Tag Archive | "film"

Film „Nine – Dziewięć” – recenzja

Opublikowane 16 kwietnia 2012. Autor: Ioannes Oculus.

"Nine - Dziewięć"

"Nine - Dziewięć"

Nine – Dziewięć (2009)

czas trwania: 1 godz. 52 min.
gatunek: Dramat, Musical
premiera: 22 stycznia 2010 (Polska) 3 grudnia 2009 (świat)
produkcja: USA, Włochy
reżyseria: Rob Marshall
scenariusz: Anthony Minghella, Michael Tolkin

Prowokujący musical, który nie tylko eksploduje powalającą energią, ale także ocieka miłością, pożądaniem, namiętnością oraz przepychem… Tak napisano na odwrocie opakowania mojego egzemplarza musicalu. Wiadomo, że te „recenzje” to teksty reklamowe, które siłą rzeczy są przesadzone. Niestety w wypadku Nine „przesadzone” to mało powiedziane.

Film opowiada historię sławnego reżysera filmowego Guido Continiego (Daniel Day-Lewis), który przeżywa zarówno kryzys pracy twórczej, jak i kryzys uczuciowy. Próbuje wprowadzić harmonię do swojego życia, odnaleźć inspiracje. To jednak stanowi problem tak ogromny, że nie potrafi go rozwiązać. Do tego jego życiem kieruję kobiety: żona Luisa (Marion Cotillard), kochanka (Penelope Cruz), muza (Nicole Kidman) oraz matka (Sophia Loren).

Jak ocenić musical? Dla mnie ważne są dwie rzeczy, które mogą być wręcz oceniane osobno. Pierwsza to fabuła, treść filmu, a druga sama muzyka. Niestety w tym wypadku fabuła jest moim zdaniem mizerna. Film jest przewidywalny, nie wciąga. Kapitalni aktorzy, grający na wysokim poziomie, ale jakby zabrakło całości spoiwa. Jakby użyto najlepszych cegieł, ale nie ma czym ich połączyć. Musical może nadrobić muzyką. Niestety nie w Nine. Poza nielicznymi kawałkami (Be Italian) nie powoduje wybudzenia widza z lekkiej drzemki.

Chicago, musical twórców Nine, jest kapitalnym obrazem, do którego mogę wracać wielokrotnie, a od muzyki wręcz się uzależniłem. Co się stało, że Nine jest tak od niego inny, tak słaby?

Film ma jedną perełkę, moim zdaniem najlepszy kawałek, czyli Cinema Italiano:

Comments (0)

Tagi: , , , , ,

„Igrzyska Śmierci” – recenzja

Opublikowane 28 marca 2012. Autor: Ioannes Oculus.

Czy można widza zatrzymać w kinie przez 2 godziny i 22 minuty? Igrzyska śmierci pokazały, że jest to możliwe. Jednak nie oznacza to, że film jest rewelacją.

Film rozgrywa się w odległej przyszłości bądź w rzeczywistości równoległej, trudno określić. Świat, bądź kraj w którym dzieje się akcja podzielony jest na 12 dystryktów, które nie mają (a przynajmniej nie powinny) mieć ze sobą kontaktu. Wiele lat temu doszło do poważnego buntu dystryktów, który został krwawo stłumiony. Trudno określić co było jedo przyczyną, jednak pozostała po nim „pamiątka” w postaci dorocznych „The Hunger Games”, Igrzysk Głodu. Jest to jednocześnie tytuł filmu, który został z chyba tradycyjną już precyzją przełożony przez polskiego dystrybutora na „Igrzyska Śmierci” (choć polski tytuł wydaje się bardziej chwytliwy). Na te igrzyska wybiera się z każdego dystryktu dwoje reprezentantów, chłopca i dziewczynę, w wieku pomiędzy 12 a 18 lat. Igrzyska wygra, czyli przeżyje, tylko jedna osoba… Film opowiada historię Katniss, dziewczyny, która bierze w nich udział jako ochotniczka w zamian za swoją młodszą siostrę. Zostawia rodzinę i ukochanego chłopaka, aby wziąć udział w krwawym widowisku. Pokazane są kolejne przygotowania do finału igrzysk, które odbywają się w stolicy. Ta część jest ciut przydługa i jak na film akcji, to niewiele się dzieje. Najciekawsze zaczyna się, gdy uczestnicy dostają się na arenę, gdzie z 24 osób żywa pozostanie tylko jedna.

