Agnieszki i innych znajomych i przyjaciół. Ten wielki sukces to wspólna zasługa.

Rok 2012? W planach obecnie jest utworzenie portalu miłośników książek, nad którym już ciężko się pracuje. Jedyną bolączką, którą trzeba będzie rozwiązać to kwestie finansowe. Utrzymanie strony, promocja itd. kosztuje. Reklamy na stronie póki co nie zarabiają na jej utrzymanie ani rozwój. Przydałby się jeszcze większy ruch czytelników, więcej zakupów w księgarni internetowej przy użyciu naszych linków partnerskich. Być może w przyszłym roku znajdzie się strategiczny inwestor całego przedsięwzięcia?

Drugą radością mijającego roku były wakacje na Ukrainie i Mołdawii. W sumie miesiąc pobytu, nowe doświadczenia, pierwsze zorganizowanie dużej wycieczki – cały autobus na dwa tygodnie. Po czymś takim wręcz mówi się powstaniu biura podróży Oko Travel. Zobaczyłem kilka miejsc po długim czasie. Chodzi o np. Kamieniec Podolski i Chocim, gdzie byłem ostatnio w 2005 roku. Kilka miejsc zobaczonych po raz pierwszy w życiu, jak niektóre zamki w okolicy Lwowa czy Bielce na Mołdawii. Do tego na obu wyjazdach kapitalna atmosfera i kapitalni ludzie.

Poza radościami była trudna zmiana miejsca zamieszkania i pracy. Kilka ważnych decyzji podjętych będzie czekać na realizację. Ale więcej o życiu osobistym nie będę pisał, niech pozostanie osobistym ;)

Ogólnie rzecz biorąc uważam rok 2011 za udany. Wam i sobie życzę, żeby 2012 był jeszcze lepszy :)

Comments (4)

Czas wyruszyć ze swojej norki!

Tags: ,

Czas wyruszyć ze swojej norki!

Posted on 18 grudnia 2011 by admin

Gra "Hobbit"

Gra "Hobbit"

W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie hobbit. Ów hobbit nazywał się Bilbo Baggins, a jego norka, zwana Bag End, to była prawdziwa nora z wygodami. Mieściła się w pobliżu Hobbitonu. Hobbici, jak pewnie słyszeliście, to małe, wesołe stworzenia, o połowę mniejsze od ludzi. Przepadają za jedzeniem i piciem, za to zupełnie nie przepadają za przygodami.

Przygoda przyszła na spotkanie Bilba w osobie wędrownego czarodzieja Gandalfa i 13 krasnoludów. Krasnoludy, pod przewodnictwem Thorina Oakenshielda, postanowiły odzyskać skarb zrabowany im wiele lat wcześniej, strzeżony w pieczarze w Samotnej Górze przez niezwykle okrutnego smoka imieniem Smaug” (fragment wstępu w instrukcji do gry).

Pierwszym szokiem było zderzenie z Thorinem Oakenshieldem, bo w tłumaczeniach spotykałem się z Dębową Tarczą. Niby drobny szczegół, ale po Łozińskim takie eksperymenta zapalają ostrzegawczą lampkę. Całe streszczenie fabuły Hobbita w instrukcji jest średnie, choć na potrzeby gry wystarczające. Bo gra to po prostu powtórka z akcji znanej książki J.R.R. Tolkiena Hobbit. To był wystarczający powód dla mnie, aby ją zakupić i zagrać.

Gra rozpoczyna się w Bag End, skąd wyrusza Bilbo wraz z krasnoludami, aby pokonać Smauga i odzyskać skradziony skarb. Po drodze natknie się na różne przygody, w których drużyna może się wykazać z jednej strony współpracą, z drugiej strony może okazać się, że każdy z jej członków będzie łasym na zbieranie klejnotów. Bowiem celem gry, po uratowaniu Miasta na Jeziorze przed Smaugiem, jest zebranie jak największej liczby bogactw. Jeżeli w kolejnych przygodach graczom powinie się noga, to Smaug będzie zbliżał się stopniowo do miasta. Jeżeli uda się im wszystkie przejść pomyślnie uprzedzą go i odbiją Samotną Górę z jego szponów. W tej drugiej opcji o zwycięstwie konkretnego gracza decyduje właśnie owa ilość zgromadzonych klejnotów.

Mimo że po planszy drużynę reprezentuje jeden pionek, każdy z graczy ma swoją kolejkę gry, w której albo przesuwa całą drużynę naprzód albo wykonuje kolejne przygody. Z tego powodu w pierwszej chwili wydaje się, że nie zapowiada się większa rywalizacja. Jednak po dojściu do pierwszej przygody, czyli Bitwy z Goblinami, wiadomo, że nie będzie tak sielankowo. Graczy charakteryzują trzy różne wskaźniki (inicjatywy, przebiegłości i siły), które w trakcie gry będą maleć bądź rosnąć. Ich początkowe ustawienie będzie decydować o poziomie trudności rozgrywki. Proponowane w instrukcji początkowe ustawienia to dosyć niski poziom trudności, dobry na zapoznanie się z zasadami, jednak warto szybko podnieść sobie poprzeczkę.

Hobbit - zestaw do gry

Hobbit - zestaw do gry

Gra jest bardzo estetycznie wykonana. Figurki, karty, żetony i inne akcesoria stoją na wysokim poziomie estetycznym. Ilustracje do gry powstały na bazie prac John’a Howe, co mnie osobiście bardzo ucieszyło. Męczące są kolejne adaptacje pochodzące z filmu Władca Pierścieni nawet w miejscach, które z ani z filmem, ani z książką nie mają nic wspólnego. Zamawiając grę bałem się, że wizerunki hobbita, krasnoludów czy innych postaci będą właśnie zdjęciami z filmu. Rozczarowanie w tej kwestii było bardzo miłe.

Hobbit jest grą stosunkowo prostą. Wydawca umieścił na okładce informację, że nadaje się już dla 8-letnich dzieci, co wydaje się zgodne z prawdą. Mimo prostoty może jednak ona zainteresować i starsze osoby, niekoniecznie znające świat Śródziemia. Moim jednak zdaniem przydałoby się troszkę więcej ‘komplikacji’. Rozgrywka jest liniowa i trochę za szybko staje się nieco rutynowa. Nie znaczy to, że jest to jedna z tych gier, w które się gra raz i nigdy do nich nie wraca. Brakuje jednak tego czegoś, jakiegoś elementu zaskoczenia, dzięki któremu trzymała uczestników w napięciu i oczekiwaniu na to, co będzie dalej. Hobbit nie zajmuje też dużo czasu, rozgrywka nie powinna trwać dłużej niż godzinę, a można całość ukończyć nawet w 30 minut. W sam raz na wieczór, kiedy nie ma wiele czasu, a potrzebna jest odmiana od telewizora. Dla fanów tolkienaliów pozycja oczywiście obowiązkowa, dla fanów Tolkiena polecam przynajmniej raz zagrać (i solidnie skrytykować autora za miliony nieścisłości w porównaniu z dziełem Tolkiena). Dobry pomysł na prezent, spotkanie z przyjaciółmi. Moim zdaniem warta pieniędzy na nią wydanych.

Ilustracje pochodzą ze strony polskiego wydawcy: krainaplanszowek.pl

Comments (0)

Zakochany w książkach – zarażam ;)

Tags: , ,

Zakochany w książkach – zarażam ;)

Posted on 03 grudnia 2010 by admin

Ten blog ostatnio przycichł. Dzieje się tak z kilku powodów. Przede wszystkim mniej czasu. Zima, Adwent, a więc czas kolęd, więcej zajęć i nie ma kiedy pisać. Poza tym dłubie co nie co przy doktoracie oraz… rozwijam swoją pasję! Strona o książkach „Kocham Książki” to takie moje dziecko. Rozwija się całkiem nieźle. Poza tym bardzo mi zależy na promowaniu książek i czytania. Dlatego do strony dochodzą takie akcje:

Profil na NK.pl „Kocham Książki”: http://nk.pl/profile/35726371 – profil gromadzi osoby kochające książki (zapraszam do znajomych).

Grupa na NK.pl „Kocham Książki”: http://nk.pl/grupy/1511 – dołączajcie się, grupa daje możliwość dyskusji, polecania sobie książek.

Strona na FB „Libri – z miłości do książek”: http://www.facebook.com/pages/Libri-z-milosci-do-ksiazek/132479443443134 -podobnie jak powyżej, tyle że na Facebooku.

