Tag Archive | "moje podróże"

Rok Chopinowski w Kiszyniowie

Tags: , ,

Na Mołdawię (8-9 lipca 2010 r.)

Posted on 23 września 2010 by admin

Prawosławna katedra w Kiszyniowie

Prawosławna katedra w Kiszyniowie

Od mojego ostatniego wpisu relacjonującego tegoroczną podróż na Wschód już trochę czasu minęło. Urlop się skończył, obowiązków mnóstwo, to i pisać nie było kiedy. Czas więc choć trochę nadgonić zaległości.

W planach naszej podróży był krótki wypad do sąsiadującej z Ukrainą Mołdawii. Pomysł odwiedzenia tego kraju zrodził się bardzo spontanicznie, gdy patrząc na mapę jakiś czas przed wyjazdem dokonałem odkrycia „to jest blisko”. Telefony w ruch i udało mi się po jakimś czasie załatwić nocleg przy kiszyniowskiej katedrze. Pobyt zaplanowaliśmy krótki z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że brakło by czasu na zwiedzanie Ukrainy. Drugim powodem natomiast była chęć wysondowania, sprawdzenia terenu i przygotowanie czegoś więcej za rok, jeżeli warto byłoby wracać.

Wyjechaliśmy więc w miarę wcześnie rano z Illicziwska do Odessy, aby tam złapać autobus do stolicy Mołdawii – Kiszyniowa. Dworzec autobusowy mieści się w Odessie całkiem niedaleko kolejowego, więc nie mieliśmy problemu z transportem, a autobus do Kiszyniowa już na nas czekał. 70 hrywien za bilet i 10 za bagaż (od osoby) i siedzieliśmy w środku. O godzinie 8:50 odjechaliśmy w kierunku niezbadanego przeze mnie kraju. Już po godzinie byliśmy na granicy. Tu jednak szybka jazda się skończyła i kontrola zajęła ponad 1,5 godziny. Co ciekawe kontrola ukraińska jest w stosunkowo dużej odległości od mołdawskiej, a pomiędzy nimi znajdują się bagna.

Brzoskwinie prosto z pola :)

Brzoskwinie prosto z pola :)

Gdy wjedzie się do Mołdawii widać, że kraj ten jest biedniejszy niż Ukraina. W miarę dobra droga była tylko przez jakiś czas od granicy i tuż przed stolicą. Poza tym dziury, a asfalt na brzegach tak zniszczony i nadgryziony, że momentami to na drodze był tylko jeden pas do ruchu w obie strony… Autobus, którym jechaliśmy, zatrzymał się po drodze dwa razy. Pierwszy raz w jakiejś wsi, gdzie można było kupić sobie owoce od rolników stojących przy drodze (pyszne brzoskwinie po 5 lei za kilogram, czyli jakieś1,5 zł). Drugi raz na jakimś autobusowym dworcu. Około 14 byliśmy w Kiszyniowie.

Rok Chopinowski w Kiszyniowie

Rok Chopinowski w Kiszyniowie

Dzięki pomocy miłej pani na dworcu udało się ustalić drogę do naszego miejsca noclegowego. Okazuje się, że na Mołdawii część osób rozumie po polsku, co sprawę bardzo ułatwiło. Co więcej, gdy miła pani zorientowała się już po moim odejściu, że źle wyliczyła ilość przystanków, pobiegła za nami powiedzieć o tym. Tak więc bez przeszkód dojechaliśmy do katedry Opatrzności Bożej (choć w jej okolicy trochę pobłądziliśmy). Jechaliśmy trolejbusami (2 leje). Na miejscu zostaliśmy miło przyjęci, zostawiliśmy bagaże i poszliśmy zwiedzać miasto.

Rzymsko-katolicka katedra Opatrzności Bożej

Rzymsko-katolicka katedra Opatrzności Bożej

Kiszyniów nie jest wielkim miastem i nie jest starym miastem. Część zabytków została zniszczona za czasów sowieckich, a na ich miejsce pobudowano „perły” socjalistycznej architektury. Monumentalizm tych budowli jest powalający, a ich koszt niejednokrotnie przekraczał roczny budżet ówczesnej Mołdawskiej SRR. Zaczęliśmy jednak od czegoś milszego, a mianowicie katedry rzymsko-katolickiej pw. Opatrzności Bożej. Mieści się ona tuż obok gmachu prezydencji. Wzniesiona w połowie XIX w. w stylu rosyjskiego klasycyzmu prezentuje się dziś bardzo ładnie. Obok niej ma siedzibę prezydent Mołdawii. Niestety nie widzieliśmy wszystkiego, gdyż teren był ogrodzony płotem z blachy. Prezydencja była remontowana po zeszłorocznym przewrocie, kiedy to Mołdawia obrała bardziej prozachodni kurs w polityce. Po drugiej stronie alei Stefana wznosi się kolejny socjalistyczny kolos, a mianowicie budynek parlamentu. Aleja Stefana jest główną ulicą Kiszyniowa i przy niej mieści się większość zabytków. Najpierw poszliśmy kawałek oddalając się od centrum, aby zobaczyć Dom Hertza z początku XX w. i cerkiew Sf. Panteleimon. Potem zawróciliśmy i podążaliśmy w kierunku centrum. Im bliżej niego, tym więcej zabytkowych kamienic i innych budynków, a mniej maszkar z czasów komunizmu. Minęliśmy kino Patria w starym budynku oraz socjalistyczny teatr opery i baletu. Za kinem rozciąga się ładny Park Stefana Wielkiego z ciekawą aleją pisarzy, gdzie stoją popiersia największych mołdawskich (rumuńskich) literatów. Na rogu parku, przy skrzyżowaniu ulic Stefan cel Mare i Banulescu-Bodoni stoi pomnij Stefana Wielkiego. Pomnik ten dwa razy był ewakuowany (w 1940  i 1944 r.) z obawy przed sowietami. Po wojnie stał w parku, między drzewami, a w 1991 przeniesiono go na pierwotne miejsce, gdzie stoi do dziś. Po drugiej stronie alei Stefana znajduje się Łuk Triumfalny i katedra prawosławna Narodzenia Pańskiego. Katedra położona jest w bardzo przyjemnym parku i widać, że jeden i drugi park jest lubiany i odwiedzany przez mieszkańców Kiszyniowa. Za skrzyżowaniem z ul. Puszkina zaczyna się ten bardziej zabytkowy Kiszyniów. Parki pięknie oddzielają go od tej mocno soc-realnej części. Zabytkowy ratusz, czy sala organowa, teatr im. M. Eminescu i stara zabudowa tworzą miły klimat miasta. Warto odbić też w boczne ulice i pooglądać tamtejsze budynki, nieraz bardzo ładne.