Dużym plusem filmu są efekty specjalne. Producent miał pieniądze i wyprodukował film, który dobrze się ogląda. Wszystko wydaje się być w porządku, a jednak po seansie pozostaje uczucie niedosytu… Czegoś zabrakło w tym obrazie. Sytuacja, w której znaleźli się uczestnicy, kiedy każdy sojusz jest tylko czasowym, mogła by być o niebo lepiej wyeksploatowana. Wszystko jednak układa się doskonale i nasza główna bohaterka chyba ani razu nie stanie przed trudnym wyborem między własnym życiem a kogoś, kto stał się jej bliski w tym czasie. Jej postawa staje się manifestacją sprzeciwu przeciwko systemowi, jednak jedynie w niewielkim stopniu. Kolejny wątek, który nie został specjalnie wykorzystany… Kolejny wątek niewykorzystany to relacja Katniss i jej chłopaka Gale’a oraz Peetam chłopaka z jej dystryktu, który mówi przed kamerami o swojej skrywanej miłości do Katniss. Twórcy jakby unikali każdego wątku, który by w jakiś sposób pogłębił ten film. Osiągnęli za to popkulturową papkę, która spodoba się większość, na którą nie żal wydanych pieniędzy za bilet, ale też nie będzie pamiętało się o niej dłużej niż 15 minut po seansie.

Czy iść na ten film? Tak, nie będzie to zupełnie zmarnowany czas, nie należy liczyć jednak na coś więcej niż chwilę popularnego kina akcji.

W ramach post scriptum. Film oparty jest na książce pod tym samym tytułem. Wedle opinii internautów jest o niebo lepsza od jej ekranizacji. Ilość ciekawych, a niewykorzystanych wątków w filmie zachęca mocno, żeby sięgnąć po źródło. Jeżeli przeczytam to na pewno znajdziecie recenzję książki na stronie Kocham Książki.

Comments (2)

Tagi: ,

Film „Kobieta w czerni” – opinia

Opublikowane 11 marca 2012. Autor: Ioannes Oculus.

Dawno mnie już w kinie nie było. Wczoraj po dłuższej przerwie udało mi się wyrwać. Wybierając film zainteresowała mnie „Kobieta w czerni”. Z ulotki patrzył na mnie Harry Potter, czyli Daniel Radcliffe. Do tego informacja, że gra „w filmie jakiego nie było od czasu Innych„. Innych oglądałem i bardzo mi się podobali, więc bez większych dylematów zakupiłem bilet. Jak się okazało, było warto.

Film opowiada historię prawnika, który przybywa do niewielkiej miejscowości Crythin Gifford. Artur Kipps, bo tak się nazywa, ma za zadanie uporządkować dokumenty po zmarłej właścicielce domu na Węgorzowych Moczarach. Jego trudna sytuacja finansowa i miłość do syna zmusza go do spędzenia nocy w tym ponurym i owianym złą legendą miejscu, aby sprawdzić, czy zmarłą nie pozostawiła testamentu nowszego niż ten zachowany w kancelarii prawnej. W tę noc w pobliżu opuszczonej posiadłości, po zachodzie słońca, pojawia się kobieca postać ubrana na czarno. Za każdym razem, gdy pokaże się ona komukolwiek w okolicy wkrótce umiera dziecko. Kipps nie jest przesądny, jednak traumatyczne doświadczenia na Węgorzowych Moczarach zmieniają jego nastawienie do świata duchów. Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że wraz z nianią do Crythin Gifford ma przyjechać jego kilkuletni syn, jedyna osoba, którą kocha po śmierci żony.