Skąd to wszystko? Ano po to aby czytanie książek nie zaginęło, aby powróciło do łask. Do tej krucjaty włączyła się już moja znajoma, której jestem za to bardzo wdzięczny. Mam nadzieję, że będzie się ona rozwijać oraz że dołączą się nowe osoby. Czekam na każdego z was, moich przyjaciół, znajomych czy po prostu drogich czytelników mojego bloga. Uważam, że trzeba zrobić wszystko co w naszej mocy, aby czytanie było „trendy”, czyli po prostu modne. To się może udać tylko wtedy, gdy uda się wywrzeć wrażenie, że wszyscy dookoła czytają, że jest to masowe. Może nawet nie wrażenie, ale po prostu pokazać, że moli książkowych trochę na tym świecie ciągle chodzi. Wtedy ludzie sięgną po książkę choćby na zasadzie odruchu stadnego. W tym wypadku taki odruch może się okazać ze wszech miar korzystnym :)

Comments (3)

Urodzinowe logo Google

Tags: , ,

Wielki Google ma 12 latek

Posted on 27 września 2010 by admin

Urodzinowe logo Google

Urodzinowe logo Google

Co to jest Google dzisiaj chyba każdy wie. W języku angielskim powstał nawet czasownik „to google”, czyli „sprawdzić w google” (googlu? googlach?). Używany zazwyczaj wtedy, gdy ktoś zadaje pytanie, na które odpowiedź znajdzie bez problemu wpisując odpowiednie słowo w wyszukiwarkę. Jednak od czasów kiedy była to zwykła wyszukiwarka minęło już wiele czasu i wiele się zmieniło.

Obecnie Google to chyba jedna z najpotężniejszych firm na świecie. To prawie internet w internecie. Nie opuszczając bowiem Googla można założyć bloga, sprawdzić dojazd do dowolnego miejsca na ziemi na mapie, założyć nawet prostą stronę internetową. Można korzystać z dokumentów i arkuszy kalkulacyjnych. Można robić notatki w notatniku. Co więcej można zarabiać i się reklamować. System reklam Google AdSense daje możliwość właścicielom stron zarobienia paru groszy albo dużych pieniędzy. Wystarczy, że zainstalują na swojej stronie (tak jak ja na tym blogu) odpowiedni kod. Google sam dobiera treść reklam do treści strony, aby reklamowane treści były najbardziej interesujące dla potencjalnego czytelnika. A za każde kliknięcie na reklamę wydawca dostaje pewną niewielką kwotę (np. 10 euro centów). Im więcej kliknięć tym większy zarobek. Oczywiście Google ma też zabezpieczenia przed oszustwami. Mniej znane funkcjonalności Googla to np. Orkut (portal społecznościowy) czy przeglądarka Chrome (zdobywająca powoli coraz większą popularność, obecnie chyba ok 7-8% rynku). Do wujka G. należy także popularny serwis YouTube.

Niesamowita gama możliwości, niesamowity rozwój w zaledwie 12 lat. 27 września 1998 roku została bowiem opublikowana w sieci. Polska największa wyszukiwarka, Netsprint, nawet nie może (niestety) się równać. Obsługuje ona zaledwie 2% ruchu w sieci. Może wspólny zryw wszystkim Polaków w Polsce i zagranicą by coś zmienił, ale na to się nie zapowiada. To wszystko powoduje, że Google rządzi.

Cała ta sytuacja ma jednak swoją ciemną stronę. Google wie o nas coraz więcej. Dzielimy się z nim pocztą, filmami, zdjęciami, zwierzeniami na blogu, praktycznie wszystkim czym da się podzielić w sieci. Jest więc skarbnicą informacji o społeczeństwie na świecie. Jeżeli tempo rozwoju się utrzyma to może spełni się koszmar Wielkiego Brata? Wielki Google, który wszystko o nas wie, a przestępstwem będzie nie mieć tam konta? Mam nadzieję, że to się nie spełni, a intencje twórców Wielkiego Googla nie idą w tę stronę. W każdym razie wszystkiego najlepszego!

Comments (1)

Rok Chopinowski w Kiszyniowie

Tags: , ,

Na Mołdawię (8-9 lipca 2010 r.)

Posted on 23 września 2010 by admin

Prawosławna katedra w Kiszyniowie

Prawosławna katedra w Kiszyniowie

Od mojego ostatniego wpisu relacjonującego tegoroczną podróż na Wschód już trochę czasu minęło. Urlop się skończył, obowiązków mnóstwo, to i pisać nie było kiedy. Czas więc choć trochę nadgonić zaległości.

W planach naszej podróży był krótki wypad do sąsiadującej z Ukrainą Mołdawii. Pomysł odwiedzenia tego kraju zrodził się bardzo spontanicznie, gdy patrząc na mapę jakiś czas przed wyjazdem dokonałem odkrycia „to jest blisko”. Telefony w ruch i udało mi się po jakimś czasie załatwić nocleg przy kiszyniowskiej katedrze. Pobyt zaplanowaliśmy krótki z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że brakło by czasu na zwiedzanie Ukrainy. Drugim powodem natomiast była chęć wysondowania, sprawdzenia terenu i przygotowanie czegoś więcej za rok, jeżeli warto byłoby wracać.

Wyjechaliśmy więc w miarę wcześnie rano z Illicziwska do Odessy, aby tam złapać autobus do stolicy Mołdawii – Kiszyniowa. Dworzec autobusowy mieści się w Odessie całkiem niedaleko kolejowego, więc nie mieliśmy problemu z transportem, a autobus do Kiszyniowa już na nas czekał. 70 hrywien za bilet i 10 za bagaż (od osoby) i siedzieliśmy w środku. O godzinie 8:50 odjechaliśmy w kierunku niezbadanego przeze mnie kraju. Już po godzinie byliśmy na granicy. Tu jednak szybka jazda się skończyła i kontrola zajęła ponad 1,5 godziny. Co ciekawe kontrola ukraińska jest w stosunkowo dużej odległości od mołdawskiej, a pomiędzy nimi znajdują się bagna.

Brzoskwinie prosto z pola :)

Brzoskwinie prosto z pola :)

Gdy wjedzie się do Mołdawii widać, że kraj ten jest biedniejszy niż Ukraina. W miarę dobra droga była tylko przez jakiś czas od granicy i tuż przed stolicą. Poza tym dziury, a asfalt na brzegach tak zniszczony i nadgryziony, że momentami to na drodze był tylko jeden pas do ruchu w obie strony… Autobus, którym jechaliśmy, zatrzymał się po drodze dwa razy. Pierwszy raz w jakiejś wsi, gdzie można było kupić sobie owoce od rolników stojących przy drodze (pyszne brzoskwinie po 5 lei za kilogram, czyli jakieś1,5 zł). Drugi raz na jakimś autobusowym dworcu. Około 14 byliśmy w Kiszyniowie.

Rok Chopinowski w Kiszyniowie

Rok Chopinowski w Kiszyniowie

Dzięki pomocy miłej pani na dworcu udało się ustalić drogę do naszego miejsca noclegowego. Okazuje się, że na Mołdawii część osób rozumie po polsku, co sprawę bardzo ułatwiło. Co więcej, gdy miła pani zorientowała się już po moim odejściu, że źle wyliczyła ilość przystanków, pobiegła za nami powiedzieć o tym. Tak więc bez przeszkód dojechaliśmy do katedry Opatrzności Bożej (choć w jej okolicy trochę pobłądziliśmy). Jechaliśmy trolejbusami (2 leje). Na miejscu zostaliśmy miło przyjęci, zostawiliśmy bagaże i poszliśmy zwiedzać miasto.

Rzymsko-katolicka katedra Opatrzności Bożej

Rzymsko-katolicka katedra Opatrzności Bożej

Kiszyniów nie jest wielkim miastem i nie jest starym miastem. Część zabytków została zniszczona za czasów sowieckich, a na ich miejsce pobudowano „perły” socjalistycznej architektury. Monumentalizm tych budowli jest powalający, a ich koszt niejednokrotnie przekraczał roczny budżet ówczesnej Mołdawskiej SRR. Zaczęliśmy jednak od czegoś milszego, a mianowicie katedry rzymsko-katolickiej pw. Opatrzności Bożej. Mieści się ona tuż obok gmachu prezydencji. Wzniesiona w połowie XIX w. w stylu rosyjskiego klasycyzmu prezentuje się dziś bardzo ładnie. Obok niej ma siedzibę prezydent Mołdawii. Niestety nie widzieliśmy wszystkiego, gdyż teren był ogrodzony płotem z blachy. Prezydencja była remontowana po zeszłorocznym przewrocie, kiedy to Mołdawia obrała bardziej prozachodni kurs w polityce. Po drugiej stronie alei Stefana wznosi się kolejny socjalistyczny kolos, a mianowicie budynek parlamentu. Aleja Stefana jest główną ulicą Kiszyniowa i przy niej mieści się większość zabytków. Najpierw poszliśmy kawałek oddalając się od centrum, aby zobaczyć Dom Hertza z początku XX w. i cerkiew Sf. Panteleimon. Potem zawróciliśmy i podążaliśmy w kierunku centrum. Im bliżej niego, tym więcej zabytkowych kamienic i innych budynków, a mniej maszkar z czasów komunizmu. Minęliśmy kino Patria w starym budynku oraz socjalistyczny teatr opery i baletu. Za kinem rozciąga się ładny Park Stefana Wielkiego z ciekawą aleją pisarzy, gdzie stoją popiersia największych mołdawskich (rumuńskich) literatów. Na rogu parku, przy skrzyżowaniu ulic Stefan cel Mare i Banulescu-Bodoni stoi pomnij Stefana Wielkiego. Pomnik ten dwa razy był ewakuowany (w 1940  i 1944 r.) z obawy przed sowietami. Po wojnie stał w parku, między drzewami, a w 1991 przeniesiono go na pierwotne miejsce, gdzie stoi do dziś. Po drugiej stronie alei Stefana znajduje się Łuk Triumfalny i katedra prawosławna Narodzenia Pańskiego. Katedra położona jest w bardzo przyjemnym parku i widać, że jeden i drugi park jest lubiany i odwiedzany przez mieszkańców Kiszyniowa. Za skrzyżowaniem z ul. Puszkina zaczyna się ten bardziej zabytkowy Kiszyniów. Parki pięknie oddzielają go od tej mocno soc-realnej części. Zabytkowy ratusz, czy sala organowa, teatr im. M. Eminescu i stara zabudowa tworzą miły klimat miasta. Warto odbić też w boczne ulice i pooglądać tamtejsze budynki, nieraz bardzo ładne.