Gmach Prezydencji

Gmach Prezydencji

Obiad zjedliśmy w Green Hills Nistru, przy głównej ulicy. Spokojnie polecam tą restaurację – bardzo dobra, a ceny dla nas przyjazne. Po obiedzie dalej spacerowaliśmy po mieście. Trafiliśmy m. in. do muzeum wojskowego, a ja raz nawet musiałem kasować zdjęcia, bo sfotografowałem jakiś ważny budynek, którego nie wolno było fotografować. Swoją drogą nie było w nim nic nadzwyczajnego, ot po prostu ładny, zabytkowy budynek. No, ale żołnierz kazał, to skasowałem na jego oczach te zdjęcia.

Mycie pomników w parku

Mycie pomników w parku

Wieczorem wróciliśmy na nocleg. Po drodze załapaliśmy się na jakiś koncert, ale nie zainteresował nas, więc szybko zrezygnowaliśmy z niego. Kiszyniów jest ładnym miastem, na pewno nie na jedno popołudnie. Myślę jednak, że pełne dwa, trzy dni powinny wystarczyć, aby zobaczyć to co warte zobaczenia w stolicy Mołdawii. Na pewno jednak nie jest to wszystko co ma ten kraj do zaoferowania. Według tego, co wyczytałem w przewodniku, jest wiele więcej interesujących miejsc. Te jednak muszą na mnie jeszcze poczekać, może uda się za rok. Tymczasem następnego dnia musieliśmy już wracać do Odessy, bo i bilety na pociąg do Kijowa mieliśmy już wykupione.

Ulica w Kiszyniowie

Ulica w Kiszyniowie

Autobus powrotny złapaliśmy bez problemu. Kosztował nas 90 lei za osobę plus 30 lei za bagaż. Tuż przed granicą Kiszyniowa autobus się zepsuł i mieliśmy ponad godzinny przymusowy postój. W Odessie byliśmy więc późno, bo około 18. Szybko więc do Illicziwska, gdzie zostawiliśmy większość bagażu u sióstr. Potem z powrotem do Odessy i na pociąg. O 23:25 z nieznaną w Polsce punktualnością kolejową (tak, na Ukrainie pociągi punktualne) odjechaliśmy do Kijowa.

c.d.n.

Comments (1)

Akerman - strzelanie z łuku.

Tags:

Ukraina 2010, część 1 (4-7 lipca)

Posted on 24 lipca 2010 by admin

Miała być relacja na bieżąco, ale niestety to się nie udało. Laptop przewędrował całą tą trasę niezbyt używany, po prostu brakowało czasu. Teraz jednak przystępuję do napisania w miarę systematycznej relacji. Będzie się ona ukazywać w odcinkach, w miarę jak ją będę pisał. Trasa, którą pokonałem wynosiła prawie 4 tysiące kilometrów (tak wyliczyłem przy pomocy Google Maps). Wyruszyłem 4 lipca, do Polski wróciłem 20 lipca, podróż zakończyłem 22 lipca w Katowicach. Będę więc opisywał co się po kolei działo, głównie po to aby zachęcić innych do podobnych podróży oraz podzielić się moimi wrażeniami i kilkoma praktycznymi radami.

4 lipca 2010 – niedziela, dzień przyjazdu na Ukrainę

Plackarta

Plackarta - miejsca w pociągach jakimi podróżowaliśmy po Ukrainie.

Przyjechałem wraz z dwójką znajomych na Ukrainę. Tym razem do Przemyśla dojechaliśmy samochodem (zazwyczaj wybierałem pociąg). Mogłem go tam zostawić dzięki gościnności miejscowego Seminarium Duchownego. Mimo opóźnienia spowodowanego przymusowym postojem w Jarosławiu (odbywały się tam okolicznościowe wyścigi rowerowe) udało nam się spokojnie zjeść przepyszne lody. Kawiarnia Fiore jest ze wszech miar godna polecenia. Wyśmienite lody tejże kawiarni stały się już stałym elementem moich wypraw na Wschód (nie wspominając o obowiązkowej kawie). Potem przeszliśmy na dworzec i pojechaliśmy busem (2 zł) na granicę do Medyki. Nowością tam był nowym polski budynek odpraw. Natomiast ruch był znikomy, co zaobserwowałem już w zeszłym roku. Praktycznie w ogóle nie czeka się w kolejkach. Inaczej było na przystanku marszrutek. Sporo osób chciało się dostać do Lwowa, co spowodowało niemiłe przepychanki i nerwowość. Na szczęście udało nam się zabrać już drugą marszrutką do Lwowa (15 hrywien).