Początek tej osadzonej w pierwszej połowie XX w. opowieści nie jest nadzwyczajny. Miło mi było słuchać brytyjskiego akcentu, jednak fabuła nie zapowiadała niczego nadzwyczajnego. Twórcom filmu udaje się jednak budować napięcie. Wykorzystali to tego wiele technik charakterystycznych dla wielu horrorów, co jednak nie powoduje, że boimy się mniej. Przynajmniej mnie przewidywalność niektórych scen nie uchroniła od nerwowych reakcji (biedni ludzie, którzy siedzieli w mojej okolicy). Poza warstwą horroru film porusza kwestię niezwykle delikatną – kwestię straty swojego małoletniego dziecka. Czy można matce odebrać dziecko? Czy można je od niej odizolować?

Film zdecydowanie warty obejrzenia, zwłaszcza dla tych, którzy lubią się bać. Choć może arcydziełem nie jest, to nie żałuję ani złotówki na niego wydanej i polecam go Wam gorąco!

Comments (0)

Tagi: ,

Film „Tymczasowi gliniarze”

Opublikowane 01 lutego 2012. Autor: Ioannes Oculus.

Tymczasowi gliniarze

Czasami przychodzi taki wieczór, że nie bardzo chce się coś zrobić. Najlepiej byłoby usiąść na czterech literach i odpocząć. Dla mnie osobiście wtedy na pierwszym miejscu jest książka, ale i dobry film też może być. Najlepiej komedia, bo dla rozrywki. Z drugiej strony nie w amerykańskim stylu, gdzie każdy robi z siebie idiotę i to podobno ma być śmieszne. Wśród kiedyś kupionych filmów za 9,99 wygrzebałem Tymczasowych gliniarzy. Bez większego przekonania, mimo że nie-amerykański, odpaliłem.

Minęło 10 lat od rozstania pary gliniarzy René Boironda i François Lesbuche’a. Temu pierwszemu została tylko garść wspomnień, klepie biedę i ucieka przed dłużnikami, bo jest nieuleczalnym hazardzistą. Od znajomego dostaje radę, na kogo postawić w najbliższej gonitwie. Postanawia pożyczyć pieniądze od Chena, właściciela chińskiej knajpki, będącej przykrywką dla prania brudnej forsy. Pech chce, że policja robi najazd na lokal.

Tak film się zaczyna. Nie byłoby w tym nic wielkiego, gdyby nie fakt, że akcja się komplikuje, pląta i przez zbieg różnych wypadków zaczyna wywoływać najpierw uśmiech na twarzy, a potem coraz głośniejsze wybuchy śmiechu. Tymczasowi gliniarze mają ten typ humoru, który mi się podoba. Bohaterowie nie robią z siebie idiotów, to nie kabaret. Oni są poważni, czasem wręcz śmiertelnie. Natomiast różne zbiegi okoliczności, czasami sytuacje, w których jako widzowie wiemy więcej niż postaci filmy, humor sytuacyjny itp. powodują, że człowiek ogląda go ubawiony po pachy. Oczywiście nie należy się spodziewać żadnej psychologicznej głębi i nic innego w tym stylu. Ten film ma służyć rozrywce, dobrej zabawie i taką funkcje spełnia. Chwała za to jego autorom. Dzięki nim ów wieczór, kiedy sięgnąłem po Tymczasowych, spędziłem bardzo mile, mimo początkowego braku przekonania.

Comments (0)

Tagi: , ,

Jest zwiastun „Hobbita”

Opublikowane 21 grudnia 2011. Autor: Ioannes Oculus.

Po miesiącach oczekiwania pojawił się w końcu zwiastun filmu The Hobbit: An Unexpected Journey. Jak zapowiada się film? Ten sam reżyser, zwiastun bardzo mocno kojarzy się z Władcą Pierścieni. Można się więc spodziewać fantastycznych efektów specjalnych. Potwierdzają to sceny zawarte w trailerze. Martin Freeman jako Bilbo Baggins zapowiada się jak najbardziej hobbicko (no, może jest ciut za szczupły). Krasnoludy natomiast bardzo krasnoludzko. Do tego ich śpiew! Trzeba usłyszeć „Far over the Misty Mountains” i człowiek od razu zakocha się w tym niesamowitym wykonaniu. Problem z tym jest jedynie taki, że na myśli na nowo wracają do tematów tolkienowski. Nawał różnych obowiązków spowodował, że opuściłem już w pewnym sensie Śródziemie. Czas tam wracać, bo tam jest trochę mego serca i domu!