Gmach Prezydencji

Gmach Prezydencji

Obiad zjedliśmy w Green Hills Nistru, przy głównej ulicy. Spokojnie polecam tą restaurację – bardzo dobra, a ceny dla nas przyjazne. Po obiedzie dalej spacerowaliśmy po mieście. Trafiliśmy m. in. do muzeum wojskowego, a ja raz nawet musiałem kasować zdjęcia, bo sfotografowałem jakiś ważny budynek, którego nie wolno było fotografować. Swoją drogą nie było w nim nic nadzwyczajnego, ot po prostu ładny, zabytkowy budynek. No, ale żołnierz kazał, to skasowałem na jego oczach te zdjęcia.

Mycie pomników w parku

Mycie pomników w parku

Wieczorem wróciliśmy na nocleg. Po drodze załapaliśmy się na jakiś koncert, ale nie zainteresował nas, więc szybko zrezygnowaliśmy z niego. Kiszyniów jest ładnym miastem, na pewno nie na jedno popołudnie. Myślę jednak, że pełne dwa, trzy dni powinny wystarczyć, aby zobaczyć to co warte zobaczenia w stolicy Mołdawii. Na pewno jednak nie jest to wszystko co ma ten kraj do zaoferowania. Według tego, co wyczytałem w przewodniku, jest wiele więcej interesujących miejsc. Te jednak muszą na mnie jeszcze poczekać, może uda się za rok. Tymczasem następnego dnia musieliśmy już wracać do Odessy, bo i bilety na pociąg do Kijowa mieliśmy już wykupione.

Ulica w Kiszyniowie

Ulica w Kiszyniowie

Autobus powrotny złapaliśmy bez problemu. Kosztował nas 90 lei za osobę plus 30 lei za bagaż. Tuż przed granicą Kiszyniowa autobus się zepsuł i mieliśmy ponad godzinny przymusowy postój. W Odessie byliśmy więc późno, bo około 18. Szybko więc do Illicziwska, gdzie zostawiliśmy większość bagażu u sióstr. Potem z powrotem do Odessy i na pociąg. O 23:25 z nieznaną w Polsce punktualnością kolejową (tak, na Ukrainie pociągi punktualne) odjechaliśmy do Kijowa.

c.d.n.

Comments (1)

Tricon 2010

Tags: , , , ,

Tricon 2010 – relacja

Posted on 30 sierpnia 2010 by admin

Tricon 2010

Tricon 2010

Dzięki różnym staraniom i zabiegom udało mi się w tym roku wziąć udział w Triconie. Cóż to takiego? Ano po prostu Polcon połączony z Parconem i Euroconem, czyli chyba najważniejsza impreza tego roku jeżeli chodzi o świat fantastyki. W przeciwieństwie do Polconu, który dwa albo trzy lata temu odbywał się w Warszawie, na tym byłem tylko słuchaczem i nie miałem żadnych prelekcji (choć miałem taką możliwość, ale czasu nie starczyło, aby się przygotować). Postaram się zrelacjonować to co sam tam ujrzałem i czego doświadczyłem. Siłą rzeczy nie byłem wszędzie i nie mam wielkiego doświadczenia w tego typu imprezach, więc będzie to relacja wielce subiektywna.

Dzień 1, czwartek

Wyjechałem od siebie z parafii z zapewnieniem Eli, że dostanę akredytację. Na takie imprezy nie wchodzi się z ulicy, trzeba się zapisać wcześniej przez internet. Ja niestety zgapiłem się mocno i dopiero w sierpniu zacząłem szukać informacji o rejestracji. Okazało się, że już za późno i będzie jeszcze możliwość uczynienia tego na miejscu, ale organizatorzy nie gwarantują, że będzie miejsce. Przyjechałem więc stosunkowo wcześnie i bez problemu zaakredytowałem się. Potem poszedłem na Cieszyn, aby choć rzucić okiem na to miasto i coś zjeść. Szukałem też jakiegoś taniego noclegu, ale nie znalazłem nic. Zjadłem pizzę (w Cieszynie nawet na rynku można tanio i smacznie zjeść) i pobiegłem na pierwszy punkt programu. Ponieważ coś mi się pomajtało z czasem, więc obiad jadłem w pośpiechu, a i tak spóźniłem się jakieś 15 minut na pierwszy wykład. Było to wystąpienie Michała Wnuka nt. „Medieval roots of a fantasy setting”. Żałuję spóźnienia, bo była to ciekawa rzecz. Interesującym dla mnie było przedstawienie sposobu w jaki powstawała w tamtych czasach plotka o np. smoku. Wsiadał sobie taki spory rycerz na konia. Cały w zbroi, koń też. Rycerz słusznego wzrostu, z ogromnym, rogatym hełmem. Całość tworzyła olbrzyma. Taki rycerz walcząc na bitwie szybko ociekał krwią (zadawano rany w takich miejscach, gdzie krew lała się najmocniej, m.in. dlatego że są to mało osłonięte miejsca przez pancerze). Walczono głównie latem, kiedy jest ciepło, więc ta krew znajdowała się na owej zbroi i parowała. Jako że krew parując tworzy czarny dym nasz rycerz z rycerza właśnie szybko stawał się olbrzymem z rogami, całym we krwi, spowitym chmurą czarnego dymu. Czego więcej chcieć? Prawdziwy potwór! Wykład był ciekawy i pozostaje mi jeszcze sprawdzić na YouTube filmiki tworzone przez archeologa eksperymentalnego Mike Loads’a, który w rzeczywistych warunkach odtwarza sytuacje z przeszłości.

Potem zaczęło się to, co tygryski lubią najbardziej, a mianowicie tolkienistyka. W tym roku, po latach przerwy, na konwent przybyli Tom Goold i Galadhorn z bardzo ciekawą prezentacją pt. „From Bakshi to a Hobbit movie”. W bardzo zwięzłej formie pokazali próby adaptacji dzieł Tolkiena w formie filmu, słuchowisk radiowych, czy na scenie teatralnej. Z braku czasu pominęli operę, balet i jeszcze kilka innych form. Mnie ucieszyła możliwość zobaczenia fragmentów niektórych animowanych adaptacji, które uchodzą za słabe, ale nigdy wcześniej niektórych nie widziałem. Dowiedziałem się także, że była próba, aby Beatlesi wystąpili w filmowej wersji Władcy Pierścieni. Na szczęście ten pomysł z lat 60tych nie doszedł do skutku.

Podczas rozpoczęcia Triconu 2010

Podczas rozpoczęcia Triconu 2010

Po zapoznaniu się z próbami adaptacji przemieściłem się na Most Przyjaźni na granicy polsko-czeskiej. Tam nastąpiło oficjalne otwarcie Triconu, po którym uczestnicy przeszli w barwnym korowodzie na cieszyński rynek, gdzie odbywały się pokazy i koncert. W tym czasie wraz z Galadhornem i Tomem Gooldem udaliśmy się do jednej z restauracji, oni na obiad, ja na deser. Po posiłku wróciliśmy na teren kampusu, gdyż szykowała się bardzo ciekawa prelekcja Zofii Marduły.

Czy miasto może być bohaterem książki? Okazuje się, że tak. Minas Tirith jest miastem wyjątkowym, o bogatej symbolice. Staje się ono przez to bardzo ważnym elementem opowieści. Jest bowiem miastem świętym, idealnym. Ono zachowuje tradycję Numenoru, początki tego miasta są zakorzenione w legendzie, kształt podkreśla jego wielkość. Można je w pewien sposób porównać z drugim, trzecim Rzymem.