Lwów. Co za miasto! Mimo że byliśmy właściwie przejazdem, to zawładnęła mną atmosfera tego miasta. Czuję się tutaj tak dobrze, jak w domu i może Lwów zawładnął trochę moim sercem? Całe szczęście, że na koniec (a właściwie prawie całą połowę) naszej podróży zatrzymujemy się we Lwowie.

Bilety do Odessy mieliśmy już kupione przez mojego znajomego. Wykupione mieliśmy plackarty, czyli trzecią klasę w pociągu nocnym. Dla trzech osób wyszło nas to 240 hrywien. Plackarty to miejsca do spania w wagonie bez przedziałów. Są takie udawane przedziały, gdzie śpią cztery osoby, ale nie ma drzwi tylko od razu korytarz i na przeciwległej stronie jeszcze dwa miejsca boczne. Nie potrzeba zabierać ze sobą śpiworów ani nic z tych rzeczy, gdyż wszystko łącznie z pościelą dostaje się na miejscu. Boczne miejsce na dole zamienia się łatwo w stoliczek z dwoma siedzeniami, a pod spód można dać bagaż. Obok mnie jechała jakaś rodzinka, używali języka rosyjskiego, więc ciężko było się dogadać. Jeszcze nie „rozkręciłem” się w używaniu ani ukraińskiego, ani rosyjskiego.

5 lipca 2010 – nad morze

Ja w morzu

Drugi raz w życiu pływałem w morzu.

Po średnio przespanej nocy, głównie ze względu na za krótkie i za wąskie miejsce (tak to jest jak się urosło) zostało mi jeszcze kilka godzin w pociągu. Za 4 hrywny kupiłem sobie kawę. Nie najlepsza, ale uzależnienie nie pozwalało się bez niej obejść. Pasażerowie (nie wszyscy) kursowali to toalety, aby wypełnić podstawowy higieniczny rytuał. Skutkowało to totalnym zalaniem toalety wodą. Toalety są w ukraińskich pociągach w złym stanie, chyba nawet gorszym niż u nas. Największym problemem było jednak co innego. Ukraińcy chyba nienawidzą przeciągów i świeżego powietrza, stąd nigdy nie otwierają okien. Ani w marszrutkach, ani w pociągu. Można sobie wyobrazić jakie jest powietrze po całej nocy w wagonie bez wentylacji. Każdy łyk świeżego powietrza stawał się w tej sytuacji bezcenny.

Do Odessy dotarliśmy z niewielkim opóźnieniem. Gdy poszliśmy na miasto wymienić pieniądze okazało się, że we Lwowie (a chyba i na granicy) były trochę lepsze kursy. Przeszliśmy się trochę ul. Puszkińską, jednak szybko zawróciliśmy na dworzec, aby stamtąd odjechać marszrutką do Illicziwska (6 hrywien za osobę + 1 za bagaż). W tej miejscowości mieści się bowiem dom sióstr elżbietanek, w którym mieliśmy umówione noclegi. Siostry są bardzo miłe i chętnie będą zapraszać turystów, bo od tego roku rozbudowały się i mają miejsca noclegowe.
Przy okazji warto zwrócić uwagę na język miejscowy. Nazwa miejscowości bowiem raz zapisywana jest z rosyjska, raz z ukraińska, miejscowi podobnie używają raz jednego raz drugiego. To duży problem Ukrainy, gdzie obowiązują w praktyce te dwa języki, a nie jak u nas jeden. Co więcej, nie zawsze się da dogadać po ukraińsku na wschodzie kraju, a natomiast na zachodzie rosyjski nie jest zbyt mile widziany. Ukraiński też różni się zależnie od regionu. Kraj jest m.in. przez to podzielony.

Wróćmy jednak do podróży. Siostry przywitały nas obiadem, po którym nastąpił długo oczekiwany przeze mnie moment, czyli prysznic. Po wczorajszym dniu, podróży pociągiem i marszrutką (a pogoda była wspaniała, czyli upał) był on niezbędny do życia. Jeszcze potem Msza św. i to co nad morzem robi większość turystów, czyli spacer na plażę. Nie mam zamiłowania do morza. Byłem już wcześniej nad czterema, najpierw nad Północnym, potem Śródziemnym, półtora roku temu nad Bałtykiem, rok temu nad kanałem La Manche. W pierwszym zamoczyłem stopu, w drugim raz pływałem. Tyle było moich kontaktów z morzem. Tak więc teraz było piąte do kolekcji i jak się okazało drugie, w którym pływałem. Nie miałem większych chęci do zanurzania się w słonej wodzie, ale coś mnie pokusiło i nie żałuję, choć nie spowodowało to jakiejś zmiany w moim nastawieniu do morza. Po plaży poszliśmy na pizzę do pizzerii Mamma Mia mieszczącej się w kinie Neptun przy ul. Lenina 14. Szczerze mówiąc nie polecam. Pizza nie była taka zła, ceny średnie, ale karaluch się przeszedł ścianą na naszych oczach, więc nie zawitaliśmy tam powtórnie. Dla odwiedzających Illicziwsk polecam drugą pizzerię – Celentano, która znajduje się niedaleko tej  pierwszej, a którą odkryliśmy za późno, żeby do niej wstąpić.