Książki Tolkiena można nabyć w atrakcyjnych cenach w internecie!

Comments (0)

Tagi: , , ,

„Ostatni Egzorcyzm”, opinia

Opublikowane 13 listopada 2010. Autor: Ioannes Oculus.

Szczerze mówiąc stanąłem przed dylematem. Dziś jest premiera filmu Daniela Stamma „Ostatni Egzorcyzm”. Miałem okazję go zobaczyć w Warszawie. Opowiada historię pastora – egzorcysty, który zajmuje się swoim fachem od najmłodszych lat. „Fachem” gdyż w miarę upływu czasu staje się to pracą, źródłem utrzymania, Marcus Cotton (pastor) bowiem traci wiarę. W pewnym momencie postanawia zerwać z obłudą i nakręcić dokument ukazujący całą prawdę o egzorcyzmach. Wybiera się do niewielkiej miejscowości na południu USA. Tam odprawia „egzorcyzmy”, w pełni przez niego samego spreparowane. Coś jednak zaczyna się wymykać spod kontroli…

Więcej nie powiem, aby nie zdradzić (choć i tak już sporo opowiedziałem). „Ciekawy scenariusz, dobra realizacja”, jak napisała moja znajoma. Zgadzam się z jej opinią, choć jednak… Do pełni szczęścia czegoś mi w tym filmie zabrakło, jakieś wisienki na torcie… Trudno mi określić, co to jest konkretnie. Choć może jest to spowodowane widownią. Niby stolica, niby wysoki poziom. Jednak kultura nakazuje, że jeżeli film się nie podoba to się wychodzi, a nie głośno komentuje, czy śmieje. Tak więc prawdopodobnie właśnie to mogło spowodować, że mój odbiór filmu jest taki jaki jest.

Jednak sam film polecam. Myślę, że warto go zobaczyć, a może także przemyśleć swoje podejście do spraw zadawania się ze złymi duchami. Nie da się wszystkiego wytłumaczyć psychologią…

Comments (4)

Tagi: , ,

Hobbit w Nowej Zelandii

Opublikowane 27 października 2010. Autor: Ioannes Oculus.

BBC przyniosło dzisiaj informację o świeżo zawartej zgodzie z rządem Nowej Zelandii (The Hobbit will be made in New Zealand, PM confirms). Wszystko więc wskazuje na to, że filmu się w końcu doczekamy, mimo protestów oraz trudności prawnych, nie wspominając o innych produkcyjnych problemach.

Przy okazji warto się zastanowić, na ile ten film odda książkę. Wydaje mi się, że zadanie przy kręceniu Władcy Pierścieni było dużo trudniejsze. Wtedy niestety wiele wątków umknęło lub zostało przekręconych, a w rezultacie film nie oddawał nie tylko powierzchni dzieła (czyli przebiegu akcji), ale także nie oddał pewnej głębszej myśli, która jest obecna we Władcy. Było to bardzo trudne zadanie, co może być wytłumaczeniem dla producentów, gdyż wiele tej myśli było zawarte niejako między linijkami. Może przy produkcji Hobbita będzie lepiej? Okaże się…

To co mniej jednak bardzo cieszy to fakt, że może dzięki temu filmowi, wiele osób sięgnie po książki Tolkiena (a potem i nie tylko jego). Chciałbym by Śródziemie znów zachwyciło miliony, wyrwało ich z szarej egzystencji i wprowadziło do ich życia kolory honoru, sławy, odwagi i tego, czym żyły wolne ludy. Może będzie to jeden z tych filmów, który zmobilizuje ludzi, zwłaszcza młodych, aby sięgali po książki. Jeżeli to się uda, to bez względu na jego wierność książce, będzie to film cenny. Teraz pozostaje więc czekać i zobaczyć, co będzie…

Comments (0)

Tagi: , ,

Film o Facebooku

Opublikowane 19 października 2010. Autor: Ioannes Oculus.