Na zakończenie tego dnia udałem się na panel dyskusyjny na temat „Krajobraz po Sapkowskim, czyli nowa fantasy polska”. W panelu brali udział Wit Szostak, Robert Wegner, Jarosław Grzędowicz i Michał Cetnarowski. Dyskutanci zgodzili się, że Sapkowski miał wpływ na polską fantasy, ale przede wszystkim poprzez otwarcie rynku na polskich autorów. Poza tym jednak jego wpływ nie był aż tak wielki. Fantasy była już wcześniej pisana, nie jest też (jak sam o sobie stwierdził na Triconie) „ojcem polskiej fantasy”.

Na zakończenie dodam, że szukałem już od czwartku niejakiej Charsi, z forum Fabryki Słów. Niestety ani tego dnia, ani żadnego następnego nie znalazłem jej. A mieliśmy reklamować forum…

Dzień 2, piątek

Władca Pierścieni po... chińsku!

Władca Pierścieni po... chińsku!

Chyba najciekawszy dzień Triconu. A to ze względu na dwa panele dyskusyjne, ale po kolei. Najpierw minimalnie spóźniony wpadłem na wykład Jakuba Urbańskiego, „The One Ring with Chinese characteristics. Reception of The Lord of the Rings in contemporary China”. No cóż, jak się okazuje tłumaczenie na chiński „Władcy Pierścieni” nie jest najlepsze, ale przede wszystkim sprawia wiele trudności. Powodem tego są ogromne różnice kulturowe między Europą a Chinami, różnice chyba nie do przeskoczenia.

Ponieważ dzień obfitował w dobre rzeczy, na drugie śniadanie dostaliśmy prelekcję „Samwise the Great” Marii Błaszkiewicz. Wspaniale pokazała rozwój postaci Sama, który staje się w trakcie powieści prawdziwym bohaterem. Na początku jest zwykłym sługom, kimś w pewien sposób pospolitym, jednak wraz z upływem czasu okazuje się być kimś więcej. Jego charakter rozwija się, aż na koniec stanie się królem (nie w sensie tytułu, ale funkcji), który doskonale nadaje się na to właśnie stanowisko.

W samo południe do panelu stanęły Maria Błaszkiewicz, Justyna Brzezińska i Agnieszka Sylwanowicz. Pytanie podstawowe było zawarte w tytule: „The Lord of the Rings – what it is about”. Dyskutantki wyrażały swoje opinie na ten temat. Pojawił się więc wątek tolerancji (J. Brzezińska), kwestia wolnej woli i wyboru (A. Sylwanowicz). Niestety nie zanotowałem stanowiska M. Błaszkiewicz. Dyskusja stała się bardzo ciekawa, głównie dzięki jednemu z uczestników Triconu pochodzącemu z Rumunii. Postawił kilka tez, z którymi większość chyba się nie zgadzała, ale wywołało to ciekawą dyskusję. Poruszaliśmy w niej ważne tematy dzieła Tolkiena, które są po prostu ważnymi tematami życia człowieka (życie, śmierć, wolność, dobro, zło). Tak się zagalopowaliśmy, że trudno było nam skończyć, a tu trzeba było zwalniać salę.

Po panelu udałem się w spokojne miejsce na lekturę książki (Gene Wolf, Rycerz), jednak po jakimś czasie głód kawy dał o sobie znać. Zapędził mnie on do pobliskiej restauracji, gdzie spotkałem m. in. MumakiLa, Nifrodel, Melinir i Sil. Ci swoim przykładem zachęcili mnie do zamówienia obiadu. Dzięki temu (czas oczekiwania okazał się dosyć długi) nie zdążyłem na prelekcję o wampirach i zjadłem średnio smaczny obiad. Miałem za to świetne towarzystwo, co zrekompensowało straty. To chyba wtedy narodziła się idea wielkich wyścigów, w których Nifrodel i ja bierzemy udział walcząc o teksty do Aiglosa i Gwaihira.

Po obiedzie spokojnie przeszliśmy na następny panel tym razem na temat: „Życie, śmierć, długowieczność – dary i kary”. Oficjalnymi panelistami byli Anna Adamczyk – Śliwińska, Michał Leśniewski i Agnieszka Sylwanowicz, ale w praktyce kilku z panelistów siedziało też na „widowni”. Dyskusja była bardzo ciekawa i żywa. Pojawiło się w niej pytania o Nazguli. Czy one mają odwrót od swej decyzji? Czy istnieje choć cień szansy dla nich, aby żałowali za swoje czyny? To pytania jednak pozostało i chyba pozostanie bez ostatecznej odpowiedzi.

W ten tok dyskusji wpisała się prelekcja Tadeusza A. Olszańskiego o Turinie i Edypie. Poruszone zostały tematy przez nas dyskutowane, ale w nowy sposób i sądzę, że wiele wniosła to całości naszego myślenia o kwestiach przeznaczenia i wolności u Tolkiena. Postanowiłem sam jeszcze raz przemyśleć te tematy. Może zrodzi się z tego kolejny (oby oryginalny) mój artykuł na ten temat?

Na zakończenie piątkowej tolkienistyki, niczym wisienka zwieńczająca tort, odbył się wykład Justyny Brzezińskiej „The character of Eowyn within the framework of the Chivalric Code of Medieval Europe”. Kolejny ciekawy bohater „Władcy Pierścieni” i ciekawa zmiana jaka w nim (w niej) następuje w czasie opowieści. Eowyna staje się kobietą. Na początku bardziej jest bowiem wojownikiem i nie widząc sensu życia pragnie ponieść śmierć na polu bitwy. To jednak zmienia się i odkrywa ona w sobie prawdziwą naturę i zarazem sens życia.

Czekając na Pratchetta z Sirielle

Czekając na Pratchetta z Sirielle

Tak dobry dzień miał być zakończony przeze mnie udziałem w telemoście do Szkocji, w którym miano nawiązać połączenie z Terrym Pratchettem. Niestety (podobno z winy strony szkockiej lub, jak inni twierdzili, nie stawienia się Pratchetta) nie doszło ono do skutku. Nie byłoby sprawy, gdyby strona czeska (bo tam, w kawiarni Noiva, miał się odbywać ów telemost) poinformowała o wszystkim jak należy. Niestety komunikaty byłby podawane tylko po czesku i długo nie było wiadomo czy w ogóle połączenie zostanie nawiązane. Czekałem tam z kilkoma osobami ponad godzinę, aż zostaliśmy wyrzuceni za zakłócanie naszymi rozmowami spotkania z jakimś czeskim autorem. Ten moment był chyba największym organizacyjnym minusem konwentu, jaki dostrzegłem.

Dzień 3, sobota

Trzeci dzień nie był już taki interesujący. Choć zaczął się całkiem miło, bo w konkursie tolkienowskim wraz z dwoma chłopakami (kto to był nie wiem) zajęliśmy trzecie miejsce, co dało nam trochę miejscowej waluty do wydania na książki (kupiłem „Sierżanta” Miroslava Zambocha). Po ten był wykład „High and low Tolkien and the after-life of The Lord of the Rings” Christophera Garbowskiego, który jednak poruszał tematy mniej mnie interesujące.

Za to ciekawy był następny wykład Jakuba Z. Lichańskiego „Tolkienowska Mythopoeia – Bóg, wiara i wolność?”. Wykład dość trudny w odbiorze, ale poruszający ciekawe sprawy i tekst, który nie jest często tematem dyskusji. Wykład był wyciągnięty wcześniejszych publikacji autora, więc postanawiam sobie nadrobić braki lekturowe.

Coś co było perełką dnia, to wykład Bartłomieja Błaszkiewicza „Orality and literacy in The Lord of the Rings„. Nie zdajemy sobie sprawy jaką rolę pełnił przekaz ustny w czasach, gdy słowo pisane było rzadkością. W pierwszej erze, gdy zbudowano drzwi do Morii wystarczającym zabezpieczeniem był sam napis „Powiedz przyjacielu i wejdź”. Kto umiał go odczytać (a napisany był w języku elfów) musiał być przyjacielem. Pismo, literatura były rzadkością i tak jest wśród elfów, które nie przykładają wagi do tego, co zapisane. Utwór nawet w postaci pisemnej nabiera wartości w momencie wykonania, co widać w scenie w Rivendell, gdy Bilbo wykonuje pieśń, którą wcześniej napisał. Inaczej nie dotarłaby w ogólne do odbiorców.

Po krótkiej przerwie na obiad w studenckiej stołówce dostałem się na panel „How to handle a saga”. Dyskutantów było czterech. Trzech na poziomie, czyli O. S. Card, A. Campbell i S. Erikson i jeden, na którego określenie musiałbym użyć słów uchodzących z niekulturalne, a mianowicie Andrzej Sapkowski. Ten ostatni, który jak się wyraził jest „ojcem polskiej fantasy” pojawił się na panelu w stanie, który wskazywał do spożycie większej ilości alkoholu. Zarozumiały jest lekkim określeniem, jaki można zastosować do opisu wypowiedzi pana Sapkowskiego. O ile pozostali rozmówcy potrafili z dystansem i humorem podchodzić do własnych dzieł, opowiadać o trudnościach i radościach tworzenia, własnych błędach i sukcesach, o tyle autor sagi o wiedźminie bełkotliwie usiłował udowadniać swoją nieomylność i wyższość. Został za to kilka razy nagrodzony wybuchami spontanicznego wyśmiania. Jednak dzięki pozostałym gościom panel był całkiem ciekawy.