6 lipca 2010 – Odessa

We wtorek wyruszyliśmy na zwiedzanie Odessy. Wstaliśmy niespiesznie i dopiero po godzinie dziesiątej marszrutką nr 25 wyjechaliśmy do tego portowego miasta. Mimo upałów, wzmożonych szklarniowymi warunkami w busiku, nie poniechałem planów intensywnego zwiedzania. Odessa jest stosunkowo młodym miastem. Mimo tego ma swój urok i jest co zobaczyć. Główne ulice są ocienione wspaniałymi platanami.

Grecki napis w Odessie.

Grecki napis w Odessie.

Nasze zwiedzania zaczęliśmy od cerkwi św. Trójcy z 1808 r. Potem przeszliśmy ul. Katerynynską (Катерининська вул.) do rzymsko-katolickiej katedry Uspeńskiej (Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny lub Wniebowzięcia). Na bokach frontony widać rzeźby św. apostołów Piotra i Pawła, co pięknie przypomina o różnych charyzmatach Kościoła. Katedra ma ładny wystrój, choć niezbyt bogaty i głównie współczesny. W 1949 r. urządzono tu salę sportową. Mimo że teraz wygląda ładnie, to strasznie boli fakt, że została (i nie tylko ona) tak potwornie zniszczona przez bolszewików. Z katedry przeszliśmy na Plac Grecki (Грецька пл.). Z tym miejscem szczególnie wiąże się grecka historia Odessy. W starożytności istniała bowiem na miejscu tego miasta grecka osada Istrion. Odessa zaś przyczyniła się do odrodzenia nowożytnej Grecji, gdyż tutaj miała swoją siedzibę organizacja Filiki Eteria, która przyczyniła się do wolności Grecji. Co ciekawe można tutaj spotkać napisy w języku greckim. Idą dalej przy ul. Hawanna (Гаванна вул.) natknęliśmy się na nieduży kościółek rzymsko-katolicki pw. św. Piotra zbudowany w 1912 r. Spodobał mi się w nim bardzo ładny i zdobiony drewniany konfesjonał. Ciekaw jestem czy jest współczesny czy też jakimś cudem ominęła go bolszewicka pasja walki z religią. Dalej widzieliśmy pałac Tołstoja, pałac Potockiego (niewielki w porównaniu z pałacami Potockich we Lwowie czy Łańcucie), bibliotekę publiczną z początków XX w. Potem musieliśmy się trochę wrócić do centrum i przeszliśmy pod odeską operę. Jest to imponujący budynek zaprojektowany przez F. Fellnera i H. Helmera, którzy projektowali także hotel George (Lwów), Kasyno Szlachecki (Lwów), teatr we Wiedniu, czy teatr w Czerniowcach. Może ona pomieścić ponad półtora tysiąca widzów. Nie weszliśmy do środka, ale odbiłem sobie to potem we Lwowie. Z innych miejsc w Odessie, które widzieliśmy to należy wymienić jeszcze port i olbrzymie molo z dworcem kolejowym i hotelem Odessa, Schody Potiomkinowskie (znane, choć poza wielkością nie robią szczególnego wrażenia).

Opera w Odessie.

Przed odeską operą.

Takie zwiedzania nas wymęczyło i musieliśmy znaleźć jakąś pizzerię. Niełatwo jest znaleźć coś taniego (ceny zaczynają się zazwyczaj od 70 hrn), ale na ul. Preobrażeńskiej (Преображенська вул.) znaleźliśmy pizzerią, gdzie można było zamówić duża pizzę już za 50 hrn. Wracając ku dworcowi natknęliśmy się na miłą niespodziankę, a mianowicie targ książek. Wpadłem w niego i moi towarzysze musieli poczekać aż nasycę oczy widokiem książek (przy okazji wzmocniło się postanowienie opanowania języków ukraińskiego i rosyjskiej, żeby je przeczytać). Wieczorem tego dnia byliśmy jeszcze w kawiarni na meczu, ale to było w Illicziwsku.

Odessa ogólnie rzecz biorąc jest ładnym miastem. Mieliśmy trochę za mało czasu i zbyt ogólny przewodnik, żeby ją dokładnie zwiedzić. Jednak nie ma chyba aż tyle zabytków, żeby na zwiedzanie potrzebne było więcej niż dwa, trzy dni. Ma za to swój pewien urok, szczególnie przez platany posadzone wzdłuż ulic. Nie wiem natomiast jak wygląda odeska plaża.

7 lipca 2010 – Akerman

Znowu na plaży.

Znowu na plaży.

Był to jeden z najciekawszych dni tej podróży. Przed południem niewiele się działo. Poszliśmy na plażę, gdzie jako „wielki” amator opalania, spisywałem swoją relację w zeszycie i trochę popływałem. Potem podeszliśmy ul. Lenina pod jego pomnik. Zbrodniarz został ładnie odnowiony na złoto. O tempora, o mores! Niestety jego kult dalej trwa. Ponoć sam Illicziwsk nosi swoją nazwę na cześć jego bądź jego ojca Ilji Nikołajewicza Uljanowa.