The Social Network

The Social Network

Jak powstał Facebook? Szczerze mówiąc wiem tylko tyle, ile pokazał mi nowy fejsbukowy film „The Social Network” w reż. Davida Finchera. Pokazuje on drogę Marka Zuckerberga od studenta Harvardu do prezesa Facebook’a. Zaczyna się od zwariowanego pomysłu po tym jak rzuciła go dziewczyna. Okazało się, że je jest w stanie w ciągu jednej nocy (po pijaku) stworzyć prostą, atrakcyjną stronę, która zawiesiła sieć Harvardu. Od tego momentu zaczną się jego pierwsze kłopoty, ale i sukcesy. Nie będę zdradzał szczegółów, bo naprawdę warto ten film zobaczyć.

Świetnie jest w nim pokazana podstawowa prawda o życiu. Nie jest to jednak banał, że aby odnieść sukces musisz być pierwszy albo musisz mieć pomysł. Dlaczego nie? Bo to nie wystarcza. Trzeba swoim pomysłem żyć. Nie robić tego jako dodatkowe hobby. Przykładem są bracia Winklevoss i ich pomysł na HarvardConnections. Rzecz była podobna do FB, ale oni tym nie żyli. Zajmowało ich wiele innych spraw, stąd nie czerpali pełnymi garściami z inspiracji, które niesie samo życie. W czasie, gdy Mark pracował nad FB oni ćwiczyli się w wioślarstwie. Fakt, że Mark miał z nimi początkowo współpracować. Jednak moim zdaniem miało to bardziej wyglądać na zlecone zadanie niż na wspólny projekt. Poza tym nie było to coś, co tak bardzo odpowiadało na codzienne potrzeby ludzi. Drugi przykład osoby, która nie żyła pomysłem to Eduardo Saverin, współtwórca Facebooka. Kierował się po części schematami, a po części po prostu interesowało go zupełnie co innego – robienie pieniędzy. Stąd szukał reklamodawców, a nie rozwoju samego Facebooka. Był od niego tak daleko, że będąc z dziewczyną nie zmienił statusu związku z „wolny” na „związany”. Jako współtwórca pokazał tym samym, że to nie jego dziecko, że nie jego życie.

To co najważniejsze dla mnie w tym filmie to prosta prawda o życiowej pasji. Kiedy to co robisz jest twoją pasją, ona sama ciebie niesie i jednocześnie staje się sensem życia. Inna ciekawa rzeczy to słowa rektora Harvardu, że studenci zamiast szukać pracy powinni ją sobie stworzyć. Sądzę, że takiego myślenia trochę nam brakuje. My ciągle szukamy pracy, nie żyjemy pasją, ideałami, a przez to zatracamy się w szarości i monotonni. Dobrze, że ten film powstał. Może doda skrzydeł młodym ludziom. Już słyszę wiele głosów, które drwiącym tonem komentują to co piszę. Kiedy jednak widzę ludzi, którzy narzekają na brak pracy, ale palcem nie kiwną, żeby to zmienić, a swoje żale wylewają przed telewizorem lub przy piwku z kolegami czekając na telefon z urzędu pracy, to są chyba sami sobie winni. Gdyby Polacy w Polsce włożyli tyle wysiłku w szukanie pracy, co wtedy gdy wyjadą za granicę, byłoby im dużo łatwiej. Przede wszystkim, gdyby zaś zaryzykowali i włożyli w swoje życie pasję, mogło by być lepiej. Tylko gdzie w dzisiejszym świecie pasja? Gdzie zamiłowanie do czegoś, oddanie sprawie? Chyba czegoś nam brakuje…

Sam film natomiast gorąco polecam, bo bardzo dobrze się ogląda. Choć może nie wszystkie zachowania tam są najbardziej godne naśladowania, ale pewne idee są bardzo, ale to bardzo trafione.

Comments (0)

Tagi: , , ,

Dorian Gray, gdy przyjemność odbiera szczęście…

Opublikowane 02 października 2010. Autor: Ioannes Oculus.

Dorian Gray

Dorian Gray

Młody, czysty, dziewiczy Dorian Gray przybywa do Londynu. Tu kończy się sielanka jego życia. Zaczyna bowiem pragnąć tego, czego nie powinno się pragnąć. Co gorsze, dostaje to.