To się nazywa pasja, czyli Nifrodel w akcji!

To się nazywa pasja, czyli Nifrodel w akcji!

Dla poprawy nastroju spóźniony wpadłem znów do sali 105 (tam odbywała się większość bloku tolkienowskiego) na prelekcję Anny Adamczyk-Śliwińskiej pt. „Co pływa w zupie u J.R.R. Tolkiena”. W krótkim czasie (bo tylko 45 minut) zostały nam przedstawione podstawowe składniki, które składają się na sukces i jakość tolkienowskiego legendarium. Przy okazji zrodziła się dyskusja o talencie – czym jest i jaki ma wpływ na działanie człowieka, która przeniosła się potem w kuluary.

Dzień 4, niedziela

Nadszedł dzień ostatni. Rozpocząłem go od spotkania reprezentantów dwóch wydawnictw: Katarzyny Sienkiewicz – Kosik i Andrzeja Hudowicza, którzy opowiadali losy książki od jej napisania do wydania. Ponieważ spóźniłem się nie mam pewności co do wydawnictw, które reprezentują. Jednak jak się udało mi domyślić K. Sienkiewicz – Kosik jest z niewielkiego wydawnictwa Powergraph. Nie była to jednak jakaś nadzwyczaj odkrywcza dyskusja.

Drugim spotkaniem, w którym brałem udział tego dnia, to „Fantastyczność wsi – fantastyczność miasta” z Witem Szostakiem. Wieś i miasto bardzo się między sobą różnią. W wiejskiej obrzędowości można odnaleźć magię, której brakuje miastu. Jednak z obu można wydobyć pewną fantastyczność.

Trzecie spotkanie „Zwrotnice Czasu”, w którym brał udział ostatecznie tylko Maciej Parowski nie zachwyciło mnie za bardzo, może dlatego że nie czytałem książek z tego projektu. Podobają mi się historie alternatywne, stąd moja obecność tam. To co najciekawsze, to opinia TAO, uczestniczącego w tym projekcie, który dość mocno skrytykował powstałe książki.

Jako przedostatnia pozostała mi prelekcja Agnieszki Tańczuk „The image of a dragon in J.R.R. Tolkien’s Middle-Earth and Ursula K. Le Guin’s Earthsea”. Zostały wymienione cechy smoków u obu twórców, z krótkim podsumowaniem, ale przyznam się, że nie bardzo wiem ku czemu poza czystą prezentacją zmierzała ta prelekcja. Brakował porównania, pokazania jakiś źródeł kulturowych, literackich, z których dane pomysły zostały zaczerpnięte czy też wskazania na oryginalność inwencji autorów.

Na zakończenie całości poszedłem (znów lekko spóźniony) na „Kto tak naprawdę żyje w tym mieście?” Krzysztofa Hołyńskiego. Tak się składa, że w 2007 roku na Polconie pod koniec wziąłem udział w jakiejś prelekcji o RPG, więc i teraz wykorzystałem nadarzającą się okazję. Choć już dawno nie miałem okazji zagrać, ale samo spotkanie było interesujące i odprężające po tych kilku dniach ćwiczenia umysłu (co nie znaczy, że można było na nim odstawić myślenie na bok, absolutnie; po prostu należało użyć innych mięśni myślowych).

Czeski Cieszyn

Czeski Cieszyn

Po wszystkim przeszedłem się jeszcze po Czeskim Cieszynie (nic nadzwyczajnego), wsiadłem w samochód i odwiedzając po drodze Wilamowice wróciłem do siebie. Całą imprezę uważam za udaną. Miło było spotkać się ze znajomymi, niektórymi dawno nie widzianymi. Były okazje do długich dyskusji, które bardzo mnie ubogaciły. Na koniec chcę podziękować Galadhornowi i Tomowi Gooldowi za sami wiedzą co.

P.S. Skończyłem pisać to o 1 w nocy (bądź nad ranem) w poniedziałek, tuż po powrocie z Triconu, więc wybaczcie błędy, niestylistyczności i takie tam, ale o tej porze już trudno się skupić. Tekst publikuję tak czy siak, a ewentualne błędy czy ominięcia poprawię później.

Comments (5)

Akerman - strzelanie z łuku.

Tags:

Ukraina 2010, część 1 (4-7 lipca)

Posted on 24 lipca 2010 by admin

Miała być relacja na bieżąco, ale niestety to się nie udało. Laptop przewędrował całą tą trasę niezbyt używany, po prostu brakowało czasu. Teraz jednak przystępuję do napisania w miarę systematycznej relacji. Będzie się ona ukazywać w odcinkach, w miarę jak ją będę pisał. Trasa, którą pokonałem wynosiła prawie 4 tysiące kilometrów (tak wyliczyłem przy pomocy Google Maps). Wyruszyłem 4 lipca, do Polski wróciłem 20 lipca, podróż zakończyłem 22 lipca w Katowicach. Będę więc opisywał co się po kolei działo, głównie po to aby zachęcić innych do podobnych podróży oraz podzielić się moimi wrażeniami i kilkoma praktycznymi radami.

4 lipca 2010 – niedziela, dzień przyjazdu na Ukrainę

Plackarta

Plackarta - miejsca w pociągach jakimi podróżowaliśmy po Ukrainie.

Przyjechałem wraz z dwójką znajomych na Ukrainę. Tym razem do Przemyśla dojechaliśmy samochodem (zazwyczaj wybierałem pociąg). Mogłem go tam zostawić dzięki gościnności miejscowego Seminarium Duchownego. Mimo opóźnienia spowodowanego przymusowym postojem w Jarosławiu (odbywały się tam okolicznościowe wyścigi rowerowe) udało nam się spokojnie zjeść przepyszne lody. Kawiarnia Fiore jest ze wszech miar godna polecenia. Wyśmienite lody tejże kawiarni stały się już stałym elementem moich wypraw na Wschód (nie wspominając o obowiązkowej kawie). Potem przeszliśmy na dworzec i pojechaliśmy busem (2 zł) na granicę do Medyki. Nowością tam był nowym polski budynek odpraw. Natomiast ruch był znikomy, co zaobserwowałem już w zeszłym roku. Praktycznie w ogóle nie czeka się w kolejkach. Inaczej było na przystanku marszrutek. Sporo osób chciało się dostać do Lwowa, co spowodowało niemiłe przepychanki i nerwowość. Na szczęście udało nam się zabrać już drugą marszrutką do Lwowa (15 hrywien).

Lwów. Co za miasto! Mimo że byliśmy właściwie przejazdem, to zawładnęła mną atmosfera tego miasta. Czuję się tutaj tak dobrze, jak w domu i może Lwów zawładnął trochę moim sercem? Całe szczęście, że na koniec (a właściwie prawie całą połowę) naszej podróży zatrzymujemy się we Lwowie.

Bilety do Odessy mieliśmy już kupione przez mojego znajomego. Wykupione mieliśmy plackarty, czyli trzecią klasę w pociągu nocnym. Dla trzech osób wyszło nas to 240 hrywien. Plackarty to miejsca do spania w wagonie bez przedziałów. Są takie udawane przedziały, gdzie śpią cztery osoby, ale nie ma drzwi tylko od razu korytarz i na przeciwległej stronie jeszcze dwa miejsca boczne. Nie potrzeba zabierać ze sobą śpiworów ani nic z tych rzeczy, gdyż wszystko łącznie z pościelą dostaje się na miejscu. Boczne miejsce na dole zamienia się łatwo w stoliczek z dwoma siedzeniami, a pod spód można dać bagaż. Obok mnie jechała jakaś rodzinka, używali języka rosyjskiego, więc ciężko było się dogadać. Jeszcze nie „rozkręciłem” się w używaniu ani ukraińskiego, ani rosyjskiego.

5 lipca 2010 – nad morze

Ja w morzu

Drugi raz w życiu pływałem w morzu.

Po średnio przespanej nocy, głównie ze względu na za krótkie i za wąskie miejsce (tak to jest jak się urosło) zostało mi jeszcze kilka godzin w pociągu. Za 4 hrywny kupiłem sobie kawę. Nie najlepsza, ale uzależnienie nie pozwalało się bez niej obejść. Pasażerowie (nie wszyscy) kursowali to toalety, aby wypełnić podstawowy higieniczny rytuał. Skutkowało to totalnym zalaniem toalety wodą. Toalety są w ukraińskich pociągach w złym stanie, chyba nawet gorszym niż u nas. Największym problemem było jednak co innego. Ukraińcy chyba nienawidzą przeciągów i świeżego powietrza, stąd nigdy nie otwierają okien. Ani w marszrutkach, ani w pociągu. Można sobie wyobrazić jakie jest powietrze po całej nocy w wagonie bez wentylacji. Każdy łyk świeżego powietrza stawał się w tej sytuacji bezcenny.