Twierdza Akerman.

Z siostrą Karoliną przed wejściem do twierdzy Akerman.

Po południu z siostrą przełożoną pojechaliśmy samochodem (jaka miła odmiana od marszrutek) do Biłhorodu. Tam znajduje się sławna twierdza Akerman, zbudowana w miejscu starożytnej kolonii greckiej Tyry. Tak to moje podróżowanie zaczyna sięgać nawet starożytności. Trzeba chyba będzie się przejechać do Grecji. Twierdza robi niesamowite wrażenie. Wznoszona była od XIII do XV w., a gdy w 1484 r. sułtan turecki Bajazyt II ją zdobywał potrzebował na to 350 tysięcy wojska i 16 dni! Za naprawdę niewielkie pieniądze (5 hrn) można wejść na teren fortecy i poruszać się po niej bez żadnych ograniczeń. Nikt nikogo nie pilnuje gdzie chodzi, można więc wejść na mury, do baszt. Chyba tylko w dwóch miejscach kraty uniemożliwiają wejście w niektóre pomieszczenia. Niesamowite wrażenie tak przechadzać się po murach, po których kilkaset lat temu chodzili strażnicy, bronili twierdzy przed muzułmanami. W części, która służyła garnizonowi nie ma prawie nic współczesnego, co jest jeszcze większym plusem. W większej, służącej też cywilom (gdzie m. in. znajduje się minaret z czasów tureckich) można za opłatą przebrać się w stroje stylizowane na dawne, zrobić zdjęcia czy też strzelić z łuku (wszystko za dodatkową opłatą). W Biłhorodzie widzieliśmy jeszcze cerkiew św. Jana i cerkiew Zaśnięcia Przeczystej Bogurodzicy. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o słynną winnicę Szabo, ale poza sklepem firmowym nie było tam nic ciekawego (a ceny jak w marketach).

Akerman - strzelanie z łuku.

Akerman - strzelanie z łuku.

Tego dnia wieczorem czekało nas też poważne wyzwanie techniczne. Siostry na satelicie nie miały żadnego kanału transmitującego mecz półfinałowy. Miałem laptopa i kartę telewizyjną. Przy pomocy dołączonej do niej antenki ledwo, ledwo złapałem pierwszy kanał telewizji ukraińskiej, na którym leciał mecz. Polska myśl techniczna stanęła na wysokości zadania i wespół z budowlańcami z polski pracującymi u sióstr przy pomocy długich kabli ulepszyliśmy nasza antenę. Obraz, choć czarno-biały był w miarę wyraźny, głos też był dobrej jakości (bez szumów i trzasków). Udało nam się w ten sposób obejrzeć zwycięstwo Hiszpanii nad Niemcami.

Następnego dnia wyjeżdżaliśmy na Mołdawię, ale o tym będzie w następnym odcinku relacji o tegorocznej podróży na Ukrainę i Mołdawię.

Comments (1)

Kiszyniów (Mołdawia)

Tags:

Wakacyjne plany

Posted on 25 czerwca 2010 by admin

Lwów, kościół św. Elżbiety

Lwów, kościół św. Elżbiety

Jak chyba większość planuję intensywnie już swój wakacyjny urlop, tym bardziej że jest co planować. Jak co roku wybieram się bowiem do naszych wschodnich sąsiadów. Plany są następujące:

4 VII: Wyjazd na Ukrainę, najpierw do Lwowa i zaraz pociągiem nocnym do Odessy.

5-8 VII: Pobyt w Odessie, trochę plaży, trochę zwiedzania.

8-9 VII: Wcześnie rano pakujemy manatki i wyjeżdżamy do Kiszyniowa (Mołdawia). Tam planowany jest jeden nocleg i zaraz powrót do Odessy, żeby wieczorem wsiąść do pociągu do Kijowa. To będzie zaiste krótki wypad.

10-13 VII: Kijów

14-20 VII: Noc 13/14 spędzona znowu w pociągu i tygodniowy odpoczynek we Lwowie po tym wszystkim. Jednak zaplanowane są wypady do Stanisławowa, Radziechowa, a może coś by się udało do Kamieńca Podolskiego, kto wie?

Zapowiada się więc dość intensywny czas, co mnie bardzo cieszy. Już teraz zapowiadam, że laptop jedzie ze mną, więc postaram się na bieżąco zdawać relację z podróży (zależnie od dostępu do internetu). Relacja będzie publikowana pod tagiem moje podróże, gdzie w tej chwili jest relacja z wyjazdu na Ukrainę (Kijów, Lwów) z 2007 roku.

Kiszyniów (Mołdawia)

Kiszyniów (Mołdawia)

Comments (0)

Tags: , ,

Podróż na Wschód

Posted on 13 września 2007 by admin

Bardzo bliski i daleki. Bliski bo ‘tylko’ na Ukrainę, daleki bo najdalej na wschód w moim życiu, czyli w Kijowie.