Dzisiaj, a właściwie wczoraj (bo 1 października, choć piszę te słowa zaraz po powrocie z kina), wszedł na ekrany kin w Polsce film będący ekranizacją powieści Oscara Wilde’a Portret Doriana Gray’a. Zaczyna się spokojnie. Młody, niedoświadczony człowieczek przybywa skądś do Londynu objąć spadek. Widzimy nawet jak zostaje bezczelnie okradziony tuż po przybyciu. Jego wygląd przyciąga uwagę malarza Basila Hallwarda, który zaczyna malować jego portret. Jednocześnie na przyjęciu Dorian poznaje Henry’ego Wottona. Henry staje się jego kusicielem, który wychwala mu uroki życia wypełnionego przyjemnościami. Gdy portret zostaje ukończony okazuje się być arcydziełem, najdoskonalszym wytworem Basila. Dorian również podziwia dzieło oraz samego siebie na nim, własną urodę. Wtedy też padają słowa, które zaważyły na jego życiu, słowa w których oddaje swoją duszę za wieczną młodość. Dzięki temu może korzystać z uciech życia bez jakichkolwiek ograniczeń. Początkowo czuje pewien niepokój, pojawiają się wyrzuty sumienia, ale Henry wszystko łagodzi. Jednocześnie sączy mu do uszu truciznę dla duszy. Dorian wyjeżdża w świat poszukując nowych wrażeń. Gdy wraca po 25 latach okazuje się, że nic się nie zmienił. Czy oby na pewno?

Film Olivera Parkera fantastycznie pokazuje głęboką prawdę. Przyjemność wcale, ale to wcale nie musi mieć jakiegokolwiek związku ze szczęściem. Wręcz odwrotnie, ustawiczna pogoń za tym, co powinno przemijać prowadzi do tragedii. Akcja mogła by mieć równie dobrze miejsce w XXI w. Nasze społeczeństwo zapatrzone w chwilowe doznania stało się więźniem własnych żądz. Nigdy nie nasycone, zawsze głodne nowych wrażeń i przyjemności gubi szczęście. Czy dusza człowieka XXI w. jest podobna do duszy Doriana?

Gorąco polecam ten film. Nie jest to z pewnością bajka dla dzieci na dobranoc. Ogląda się świetnie, trzyma w napięciu. Co więcej, daje do myślenia o granicy pogoni za chwilą. Film naprawdę warto zobaczyć. Ja poza tym postaram się sięgnąć po książkę, bo skoro ekranizacja jest zawsze gorsza od oryginału, a ta ekranizacja jest świetna, to jaka musi być powieść?

Comments (0)

Tagi: ,

Ostatni Władca Wiatru, oby…

Opublikowane 08 września 2010. Autor: Ioannes Oculus.

Ostatni Władca Wiatru

Ostatni Władca Wiatru

Zostałem wyciągnięty do kina. W sumie bardzo fajnie. Zamiast treningu (którego nie było) obejrzeć film na dużym ekranie? Czemu nie. Wyjechaliśmy do Silesii, odwiedzili Empik (niestety znowu kupiłem książki…), wypili kawę i udali się na film pod tytułem „Ostatni Władca Wiatru”. Nie wiem dlaczego, ale jakoś spontanicznie zacząłem przekręcać ostatnie słowo w tytule używając liczby mnogiej… Zasiedliśmy w kinie. Pokaz był w modnej teraz technologii 3D, która zaczyna mnie irytować ze względu na okulary, zmęczone oczy i co chyba najważniejsze – przerost formy nad treścią. Producenci filmów skupiają się chyba bardziej na efektach specjalnych niż na treści. Niestety nie inaczej było z filmem, który oglądaliśmy. Seans o godzinie 21:15 budził nadzieję, że nie trafimy na dobranockę, a i w tej kwestii się rozczarowaliśmy.