Do Odessy dotarliśmy z niewielkim opóźnieniem. Gdy poszliśmy na miasto wymienić pieniądze okazało się, że we Lwowie (a chyba i na granicy) były trochę lepsze kursy. Przeszliśmy się trochę ul. Puszkińską, jednak szybko zawróciliśmy na dworzec, aby stamtąd odjechać marszrutką do Illicziwska (6 hrywien za osobę + 1 za bagaż). W tej miejscowości mieści się bowiem dom sióstr elżbietanek, w którym mieliśmy umówione noclegi. Siostry są bardzo miłe i chętnie będą zapraszać turystów, bo od tego roku rozbudowały się i mają miejsca noclegowe.
Przy okazji warto zwrócić uwagę na język miejscowy. Nazwa miejscowości bowiem raz zapisywana jest z rosyjska, raz z ukraińska, miejscowi podobnie używają raz jednego raz drugiego. To duży problem Ukrainy, gdzie obowiązują w praktyce te dwa języki, a nie jak u nas jeden. Co więcej, nie zawsze się da dogadać po ukraińsku na wschodzie kraju, a natomiast na zachodzie rosyjski nie jest zbyt mile widziany. Ukraiński też różni się zależnie od regionu. Kraj jest m.in. przez to podzielony.

Wróćmy jednak do podróży. Siostry przywitały nas obiadem, po którym nastąpił długo oczekiwany przeze mnie moment, czyli prysznic. Po wczorajszym dniu, podróży pociągiem i marszrutką (a pogoda była wspaniała, czyli upał) był on niezbędny do życia. Jeszcze potem Msza św. i to co nad morzem robi większość turystów, czyli spacer na plażę. Nie mam zamiłowania do morza. Byłem już wcześniej nad czterema, najpierw nad Północnym, potem Śródziemnym, półtora roku temu nad Bałtykiem, rok temu nad kanałem La Manche. W pierwszym zamoczyłem stopu, w drugim raz pływałem. Tyle było moich kontaktów z morzem. Tak więc teraz było piąte do kolekcji i jak się okazało drugie, w którym pływałem. Nie miałem większych chęci do zanurzania się w słonej wodzie, ale coś mnie pokusiło i nie żałuję, choć nie spowodowało to jakiejś zmiany w moim nastawieniu do morza. Po plaży poszliśmy na pizzę do pizzerii Mamma Mia mieszczącej się w kinie Neptun przy ul. Lenina 14. Szczerze mówiąc nie polecam. Pizza nie była taka zła, ceny średnie, ale karaluch się przeszedł ścianą na naszych oczach, więc nie zawitaliśmy tam powtórnie. Dla odwiedzających Illicziwsk polecam drugą pizzerię – Celentano, która znajduje się niedaleko tej  pierwszej, a którą odkryliśmy za późno, żeby do niej wstąpić.

6 lipca 2010 – Odessa

We wtorek wyruszyliśmy na zwiedzanie Odessy. Wstaliśmy niespiesznie i dopiero po godzinie dziesiątej marszrutką nr 25 wyjechaliśmy do tego portowego miasta. Mimo upałów, wzmożonych szklarniowymi warunkami w busiku, nie poniechałem planów intensywnego zwiedzania. Odessa jest stosunkowo młodym miastem. Mimo tego ma swój urok i jest co zobaczyć. Główne ulice są ocienione wspaniałymi platanami.

Grecki napis w Odessie.

Grecki napis w Odessie.

Nasze zwiedzania zaczęliśmy od cerkwi św. Trójcy z 1808 r. Potem przeszliśmy ul. Katerynynską (Катерининська вул.) do rzymsko-katolickiej katedry Uspeńskiej (Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny lub Wniebowzięcia). Na bokach frontony widać rzeźby św. apostołów Piotra i Pawła, co pięknie przypomina o różnych charyzmatach Kościoła. Katedra ma ładny wystrój, choć niezbyt bogaty i głównie współczesny. W 1949 r. urządzono tu salę sportową. Mimo że teraz wygląda ładnie, to strasznie boli fakt, że została (i nie tylko ona) tak potwornie zniszczona przez bolszewików. Z katedry przeszliśmy na Plac Grecki (Грецька пл.). Z tym miejscem szczególnie wiąże się grecka historia Odessy. W starożytności istniała bowiem na miejscu tego miasta grecka osada Istrion. Odessa zaś przyczyniła się do odrodzenia nowożytnej Grecji, gdyż tutaj miała swoją siedzibę organizacja Filiki Eteria, która przyczyniła się do wolności Grecji. Co ciekawe można tutaj spotkać napisy w języku greckim. Idą dalej przy ul. Hawanna (Гаванна вул.) natknęliśmy się na nieduży kościółek rzymsko-katolicki pw. św. Piotra zbudowany w 1912 r. Spodobał mi się w nim bardzo ładny i zdobiony drewniany konfesjonał. Ciekaw jestem czy jest współczesny czy też jakimś cudem ominęła go bolszewicka pasja walki z religią. Dalej widzieliśmy pałac Tołstoja, pałac Potockiego (niewielki w porównaniu z pałacami Potockich we Lwowie czy Łańcucie), bibliotekę publiczną z początków XX w. Potem musieliśmy się trochę wrócić do centrum i przeszliśmy pod odeską operę. Jest to imponujący budynek zaprojektowany przez F. Fellnera i H. Helmera, którzy projektowali także hotel George (Lwów), Kasyno Szlachecki (Lwów), teatr we Wiedniu, czy teatr w Czerniowcach. Może ona pomieścić ponad półtora tysiąca widzów. Nie weszliśmy do środka, ale odbiłem sobie to potem we Lwowie. Z innych miejsc w Odessie, które widzieliśmy to należy wymienić jeszcze port i olbrzymie molo z dworcem kolejowym i hotelem Odessa, Schody Potiomkinowskie (znane, choć poza wielkością nie robią szczególnego wrażenia).

Opera w Odessie.

Przed odeską operą.

Takie zwiedzania nas wymęczyło i musieliśmy znaleźć jakąś pizzerię. Niełatwo jest znaleźć coś taniego (ceny zaczynają się zazwyczaj od 70 hrn), ale na ul. Preobrażeńskiej (Преображенська вул.) znaleźliśmy pizzerią, gdzie można było zamówić duża pizzę już za 50 hrn. Wracając ku dworcowi natknęliśmy się na miłą niespodziankę, a mianowicie targ książek. Wpadłem w niego i moi towarzysze musieli poczekać aż nasycę oczy widokiem książek (przy okazji wzmocniło się postanowienie opanowania języków ukraińskiego i rosyjskiej, żeby je przeczytać). Wieczorem tego dnia byliśmy jeszcze w kawiarni na meczu, ale to było w Illicziwsku.

Odessa ogólnie rzecz biorąc jest ładnym miastem. Mieliśmy trochę za mało czasu i zbyt ogólny przewodnik, żeby ją dokładnie zwiedzić. Jednak nie ma chyba aż tyle zabytków, żeby na zwiedzanie potrzebne było więcej niż dwa, trzy dni. Ma za to swój pewien urok, szczególnie przez platany posadzone wzdłuż ulic. Nie wiem natomiast jak wygląda odeska plaża.

7 lipca 2010 – Akerman

Znowu na plaży.

Znowu na plaży.

Był to jeden z najciekawszych dni tej podróży. Przed południem niewiele się działo. Poszliśmy na plażę, gdzie jako „wielki” amator opalania, spisywałem swoją relację w zeszycie i trochę popływałem. Potem podeszliśmy ul. Lenina pod jego pomnik. Zbrodniarz został ładnie odnowiony na złoto. O tempora, o mores! Niestety jego kult dalej trwa. Ponoć sam Illicziwsk nosi swoją nazwę na cześć jego bądź jego ojca Ilji Nikołajewicza Uljanowa.

Twierdza Akerman.

Z siostrą Karoliną przed wejściem do twierdzy Akerman.