poniedziałek, 3 września

Dzień wyjazdu. Godzina 8:48 planowy odjazd pociągu z dworca PKP w Katowicach. Oczywiście był opóźniony. Mimo to, ku memu zaskoczeniu, do Przemyśla przyjechaliśmy na czas. „My”, czyli trzech diakonów WŚSD, ja i moich dwóch kolegów. W Przemyślu wsiedliśmy do busa, który zawiózł nas na jedną z najciekawszych granic, jakie widziałem. Medyka. Jeżeli mamy organizować Euro 2012 to to miejsce będzie niezapomnianym dla przybyszów z Europy Zachodniej. Swoisty klimat, społeczność. Mnóstwo taśmy klejącej dookoła. Przechodziliśmy pieszo i mieliśmy szczęście, bo nie było prawie nikogo. Po drugiej stronie byliśmy już po około 30 minutach. Już była Ukraina :) Jeszcze tylko marszrutka, czyli lokalna odmiana busa, nr 297 i po półtora godzinie Lwów. To cudowne miasto było dla nas stacją przesiadkową w dalszą drogę, do Kijowa. Nabyliśmy więc bilety na pociąg nocny, kupiliśmy lokalne numery komórkowe (a co!) i poszliśmy na pizzę. Nie ukrywam, że byłem bardzo podekscytowany. To był mój czwarty raz we Lwowie i na Ukrainie, ale za każdym razem niezmiernie cieszę się, że przyjeżdżam. Szokiem kulturowym był natomiast pociąg, który przyjechał punktualnie i tak też odjechał, a na stacji stał ponad 20 min. Konduktor zabierał bilety przy wsiadaniu, potem rozdał pościel i w ogóle wysoka klasa. Przedziały po cztery osoby. W drodze mieliśmy miłe towarzystwo, małżeństwo profesorów z Drochobycza. Dzięki miejscom leżącym, po nocy byliśmy wyspani i gotowi do zwiedzania.

wtorek, 4 września

Przyjazd do Kijowa był punktualny. Miejsce naszego zakwaterowania było niedaleko dworca, więc szybciutka tam poszliśmy, zostawiliśmy bagaże w pokojach, zjedli śniadanie i ruszyli na Kijów. Na dworzec, i metrem do centrum. Wysiedliśmy na stacji Chrszeczatyk, która miała nam jeszcze często towarzyszyć i poszliśmy na Mszę do kościoła św. Aleksandra. Kościół, który jak się później dowiedzieliśmy jest prokatedrą łacińskiej diecezji kijowskiej. Tam miałem okazję wygłosić kazanie, a po Mszy całą ekipą zostaliśmy zaproszeni na kawę przez sympatycznego, miejscowego wikariusza. Tak wzmocnieni wyruszyliśmy na zwiedzanie. Pierwszy punkt to była cerkiew św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach. Nazwa wzięła się stąd, że była to pierwsza kijowska cerkiew, której kopuły pokryto złotem. Jak prawie wszystkie cerkwie jest wspaniała. Jest jednak świadkiem trudnej przeszłości tego miasta. Bowie, podobnie jak wiele innych wspaniałych budowli, został wysadzona w powietrze przez bolszewików. Nie zostało z niej prawie nic, a to co oglądamy dziś jest rekonstrukcją. Zwiedzanie Kijowa wiązało się z tym trudnym doświadczeniem poznawania kolejnych miejsc, które dziś zrekonstruowane bądź nie, zostały kiedyś wysadzone w powietrze przed bolszewików. Wokół cerkwi jest (również zrekonstruowany) zespół budynków monastyru. Stad wyszliśmy na plac Michajłowski, gdzie znajduje się pomnik św. Olgi i prowadzi droga do Sofii Kijowskiej, zachowanej mimo niecnych planów bolszewickich. Sobór Sofijski, jeden z najstarszych w Kijowie, przenosi nas w inną przestrzeń i inny czas. Wzorowany na Hagia Sofia w Konstantynopolu daje odczucie przebywania w przedsionku nieba. Mimo późniejszych elementów, a może i dzięki nim, doświadcza się tam obecności starożytnego ducha chrześcijańskiego, który przenika wszystkie czasy. Po zwiedzeniu Sofii przeszliśmy pod Złotą Bramą, która niestety była w renowacji. Mimo obłożenia rusztowaniami jej wielkość robiła wrażenie. Podróżnik przybywający do Kijowa w XI w. nie mógł nie być pod wrażeniem tej wspaniałej Bramy. Ponieważ robiło się popołudnie, przyśpieszyliśmy tempa i szybko przeszliśmy trasę ‘zaliczając’ po drodze pozostałości Cerkwi Dziesięcinnej (otoczonych płotem ze względu na prace archeologiczne, chyba), cerkiew św. Andrzeja, Zamek Ryszarda Lwie Serce i siedzibę Muzeum Michaiła Bułchakowa, domu w którym ongiś mieszkał wielki pisarz. Gdy znaleźliśmy się już na placu Kontraktowym zjedliśmy obiad w Ukraińskich Strawach (polecam) i ruszyliśmy dalej. Zabytki wokół placu, cerkwie św. Mikołaja na Nadbrzeżu i św. Eliasza, spacer wzdłuż Dniepru. W końcu zmęczeni siedliśmy w jednym z nielicznych miejsc, gdzie można było siąść i coś wypić. Niestety piwo „Baltika”, które zamówiliśmy okazało się bardzo niedobre i szybko porzuciliśmy to miejsce. Przeszliśmy na drugą stronę rzeki po ‘kładce’ dla pieszych, pochodziliśmy po plaży, wypiliśmy inne (już dobre) piwo. Wróciliśmy na nasz brzeg. Potem jeszcze spacer w parku, gdzie stoi sowiecki pomnik przyjaźni ukraińsko-rosyjskiej, widzieliśmy małą salę filharmonii, pałac Maryjski i budynek Rady Najwyższej Ukrainy. Ilość miejsc, które zobaczyliśmy w tym tempie była dla nas samych sporym zaskoczeniem. Poszliśmy na metro i wróciliśmy do seminarium, gdzie mieliśmy noclegi.