Idąc na film miałem pozytywne nastawienie. Dobry humor i towarzystwo dało niezły grunt. Z plakatu film zapowiadał się na jedną z licznych dziś produkcji w klimatach fantasy, co mi osobiście odpowiada. Początek nawet niezły, ciekawie zarysowany świat (cztery żywioły, itd.), choć zastanawia mnie skąd ta japońsko-chińska stylizacja. No, ale licentia poetica. Mamy cztery narody przyporządkowane czterem żywiołom. W każdym z nich rodzą się magowie, jednak tylko jeden – Avatar – może panować nad wszystkimi czterema. Avatar odradza się w nowych reinkarnacjach, za każdym razem w innym narodzie. Niestety sto lat przed akcją filmu zaginął, a ludzkość została poddana pod panowanie narodu ognia. Oczywiście na początku się odnajduje i się zaczyna dziać to co ma się dziać. Film staje się niesamowicie przewidywalny, nie zaskakuje. Sam pomysł wydaje mi się bardzo ciekawy, jednak jego rozwinięcie jest delikatnie mówiąc średnie. Całość jest okraszona oczywiście masą efektów specjalnych, które autorom filmu wyszły całkiem dobrze. Niestety, nie zdradzę zakończenia, bo jego nie ma. Jest to dopiero pierwsza część (z ilu?), więc nie wiemy co się stanie dalej. Wracając ze znajomymi wymyśliliśmy ciąg dalszy bazując na najprostszych schematach. Drugą część zobaczę chyba tylko po to, żeby sprawdzić czy trafiliśmy i z kim ożeni się syn króla ognia.

Filmu raczej bym nie polecał. Może z małymi dziećmi tak, ale poza efektami specjalnymi w 3D, nie ma prawie nic więcej do zaoferowania. Zastanawiam się więc, czy dzisiejsze produkcje kinowe muszą coraz bardziej koncentrować się na efektach? A może właśnie słowo „produkcja” jest tu kluczem. Produkcja, a nie sztuka… Oby, to był ostatni taki film. To pozostanie chyba jednak tylko naiwnym życzeniem…

Comments (8)

Tagi: ,

Sposób na nudę: 3. Film

Opublikowane 25 czerwca 2010. Autor: Ioannes Oculus.

Rolka filmuTrzecim moim sposobem na nudę jest film. Jednak nie każdy, nie zawsze. Nie chodzi mi tu również o oglądanie telewizji, gdyż jest to jeden z najgłupszych moim zdaniem sposobów spędzania wolnego czasu. Film trzeba dobrać ze starannością, jak i to co jemu towarzyszy. Najlepiej aby oglądanie filmu odbywało się w gronie przyjaciół, którzy nie wykazują pewnej cechy dość denerwującej (przynajmniej mnie osobiście). Chodzi mianowicie o milczenie podczas oglądania. Dla niektórych osób jakiekolwiek słowo podczas jest co najmniej zbrodnią. Jest to zrozumiałe w kinie, ale dla mnie nie do pojęcia, jeżeli film oglądamy we własnym domu. Cała przyjemność to właśnie te rozmowy i komentarze na temat wydarzeń z ekranu.

Przy tym rozwiązaniu problemu nudy zalecam jednak ostrożność. Film bowiem może być ciekawym uzupełnieniem, ale też niestety łatwo przeradza się w główną rozrywkę. Dzieje się tak, bo nie wymaga od nas tyle kreatywności w działaniu. Stąd moje zalecenie, aby nie oglądać filmów samotnie, ale w towarzystwie chętnym do kreatywnej dyskusji na temat oglądanego/obejrzanego filmu. Jednocześnie nie polecam filmów będących adaptacją książek. Na ogół przekręcają treść dzieła, a przede wszystkim to lepiej sięgnąć po prostu do książki (co nie oznacza, że nie ma udanych adaptacji, ale te można oglądać tylko po przeczytaniu oryginału). Dobry film jest dziełem samym w sobie. Lubię osobiście obejrzeć dobry film, przy którym można pomyśleć, zrelaksować się, a przede wszystkim potraktować jako okazję do spotkania się z przyjaciółmi. Tak rozumiem film, jako sposób na nudę.

Poprzednim sposobem było pisanie bloga, a następny będzie…

Comments (1)

Tagi: , ,