Po południu z siostrą przełożoną pojechaliśmy samochodem (jaka miła odmiana od marszrutek) do Biłhorodu. Tam znajduje się sławna twierdza Akerman, zbudowana w miejscu starożytnej kolonii greckiej Tyry. Tak to moje podróżowanie zaczyna sięgać nawet starożytności. Trzeba chyba będzie się przejechać do Grecji. Twierdza robi niesamowite wrażenie. Wznoszona była od XIII do XV w., a gdy w 1484 r. sułtan turecki Bajazyt II ją zdobywał potrzebował na to 350 tysięcy wojska i 16 dni! Za naprawdę niewielkie pieniądze (5 hrn) można wejść na teren fortecy i poruszać się po niej bez żadnych ograniczeń. Nikt nikogo nie pilnuje gdzie chodzi, można więc wejść na mury, do baszt. Chyba tylko w dwóch miejscach kraty uniemożliwiają wejście w niektóre pomieszczenia. Niesamowite wrażenie tak przechadzać się po murach, po których kilkaset lat temu chodzili strażnicy, bronili twierdzy przed muzułmanami. W części, która służyła garnizonowi nie ma prawie nic współczesnego, co jest jeszcze większym plusem. W większej, służącej też cywilom (gdzie m. in. znajduje się minaret z czasów tureckich) można za opłatą przebrać się w stroje stylizowane na dawne, zrobić zdjęcia czy też strzelić z łuku (wszystko za dodatkową opłatą). W Biłhorodzie widzieliśmy jeszcze cerkiew św. Jana i cerkiew Zaśnięcia Przeczystej Bogurodzicy. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o słynną winnicę Szabo, ale poza sklepem firmowym nie było tam nic ciekawego (a ceny jak w marketach).

Akerman - strzelanie z łuku.

Akerman - strzelanie z łuku.

Tego dnia wieczorem czekało nas też poważne wyzwanie techniczne. Siostry na satelicie nie miały żadnego kanału transmitującego mecz półfinałowy. Miałem laptopa i kartę telewizyjną. Przy pomocy dołączonej do niej antenki ledwo, ledwo złapałem pierwszy kanał telewizji ukraińskiej, na którym leciał mecz. Polska myśl techniczna stanęła na wysokości zadania i wespół z budowlańcami z polski pracującymi u sióstr przy pomocy długich kabli ulepszyliśmy nasza antenę. Obraz, choć czarno-biały był w miarę wyraźny, głos też był dobrej jakości (bez szumów i trzasków). Udało nam się w ten sposób obejrzeć zwycięstwo Hiszpanii nad Niemcami.

Następnego dnia wyjeżdżaliśmy na Mołdawię, ale o tym będzie w następnym odcinku relacji o tegorocznej podróży na Ukrainę i Mołdawię.

Comments (1)

Logo Forum Fabryki Słów

Tags: ,

Nieoficjalne Forum Fabryki Słów

Posted on 02 lipca 2010 by admin

Logo Forum Fabryki SłówWczoraj ruszyło na nowo Nieoficjalne Forum Fabryki Słów. Dotychczas korzystało z darmowego forum, które miało swoje zalety i wady niestety. Teraz jednak pojawiła się nowa możliwość, a więc forum zmieniło swoje miejsce i adres. Przy okazji wyszła bardzo niemiła sprawa, gdyż to co powstało na dotychczasowym forum (posty, itp.) nie mogło zostać przeniesione na nowe forum, gdyż usługodawca nie chce przekazać kopii bazy danych (co moim zdaniem jest karygodne, dlatego odradzam korzystania z serwisu vgh.pl; fora w domenie ok1.pl). Stąd dotychczasowe wpisy są przenoszone ręcznie i z czasem najwartościowsze powinny się znaleźć na nowym forum. Jednak już teraz gorąco zachęcam do rozruszania naszego forum. Jako jeden z administratorów gorąco je polecam. Adres forum jest prosty do zapamiętania: forum-fabryki-slow.pl. Zapraszam serdecznie!

Comments (0)

Kiszyniów (Mołdawia)

Tags:

Wakacyjne plany

Posted on 25 czerwca 2010 by admin

Lwów, kościół św. Elżbiety

Lwów, kościół św. Elżbiety

Jak chyba większość planuję intensywnie już swój wakacyjny urlop, tym bardziej że jest co planować. Jak co roku wybieram się bowiem do naszych wschodnich sąsiadów. Plany są następujące:

4 VII: Wyjazd na Ukrainę, najpierw do Lwowa i zaraz pociągiem nocnym do Odessy.

5-8 VII: Pobyt w Odessie, trochę plaży, trochę zwiedzania.

8-9 VII: Wcześnie rano pakujemy manatki i wyjeżdżamy do Kiszyniowa (Mołdawia). Tam planowany jest jeden nocleg i zaraz powrót do Odessy, żeby wieczorem wsiąść do pociągu do Kijowa. To będzie zaiste krótki wypad.

10-13 VII: Kijów

14-20 VII: Noc 13/14 spędzona znowu w pociągu i tygodniowy odpoczynek we Lwowie po tym wszystkim. Jednak zaplanowane są wypady do Stanisławowa, Radziechowa, a może coś by się udało do Kamieńca Podolskiego, kto wie?

Zapowiada się więc dość intensywny czas, co mnie bardzo cieszy. Już teraz zapowiadam, że laptop jedzie ze mną, więc postaram się na bieżąco zdawać relację z podróży (zależnie od dostępu do internetu). Relacja będzie publikowana pod tagiem moje podróże, gdzie w tej chwili jest relacja z wyjazdu na Ukrainę (Kijów, Lwów) z 2007 roku.

Kiszyniów (Mołdawia)

Kiszyniów (Mołdawia)

Comments (0)

Tags:

Libri – zmiana adresu

Posted on 23 czerwca 2010 by admin

Informacja dla czytających blog o książkach. Jego adres został zmieniony na nowy: z-milosci-do-ksiazek.pl. Zapraszam do jego lektury, komentowania i polecania na swoich blogach. Jest to moje nowe dziecko, ale mam nadzieję, że wam się spodoba. Chętnie też, jeżeli ktoś wyrazi taką chęć, zamieszczę recenzje książek napisane przez innych. Można także dołączyć się do grupy miłośników książek na Facebook’u.

(jeszcze chwilowo adres nie działa, ale to kwestia czasu)

Pozdrawiam

Ioannes Oculus

Comments (0)

Tags:

Małe porządki

Posted on 08 czerwca 2010 by admin

Jak widać po kategoriach dokonałem małych porządków na tym blogu. Ponieważ postanowiłem w sposób bardziej uporządkowany prowadzić moją publicystykę internetową, stąd ten blog nabiera charakteru komentującego świat, społeczeństwo, itp. Stąd nowy układ kategorii. Wszystkie stare wpisy zostały zachowane dla potomnych, choć nie wszystkie wątki będą kontynuowane. W stronach dokonam zmian w najbliższym czasie i będzie to koniec sprzątania. Mam nadzieję, że ułatwi to lekturę. Pozdrawiam!

Comments (0)

Andrzej Pilipiuk, Homo bimbrownikus

Tags: , , ,

Pędzić bimber nie każdy może

Posted on 08 maja 2010 by admin

Andrzej Pilipiuk, Homo bimbrownikus

Andrzej Pilipiuk, Homo bimbrownikus

Ale może Jakub Wędrowycz!

Właśnie skończyłem czytać (czyli z lekkim opóźnieniem do jej ukazania się) najnowszą książkę o Jakubie Wędrowyczu. Dobrze, że nie czytałem niektórych recenzji na internecie wcześniej. Znalazło się paru krytyków, którzy być może zniechęciliby mnie do lektury. Na szczęście nie czytałem ich, bo Wędrowycz moim zdaniem jest w wyśmienitej formie, autor też. Akcja przeniosła się tym razem z Wojsławic do Warszawy, gdzie Jakub ratuje świat przed Apokalipsom, (nie)współpracuje z Inkwizycją i ogólnie rzecz ujmując jest ciekawie. Więcej nie napiszę, bo uważam, że warto samemu przeczytać. Czyta się zdecydowanie jednym tchem. Wielki Grafomanie, dzięki za wspaniałą książkę!

Andrzej Pilipiuk, Homo bimbrownikus, Lublin 2009, ss. 360.

Comments (1)

Tags:

Reaktywacja?

Posted on 24 marca 2010 by admin

Blog, jak widać został przeniesiony…

Czy to oznacza jego reaktywację? Tego nie wie nikt. Jednak mam wykupione miejsce na serwerze, to nie będę więcej trzymał go na wordpressowym serwerze (choć oczywiście nadal korzystam z tego silnika i gorąco go polecam).

Poza tym w planach są następujące strony:

- genealogia (zmiana silnika z Joomla na WordPress i kilka innych zmian w stosunku do obecnego okop.eu)

- miejsca (czyli blog poświęcony ważnym dla mnie miejscom na świecie, głównie to będzie zapewne Lwów, ale także miejsca związane z historią mojej rodziny)

- Dawne Dzieje (portal o wszystkim co wiąże się ze starożytnością i średniowieczem)

Wszystko oparte będzie na WordPressie. Tak więc czeka mnie trochę pracy.

Comments (1)

Tags: , , ,

O mnie słów kilka

Posted on 27 maja 2009 by admin

W ciągu ostatnich dni nawiązała się ciekawa dyskusja pomiędzy mną a kilkoma osobami. Dotyczy ona spraw ważnych i mniej ważnych. Aby więc przynajmniej niektóre z nich były jasne, postanowiłem wypowiedzieć się na niektóre tematy.