środa, 5 września

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Ławry Kijowsko – Peczerskiej, miejsca które musi zobaczyć każdy, kto odwiedza Kijów (podobnie jest z Sofią). Również w historię tego miejsca wpisali się bolszewicy wysadzając w powietrze Sobór Zaśnięcie Matki Bożej. Został on odbudowany. Na szczęście pozostałe zabudowania zachowano i urządzono muzeum. Dziś jest tam kilka różnych wystaw i normalne życie religijne. Odwiedziliśmy Muzeum Książki i Drukarstwa Ukrainy, a dokładnie to ja powiedziałem, że tam idę i reszta może robić co chce. Poszli za mną. Ławra jest ogromna i spędziliśmy tam sporo czasu. Nabyliśmy ikony, ja także płytę z śpiewami liturgicznymi prawosławia. Z Ławry najbardziej w pamięć zapadły mi pieczary, te podziemne tunele, w których żyli pierwsi mnisi. Są tam pieczary bliższe i dalsze. Można zobaczyć złożone w trumnach doczesne szczątki mnichów, uczcić ich modlitwą, a przede wszystkim prosić o ich wstawiennictwo. Wędrówka przez małe, ciemne korytarze, w których wiszą ikony mnichów przy ich trumnach, a ludzie ze świeczkami idą od trumny do trumny całując je i modląc się. Pobożność, jakiej u nas się nie spotyka. Przeżycie niesamowite. Gdy wychodziliśmy z Ławry zaczepił nas strażnik, prawosławny. Z rozmowy pamiętam, że powiedział coś takiego, że u nas (rzymsko-katolików) to współczesne kościoły nie mają w ogóle charaktery miejsca świętego. Cóż trudno się mi z nim nie zgodzić…

Po długim czasie spędzonym w Ławrze przeszliśmy po parku, gdzie jest muzeum współczesnych pojazdów wojskowych i pomnik matki ojczyzny, której miecz miał przewyższać najwyższe kopuły Ławry. Cóż, znów sowiety. Na tym skończyła się nasza cierpliwość, bo było już późne popołudnie i czas na obiad. Pojechaliśmy więc autobusem do centrum, do znanych już nam Ukraińskich Straw. Potem była wycieczka, którą nazwaliśmy „wyjazdem do Azji”. Polegało to na wykorzystaniu metra, aby pojechać najdalej na wschód, na wschodni brzeg Dniepru. Wylądowaliśmy na targu, gdzie zrobiliśmy zakupy, obeszliśmy potem okolice. Tam też ustanowiłem prywatny rekord największego wysunięcia na wschód. Potem wróciliśmy metrem już na dworzec kupiliśmy bilety do Lwowa na następny dzień (co to była za rozmowa z kasjerką! cud, że kupiliśmy dobre bilety) i wróciliśmy do naszej bazy.

czwartek,  6 września

Dzień zaczęliśmy od  kolejnego targu, gdyż usilnie szukałem pewnej książki dla znajomego, a także czegoś dla siebie. Niestety nic nie znalazłem :( Potem spacerowaliśmy po mieście i zwiedzaliśmy różne ciekawe ulice. Niestety na wielu z nich na miejscu wysadzonych dawnych zabudowań pobudowano sowieckie szkarady. Przy okazji zaszedłem do księgarni z książką ukraińską i w końcu znalazłem książkę dla mojego znajomego. Jednak w całym Kijowie nie znalazłem Tolkiena po ukraińsku (udało mi się to dopiero we Lwowie, ale i tam był z tym problem). Obiad zjedliśmy tam, gdzie zawsze. Na wieczór byliśmy na Mszy w seminarium wraz z klerykami rozpoczynającymi rok formacyjny (a my jeszcze na wakacjach :) ). Potem wyszliśmy jeszcze na miasto, na spacer. O 23:50 mieliśmy pociąg do Lwowa.

piątek, 7 września

A więc Lwów! W końcu ten najpiękniejszy i ukochany. Bo nie ma lepszego miasta, piękniejszego miejsca. Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu? Cóż, zakochałem się w tym mieście. Kijów przy nim wypada blado, a Kraków (chyba drugie najpiękniejsze) ledwo się trzyma. Z pociągu udaliśmy się najpierw na marszrutkę, aby dostać się na Sichiw, do miejsca gdzie spaliśmy, czyli do parafii św. Michał Archanioła. Proboszczem tak jest ks. Jacek Kocur, bardzo dobry człowiek. Przeszliśmy kawałek z dużymi plecakami, na co narzekali moi przyjaciele, a czego nawet nie zauważyłem, bo tak bardzo chciałem się napatrzeć na Lwów! Gdy już zostawiliśmy plecaki wróciliśmy do centrum i zaczęliśmy zwiedzanie. A zaczęliśmy od katedry łacińskiej, potem zobaczyliśmy rynek. Tam też skorzystaliśmy z okazji i poszliśmy na obiad do mojej ulubionej restauracji „Złoty Wieprz”. Potem dalej na miasto: plac Bernardyński (czy też Bernadyński, jak mówili lwowiacy), pod Arsenał, dalej cerkiew Uspieńska, katedra ormiańska (potem przerwa na kawę i cisto w kawiarni ormiańskiej), Cerkiew Przemienienia Pańskiego, Opera, Narodowe Muzeum Techniki (ale z zewnątrz), kościół Jezuitów (też z zewnątrz, bo jest niestety nieczynny) i na 18:00 na Mszy byliśmy w katedrze. Jeszcze potem na piwo i do domu (czyli na Sichiw). Dużo by można pisać o tym, co widzieliśmy. Każde z tych miejsc ma przebogatą historię. Nawet ratusz, tak nielubiany przez dawnych lwowiaków, był świadkiem wielu ważnych momentów. Lwów nie ucierpiał od sowietów tak, jak Kijów. Tu prawie wszystko się zachowało. Niestety spotkała mnie też tego dnia wielka przykrość. Za każdym razem, gdy jestem we Lwowie kupuję sobie „Gazetę Lwowską”. Tak miało być i tym razem. Okazało się jednak, że Senat RP przestał wspomagać finansowo ten najstarszy wychodzący tytuł Europy. I koniec. Jak nie znajdą się szybko fundusze to gazeta zostanie ostatecznie zamknięta. Przez głupią decyzję naszych senatorów.