Primo – prawda a różnice w poglądach

Czemu mają służyć nasze dyskusje, nieraz tak zażarte? Moim zdaniem mają służyć poszukiwaniu Prawdy. Nic innego nie ma sensu. Badania naukowe służą poszukiwaniu rzetelnej wiedzy na temat wszechświata i człowieka, filozofia i teologia szukają odpowiedzi na te pytanie, na które nauki przyrodnicze nie są w stanie odpowiedzieć. Prawda jest jedna, niezależna od naszych sądów. Należy więc dołożyć wszelkich starań, aby ją odkryć.

Czy jest to możliwe? Czy człowiek w całym swym ograniczeniu jest zdolny do odnalezienia Prawdy? Nie sądzę. Jednak to nie zwalnia nas od jej poszukiwania. Faktem zaś jest, że w jej poszukiwaniu nieraz błądzimy i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Tą pomocą niezawodną jest Objawienie, które dał nam Bóg. Jezus Chrystus objawił nam Prawdę, dzięki czemu możemy mieć pewność co do fundamentalnych spraw naszego życia.

Spotkałem się takim zarzutem: „Jasiu, przepraszam, ale nie moge juz sluchac bzdur ktore wygadujesz. Kiedys uwazalem Cie za czlowieka inteligentnego, ale ostatnimi czasy wypisujesz nonsensy godne Naszego Dziennika” (zachowałem oryginalną pisownię). Z całym szacunkiem, czy jednak inteligentym nie może być człowiek, który nie wpisuje się w linię dzisiejszego political correctness? Akurat Naszego Dziennika nie czytam, nie słucham Radia Maryja i nie oglądam Telewizji Trwam. Nie traktuję tego jako powodu do chluby, ani wstydu. Po prostu tego nie robię i już. Nie sądzę jednak, że ludzie z tego środowiska są nieinteligentni.

W tym kontekście boli także ogromnie fakt wszechobecnej cenzury. Niewidocznej, bo nie instytucjonalnej. Cenzurą jest oglądalność, cenzurą jest to, czy informacja się sprzeda. Co więcej ta cenzura prowadzi do kłamstwa – nie ważne, czy informacja jest prawdziwa, ważne żeby się sprzedała, żeby wzbudziła sensację. Przykładem jest choćby apokryficzna ewangelia Judasza. Miała pogrzebać Kościół. Tyle krzyku wokół tego było i co? Nikt nie napisał prawdy na temat tego tekstu, powstałego później niż którekolwiek pismo Nowego Testamentu, powstałego w środowisku nie związanym z chrześcijaństwem, ale w grupie gnostyckiej i mającego tyle wspólnego z rzeczywistym Judaszem co chyba z Mozartem. Tylko czy ktoś o tym pisał? Nie, bo to nie była sensacja.

Secundo – „Antychryst z Brukseli” i polityka

Jeżeli chodzi o moje poglądy polityczne, to należy jedną sprawę wyłożyć jasno. Na pewno są one prawicowe (gdyż lewica nigdy nie zgodzi się z Prawdą), jednak nie wiążę się z żadną partią na śmierć i życie. Są ugrupowania lepsze i gorsze, staram się wybierać te, które najlepiej służą Prawdzie. Czy Unia Europejska to komunistyczne superpaństwo? Nie, jeszcze nie. Pisałem, że jest na drodze do takiego tworu, o czym świadczą niektóre symptomy narzucania sposobu myślenia ludziom, czy narodom. Unia Europejska została stworzona jako wspólnota gospodarcza, ułatwiająca bogacenie się jej społeczeństwa. Niech tak pozostanie. Możemy się spierać na temat, czy lepsze euro czy złotówka, nie jest to jednak zasadniczy problem. To czy lepiej być w Unii w obecnym jej kształcie, czy nie być w niej, czy może też próbować ją zmienić, to też nie jest kwestia fundamentalna. Nie należę do eurodogmatyków, dla których bycie bądź nie bycie w Unii to kwestia zbawienia. Fakt, nie darze tej instytucji prawie żadnym zaufaniem, po niektórych jej rezolucjach, próbach przeforsowania na siłę tego, co zostało odrzucone przez społeczeństwo (konstytucja europejska czy też potem traktat lizboński), bo przypomina mi to komunizm, gdzie można było głosować, ale to i tak nic nie zmieniało. Nie traktuję więc Brukseli jako Antychrysta. Mam do swojego głównego przeciwnika wiele więcej szacunku, więc nie będę go ograniczał do Brukseli. Choć nieraz owa „Bruksela” staje się użytecznym jego narzędziem.

Tertio – polityczna poprawność i chrystianofobia

Modne i odmieniane przez wszystkie przypadki jest dzisiaj słowo homofobia. Modna staje się także walka o prawo kobiet do wyboru, decydowania o własnym brzuchu. Modne w końcu staje się mieszanie z błotem wszystkiego co chrześcijańskie. Gdy muzułmanie stają w obronie swoich praw prawie cała Europa mówi, że mają rację, że należy szanować ich religię. Gdy chrześcijanie czynią to samo, mówi się, że mają się nie mieszać do polityki, że łamią wolność słowa, itd. Czyżby więc nowa kategoria podludzi? Trudno się dziwić, skoro uważa się dziś, że zaburzenia emocjonalne to normalność, że można zabić człowieka tylko dlatego, że jest problemem dla kogoś innego, dla kaprysu. Kościół Katolicki stoi na straży depozytu wiary, przy okazji przypominając podstawową Prawdę o człowieku. O tym, że człowiekiem się jest od poczęcia, więc nie wolno zabijać nawet, jeżeli ten człowiek jeszcze przez kilka miesięcy będzie w łonie matki, że normalne i naturalne jest to, że rodzinę stanowi mężczyzna i kobieta, że tylko w takim środowisku może zdrowo rozwijać się dziecko, młody człowiek. Przypomina, że nabyte zaburzenia się poddaje terapii, a nie uznaje za coś normalnego. Nie opiera tego tylko na argumencie „bo tak mówi Biblia” (choć jeżeli przyjrzeć się temu bliżej, to jest to argument wystarczający), lecz także na badaniach naukowych.

Tyle w wielkim skrócie. Chciałbym, abyśmy wszyscy starali się naprawdę dążyć do Prawdy. Aby przed wypowiedzeniem jakieś myśli zastanowić się, czy to co mówię jest zgodne z prawdą, a nie czyimś interesem, czy poprawnością polityczną. Jeszcze bardziej mi zależy, abyśmy się nawzajem nie obrażali tylko dlatego, że mamy inne poglądy.

Comments (3)

Pierwszy w historii Zjazd Oków

Tags: ,

Pierwszy w historii Zjazd Oków

Posted on 20 stycznia 2009 by admin

Zjazd Oków

Zjazd Oków

Tak, to najprawdziwsza prawda! Odbędzie się długo oczekiwany, jedyny i niepowtarzalny

Zjazd Oków!!!

Tego wydarzenia nie można przegapić. Dlatego zapraszam wszystkich Oków, aby skorzystali z zaproszenia!

Wszyscy Okowie, nieważne czy spokrewnieni ze sobą czy nie, są na ten zjazd bardzo serdecznie zaproszeni. Na spotkanie są także zaproszone osoby blisko spokrewnione z naszym rodem, a nie noszące tego szlachetnego nazwiska.

Zjazd odbędzie się 7 listopada (sobota), roku Pańskiego 2009 w Katowicach.

Program ramowy przewiduje:

15:00 Msza św. w intencji rodziny Oko

16:00 Przyjęcie w Domu Przyjęć Eliza (Stare Panewniki w Katowicach).
Przewidziane są tańce, zabawy, prezentacja (o ile okaże się to możliwe) wielkiego drzewa genealogicznego, może jeszcze inne rozrywki.

Przewidywany koszt całości to około 130 zł. Mam nadzieję, że ceny nie podskoczą do góry!

Proszę już teraz o wstępne deklaracje, kto przybędzie. Proszę w nich o imię i nazwisko ;) oraz dane kontaktowe, czyli najlepiej adres email i nr telefonu (najlepiej komórkowego). Na razie nic nie trzeba wpłacać.

Kontakt ze mną:
email: ioannes.oculus@gmail.com
gg: 82 73 185
tel. kom.: na prośbę

Prośmy o rozpowszechnienie tego zaproszenia wśród wszystkich Oków!

Pozdrawiają organizatorzy:

Jan Oko – założyciel profilu Ród Oko na Naszej Klasie
Mateusz Oko

Comments (0)

Tags: ,

Zaległe Boże Narodzenie

Posted on 02 stycznia 2009 by admin

Spora ilość zajęć przed Świętami uniemożliwiła mi nawet złożenie życzeń na blogu. Cóż, tak bywa, przepraszam was za to. Niech jakąś rekompensatą będzie to wideo, które znalazłem na zaprzyjaźnionym blogu.

Comments (0)

RELATED SITES