sobota, 8 września

Kolejny intensywny dzień. Byliśmy w Soborze Katedralnym św. Jura, potem przespacerowaliśmy pod siedzibę Uniwersytetu Jana Kazimierza (obecnie Iwana  Franka), dalej Brygidki (to więzienie budzi we mnie zgrozę), dawny szpital żydowski, no i browar! Bo takiego piwa, jak Lvivskie, to nie ma na świecie drugiego. Mają tam jedyne na Ukrainie muzeum browarnictwa, po którym oprowadziła nas bardzo miła, młoda pani. Po zwiedzaniu mieliśmy okazję zakosztować tego wspaniałego trunku. Ja oczywiście musiałem sobie na pamiątkę kupić kufel i koszulkę. Potem pojechaliśmy na cmentarz Łyczakowski. Tam każdy grobowiec jest dziełem sztuki, tam pochowani są wielcy Polacy, tak wielu, że choćby tylko z tego powodu można nazwać to miejsce nekropolią narodową. Tam też jest cmentarz Orląt, Obrońców Lwowa. Gdy pomyślę o tych nastolatkach z karabinem, gotowych umierać za Ojczyznę, to płakać mi się chce. Bo nie wiem, czy sam znalazłbym tyle odwagi w sobie. Podziwiam ich i modlę się za nich. Smutno mi, gdy odwiedzam to miejsce świadom, że władze ukraińskie nie pozwalają przywrócić jemu pierwotnego wyglądu, gdy nie pozwalają na odtworzenie oryginalnych napisów na grobach.

Po tym momencie zadumy na  cmentarzu przyjechaliśmy do centrum na Mszę w kościele Bernardynów w obrządku greko-katolickim. Tutaj doznałem szoku. Pierwszy raz zetknąłem się z Mszą greko-katolicką recytowaną! Ci, którzy słyną na cały świat ze śpiewów liturgicznych, recytują Mszę.

niedziela, 9 września

Dalej biegamy po mieście: pałac Potockich, Ossolineum, uliczki Lwowa i do katedry na Mszę. Potem obiad (znów Złoty Wieprz) i dalej: Wysoki Zamek ze swoją niesamowitą panoramą ze szczytu kopca Unii  Lubelskiej, kościółek św. Jana, cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, cerkiew i klasztor św. Onufrego, cerkiew św. Paraskiewy, Fabryka Wódek (wódki od Baczewskiego i Wedel to były dwie najbardziej znane na świecie polskie marki w okresie międzwojennym). Jako, że to była niedziela skończyliśmy na tym i wróciliśmy do domu, choć i tak nie wróciliśmy wcześnie.

poniedziałek, 10 września

Rano byliśmy na Mszy w domu zakonnym sióstr służebniczek śląskich, który mieści się w mieszkaniu w bloku, tam zjedliśmy śniadanie. Stamtąd pojechaliśmy na dworzec, gdyż moi dwaj przyjaciele wracali już do Polski, a ja zostałem jeszcze jeden dzień, bo trudno jest mi opuszczać to miejsce. Pochodziłem więc po księgarniach w poszukiwaniu ukraińskiego Tolkiena z żadnym skutkiem. Dopiero na straganie w przejściu podziemnym dorwałem Wolodara Persteniw i już nie puściłem. Potem poszedłem do Stryjskiego Parku, który wcześniej oglądałem tylko z okien marszrutek, dalej poszedłem do kościoła św. Zofii, pod konsulat polski, klasztor sióstr bazylianek, dom Marii Konopnickiej i wróciłem na plac Bernardyński. Utrudzony chodzeniem poszedłem na obiad (zgadnijcie gdzie ;) ). Potem jeszcze pod synagogę chasydzką, kolegiatę Matki Bożej Śnieżnej i kościół benedyktynek

W sumie nazwiedzaliśmy się bardzo dużo, ale warto było. Lwów, jak pisałem, jest przepiękny i nie ma drugiego takiego miasta. Oby się udało przyjechać tu za rok.

wtorek, 11 września

Ciężki plecak, marszrutka, granica, zepsute komputery u Polaków i dodatkowy postój.  Potem pierogi w Przemyślu i pociąg do Katowic. Dużo zdjęć, kilka pamiątek i silne pragnienie: wrócić do Lwowa.

Comments (8)

RELATED SITES